Poprzednie częściDzień

Dzień (cd1)

Ostatni stopień, nieco szerszy, półkoliście wybiegający w kafle holu na dole, stanowił dzisiaj granicę. Przy wielkim, starym lustrze w drewnianej ramie Zosia przeczesywała włosy. Jej ruchy były płynne, powolne i obojętne. W powietrzu wisiało oczekiwanie. Mieszało się z zapachem kawy. Przez uchylone drzwi do kuchni widać było filiżankę - jedną, parującą na stole przy pustym już talerzu. Otoczenie mówiło: „łaski bez”, czekało na jego ruch.

– Dzień dobry, kochanie.

Słowa wywołały lekkie wzruszenie ramion.

– Skierowanie masz na komodzie.

Odpowiedź była zimna. Wyobraził sobie, jak odkłada się szronem na szkle.

Teraz zobaczył muchę na brzegu lustra. Mógłby przysiąc, że uśmiecha się do niego szyderczo.

– Poczekaj, słońce. Zacznę od tego, że zapisałem się do grona idiotów. Zachowałem się jak dziecko. Tak, masz całkowitą rację i tak, pójdę do lekarza.

Twarz Zosi w odbiciu zmieniła rysy. Spojrzenia spotkały się w tafli. Obróciła się.

– Masz coś jeszcze do powiedzenia?

– Przepraszam.

Tobiasz zauważył, że Zosia jest zaskoczona. Nieznacznie rozszerzyła oczy.

Dlaczego tak trudno jest mi przyznać się do błędu?

Wymierzył sobie myślowy policzek. Zamyślenie zamaskował gestem, przyciągnął Zosię do siebie i przytulił. Poczuł charakterystyczne napięcie pod oczami, ale powstrzymał je.

Dlaczego wstydzę się uczuć?

– Kocham cię – wycedził, aby przestać myśleć.

Byle uciec do łazienki, umyć twarz, zanurzyć ją w zimnej wodzie, przywrócić się do normalnego stanu.

Przyłapał się jednak na tym, że teraz zastanawia się, co właściwie jest bardziej normalne. Złamane dzisiaj stare schematy, w postaci ścieżek utartych doświadczeniem – a może te nowe, ledwie zaznaczone niepewnym krokiem?

– Prosiłam cię wczoraj o coś – dobiegło z korytarza. – Miałeś wstawić pranie do suszarki. Całą noc leżało mokre w pralce, trzeba je teraz znowu nastawić.

Nastała chwila ciszy. Cisnące się na usta „normalne” zdania, zaczynające się od „ale” i „no bo”, nie nadawały się do wypowiedzenia.

Dzień nie chciał wpaść w swoje koleiny.

– Przepraszam.

Padło drugi raz, po prostu, bez tłumaczenia.

– Nastaw teraz krótkie, ale czasowe, żeby skończyło się o szesnastej. Jak wrócę, przełożę.

– Jeśli chodzi o lekarza, miałaś rację.

Tobiasz zmienił temat.

– Boję się tej wizyty, wstydzę się, sam nie wiem. Jest po prostu dla mnie odpychająca. Jeszcze raz przepraszam za wczoraj i dziękuję, że myślisz o moim zdrowiu.

Trzecie „przepraszam” – jak trzeci upadek pod krzyż, a może trzecie powstanie z tego upadku?

– Coś ci się stało? Zachowujesz się dzisiaj dziwnie.

Głos Zosi przybrał ton zaciekawienia.

– Coś ci się śniło?

– Nie wiem, ale rzeczywiście dziwnie się dzisiaj czuję.

– Mam nadzieję, że zostanie ci tak na dłużej.

Zosia roześmiała się.

Pytanie o sen przywołało jakieś strzępki obrazów: starą twarz, nienaturalnie uśmiechniętą, pustą scenę bez dekoracji, wszędzie czerń i jedno punktowe światło na środku. Nie chciało się to jednak zlepić w żadną całość. Nie mógł sobie przypomnieć.

Ocknął się, pieniąc mleko do kawy. Na stole leżały już kanapki, w tym dwie zapakowane. Codzienna rutyna nie chciała na niego poczekać. Nie pamiętał, jak wykonywał te rzeczy. Ogarnął spojrzeniem kuchnię. Wszystko było w porządku. Wychylił się, upewniając, że Zosia jeszcze nie wyszła.

Stała wciąż przed lustrem, robiła te swoje kobiece czary, których nigdy nie doceniał, nie rozumiał i uważał za zbędne.

Jak gdyby pod dotykiem jego spojrzenia obróciła się.

– Pięknie wyglądasz.

Słowa brzmiały trochę nieporadnie. Tobiasz nieczęsto komplementował Zosię. Wyraźnie ją to zdziwiło.

– To znaczy, nie dlatego, że się malujesz. Bez tego...

– Przestań – przerwała. – Lepiej nic już nie mów, to wystarczy.

– Powinni was uczyć tego w szkole. Czy raczej w przedszkolu.

Uśmiechnęła się.

Dlaczego to powiedziałem? Żeby sprawić jej przyjemność, dlatego że tak naprawdę tak myślę, czy dlatego, że przyłapała mnie spojrzeniem, jak się gapię? Kto włożył mi te słowa do ust? Kto wkładał mi inne wcześniej? Kto zatrzymywał je na języku, by nigdy nie wypłynęły?

Kiedy nabierał cukier na łyżeczkę, drobne ziarenka zamrugały światłem wpadającym przez okno.

Piękne – zauważył.

Myśli zaciągnęły go do kamiennych żaren mielących chwile, ziarenka czasu, na mąkę chleba codziennego.

Chleba naszego powszedniego...

Dlaczego naszego? Myśli skakały. Dlaczego nie prosimy o Jego chleb?

Boże, co jest ze mną nie tak? – zapytał w myślach.

Oderwał spojrzenie od cukru i dostrzegł muchę.

Siedziała na brzegu kubka, jak gdyby nigdy nic. Jej pozornie czarny odwłok mieszał barwy granatów i morskiej zieleni, błyszczące refleksami między setkami króciutkich włosków. Przednimi nóżkami gładziła się po głowie, przeciągając je od tułowia po koniec długiego, niby języka, wystającego z dziwnej, lejkowatej, kostropatej tulejki.

Tobiasz powstrzymał pierwszy odruch, a dokładniej – zdał sobie sprawę z tego, że odruch się nie wydarzył.

Patrzył w te zielonkawo czarne oczy, utkane z tysięcy dostrzegalnych teraz drobinek.

Jest piękna, pomyślał. Jak cukier, jak Zosia.

Rozejrzał się ponownie po kuchni.

Następne częściDzień (cd2) Dzień (cd3)

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Dziena hiena 3 dni temu

    Takie lekko baśniowe, lekko romantyczne, lekko oniryczne, ogólnie lubię takie klimaty i pod tym względem fajnie, ale mnie osobiście nie przekonują metafory, porównania i obrazowanie w tekście, ale to moje subiektywne odczucie, że obrazy podyktowane są przede wszystkim tworzeniu klimatu i otoczki, ale nie koniecznie przestrzeni dla odbiorcy, w której mocno wejdzie świat. W sensie, widzę, jaki świat tworzysz, ale nie koniecznie ten świat daje się odczuwać. Ale to tylko moje, subiektywne.

  • Absens 3 dni temu

    Spoko, dzięki za głos, przemyślę. Mam całość na jakieś 60 stron, robię pierwsza redakcję usuwając przegadania,tłumaczenia obrazów i wycinając połowę filozofii, świat i koncepcja zostaną takie jakimi są, mój język również się nie zmieni :) ale docenię każdą krytykę i każde wskazanie konkretnej słabości.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania