Dom rozpusty - rozdział 7

Bałem się odezwać. Harry wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Taka tykająca bomba, która tylko czekała na wybicie nastawionego zegara. Trząsł się cały, twarz miał czerwoną i wykrzywioną wściekłością, pięści zaciskał tak mocno, że knykcie mu pobielały.

Z kolei pan Zaraod miał minę, jakby musiał po raz setny słuchać tyrady, która zupełnie go nie rusza.

Skończywszy się ubierać, właściciel agencji podszedł do mnie i kompletnie ignorując swojego dyrektora, podniósł mnie delikatnie i położył na łóżku, a następnie szczelnie owinął kołdrą.

– Jak na pierwszy raz było dobrze – pochwalił, czochrając mi włosy.

– Geoff!

– Koniecznie musimy to powtórzyć, gdy się podszkolisz.

Pocałował mnie krótko, a wtedy Harry nie wytrzymał. Rzucił się w naszą stronę, wściekle krzycząc imię – jak się okazało – partnera. Złapał go za koszulę i pociągnął tak, że mężczyzna musiał położyć się w poprzek łóżka.

– Co z tobą? – spytał sucho pan Zaraod. Chyba zaczynał się irytować. – Naprawdę jesteś zazdrosny? To do ciebie niepodobne.

– Po prostu nie mogę pojąć twojej głupoty! – krzyknął, przyciskając go do materaca. – Roppi nie był jeszcze na żadnych badaniach! Co, jeśli jest na coś chory?!

Twarz pana Zaraoda złagodniała. Ja z kolei czułem się ogłupiały.

Więc wścieka się tak przez badania? Serio?

– A, czyli o to chodzi? – westchnął. – Poważnie, Harry, opanuj się. Straszysz nam chłopaka.

– Opanuj?! Ja jestem opanowany!

Jakoś nie widać.

Pan Zaraod sięgnął do twarzy Harry’ego i delikatnie pogładził jego policzek.

– Wątpię, by był na coś chory. Ale przyznaję ci rację, postąpiłem nieco pochopnie.

– Nieco? Nieco?! Zachowałeś się jak głupi gówniarz!

– Tak, tak. Przyznaję się do winy.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie sypiał z nowymi chłopcami? No ile?! A ty co? Jak grochem o ścianę! Po cholerę ja się tak produkuję?!

– Przestaniesz się gniewać, gdy dostaniesz wyniki badań Roppiego?

– Na początek obaj się przebadacie, a dopiero później pomyślę, czy w ogóle wpuścić cię do łóżka.

– Co? – Właścicielowi zrzedła mina. – Czekaj, Harry, ty…

– Abstynencja! – przerwał mu. – Obaj macie zakaz jakichkolwiek czynności seksualnych, dopóki nie dostanę waszych wyników!

– Ale…

Harry już go nie słuchał. Podniósł się i szybkim krokiem opuścił pokój. Pan Zaraod podniósł się i z niepewnym uśmiechem poczochrał mi włosy.

– Nie przejmuj się, to nie twoja wina – powiedział, po czym wybiegł na korytarz, wołając, by Harry się opamiętał.

Przez cały ten czas na usta cisnęły mi się przeprosiny, ale Harry wyglądał tak, jakby miał mnie zabić, jeśli choćby głośniej odetchnę. Kiedy mężczyźni wyszli, odczułem taką ulgę, jakbym wypuścił zbyt długo wstrzymywane powietrze. Być może tak nawet było.

Opadłem na poduszki, wzdychając głośno. Poważnie, jeżeli będę miał codziennie takie poranki, to moje serce długo nie pociągnie.

Cały dzień nie wychodziłem z pokoju. Bałem się, co będzie, jeśli natknę się na Harry’ego. Wolałem nie ryzykować. Dopiero gdy wieczorem zawitał do mnie Ivo z tacą kanapek, okazało się, że jestem głodny. Zjadł ze mną, słuchając o porannym incydencie. Nie krzyczał, ale przyznał, że pan Zaraod nie zachował się rozsądnie i zaczął mnie pouczać. Trwało to do późnej nocy.

Kolejnego dnia przyszedł zabrać mnie na śniadanie. Ponieważ nic z mieszkania nie zabrałem, dostałem trochę za duże ubrania. Jak teraz pomyśleć, to garnitur na pogrzeb też nie należał do mnie i miał za długie rękawy.

Po śniadaniu w ogromnej jadalni, w której albo byłem zagadywany, albo wypytywano mnie o różne rzeczy, poszedłem z Ivo do garażu. Wzięliśmy ten sam samochód, co ostatnio. Pojechaliśmy do kliniki, w której lekarz do pary z pielęgniarką wykonali mi całkiem sporo badań, w tym część bardzo niekomfortowych. Co innego być oglądanym nago albo uprawiać seks, a co innego, gdy ktoś dokładnie człowieka ogląda fachowym okiem. To było strasznie niezręczne.

Gdy było po wszystkim, wybraliśmy się na zakupy. Zostałem do tego przymuszony, co już było niezbyt przyjemne. A od cen, które widziałem na zawieszkach, zwyczajnie kręciło mi się w głowie. W życiu nie pomyślałbym, żeby wydać kilka stów na zwykłą bluzkę. Toż to absurd! A kiedy Ivo przyznał, że użyjemy karty Harry’ego, po prostu wyszedłem. Pokłóciliśmy się. Nie zamierzałem bardziej się zadłużać.

Do agencji wróciliśmy w porze obiadowej w podłych nastrojach. Ivo nie pojmował, dlaczego nie chcę kupić sobie kilku rzeczy, które przydadzą się do pracy. Ja z kolei za każdym razem wychodziłem z argumentem, że przecież pracować będę bez ciuchów. Wszyscy się za nami oglądali i patrzyli ze zdziwieniem, a my ich ignorowaliśmy i darliśmy się na cały budynek.

– Co to za wrzaski, do cholery?!

Dopiero widok wściekłego Harry’ego zdołał nas uspokoić. Ivo od razu przycichł, przeprosił i zaczął się nieskładnie tłumaczyć.

A ja, mający w pamięci wczorajszy wybuch przełożonego, zwyczajnie uciekłem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania