Dzień (cd3)
Senne rozważania przerwał mężczyzna ze znakiem. Wyszedł na środek jezdni, aby zatrzymać ruch, po czym skinął głową na powitanie. Tobiasz odwzajemnił gest. Spotykał człowieka ze znakiem codziennie. Pomyślał, że wie, ile ma dzieci, kto jest jego żoną, że niemal każdego dnia ściska jego dłoń, a jednak nie wie, jak ma na imię. Zadał sobie pytanie, czy nawet gdyby znał jego imię, mógłby powiedzieć, że go zna. Przecież nie wie nic o jego światach — światach myślolinii, światach ze snów. A z drugiej strony: czy człowiek ze znakiem ma wpływ na te światy? Czy ja mam wpływ na te światy?
Coś z tego wynika. Bezczelnie wypływa z pęknięcia wiary w siebie i swoją brzydką prawdą przybiera postać pytań — niechcianych, nachalnych, jednak niemożliwych do zignorowania. Kto produkuje myśli? Kto pisze scenariusz? Gdzie jest budka inspicjenta? Gdzie i czy w ogóle kończy się scena?
Mucha siedząca w rogu kokpitu nie widziała na twarzy Tobiasza zdziwienia, oburzenia, żadnej mimiki. Tym razem być może dostrzegła błękitnoszare meandry tęczówek, mętnie patrzących przed siebie. Obserwowała twarz kierowcy w tysiącach mikropowtórzeń, a reszta jej ciała walczyła z ciepłym powietrzem nawiewu na szyby, tak jak on walczył z wrażeniem, że nic nie jest jego.
Wsadził dłonie w przeszłość, jak do bardzo głębokiej kieszeni, i desperacko szukał jakiejś cząstki siebie. Prawdziwej, niezależnej, w pełni wolnej. Zaczerpnął garść swoich wartości. Przyglądał się każdej po kolei, jak monecie, oceniając jej nominał i kruszec. Upuszczał je, jedną po drugiej. Monety spadały, wirując, próbując kusić jeszcze srebrnymi błyskami.
Wszystkie stały się jedynie częścią kontraktu z czasem i przestrzenią. Ceną — otrzymaną lub wystawioną, płaconą nieświadomie, dobrowolnie lub z przymusu. Rachunkiem za miłość, za spokój, za bliskość, za... wszystko.
Pojawiło się pytanie: co się stanie, jeśli stracę je wszystkie? Które kieszenie są wartościowe — pełne fałszywych monet czy puste? Czy da się żyć z pustymi kieszeniami?
Dlaczego jedne myśli próbują podważyć inne? Zagadka powróciła bezczelnie. W wizji, w którą natychmiast zapadł, zobaczył dwie armie ustawione naprzeciw siebie, po obu jego stronach. Jedną — w niebieskich tunikach i z proporcami wyszywanymi złotą nicią. Skrzydlatą, na białych, smukłych koniach, mieniącą się srebrem zbroi odbijających słońce. Drugą — ciemną, spowitą dymem. Czarne hełmy całkowicie zasłaniały twarze. Skórzano-stalowe pancerze przypominały karaczany. Jeźdźcy siedzieli na koniach o ciężkim kośćcu, masywnych, z czarnymi, kędzierzawymi grzywami.
Zobaczył napięcie. Konie niecierpliwie grzebały kopytami, unosząc kurz. Ściągnięte wodze poluzowały się. Ruszyli, rząd za rzędem, najpierw stępem, po chwili przechodząc w kłus, a w końcu w galop — coraz szybszy, coraz bardziej szaleńczy. Tobiasz stał skamieniały, obracając się to w lewo, to w prawo. Obserwował zbliżające się, nacierające na siebie jazdy. Dostrzegał coraz więcej szczegółów: napięte ścięgna, świszczące baty, oręż opadający poziomo w przygotowaniu na starcie.
Pochylające się postaci, przyciągane do ciała tarcze, nogi mocniej zapierające się w strzemionach. Szaty, proporce i grzywy łopoczące jakby w rytm tętniących kopyt, stukania pancerzy i rosnącego z każdą chwilą bojowego okrzyku. On był punktem zetknięcia się, starcia obu rozpędzonych sił. Moment, kiedy pierwsze włócznie minęły się i już miały sięgnąć swoich celów, miażdżąc i tratując jego ciało, przeszedł w huk. Huk, który go ocknął.
Tobiaszem zatrzęsło. Oto jest właśnie dokładnie w połowie ronda, dokładnie trzy kilometry od swojej miejscowości. Przeraził się. Kątem oka zobaczył człowieka ze znakiem, na którym widniał napis „idiota”. Kiedy obrócił głowę, nie było nikogo, tylko puste pola za rzędem coraz bardziej nagich drzew.
Komentarze (12)
Usunąłbym kilka przecinków.
Chciałeś rozbudować ten tekst ja siłę i jakoś cuś nie stykło🫣🪑
Wskaż miejsca, jeśli możesz, będę wdzięczny
no wiesz... za korektę i analizę – to mi płacą😝🚀
Oj tam, czasami trzeba tak od serca za free
Hej Absens, czytam. Podzielę się swoimi spotrzeżeniami (że sam pisałeś, to zresztą czuć)
Zaraz tu wrócę -:)
Absens, żeby nie było — analizę robię sam, ok?
"Senne rozważania przerwał mężczyzna ze znakiem. Wyszedł na środek jezdni, aby zatrzymać ruch, po czym skinął głową na powitanie. Tobiasz odwzajemnił gest." — moja propozycja (to nie jest uwaga)
Senne rozważania przerwał mężczyzna ze znakiem, aby na środku jezdni zatrzymać ruch; skinął głową na powitanie — Tobiasz odwzajemnił gest.
"Spotykał człowieka ze znakiem codziennie. Pomyślał, że wie, ile ma dzieci, kto jest jego żoną, że niemal każdego dnia ściska jego dłoń, a jednak nie wie, jak ma na imię." — ' ile ma dzieci, kto jest jego żoną' (chyba to pytania, prawda?)
"Zadał sobie pytanie, czy nawet gdyby znał jego imię, mógłby powiedzieć, że go zna. " — 'czy nawet gdyby znał jego imię, mógłby powiedzieć, że go zna.' (pytanie, nie?)
Przecież nie wie nic o jego światach — światach myślolinii, światach ze snów. A z drugiej strony: czy człowiek ze znakiem ma wpływ na te światy? Czy ja mam wpływ na te światy?
Coś z tego wynika. Bezczelnie wypływa z pęknięcia wiary w siebie i swoją brzydką prawdą przybiera postać pytań — niechcianych, nachalnych, jednak niemożliwych do zignorowania. Kto produkuje myśli? Kto pisze scenariusz? Gdzie jest budka inspicjenta? Gdzie i czy w ogóle kończy się scena?
"Mucha siedząca w rogu kokpitu nie widziała na twarzy Tobiasza zdziwienia, oburzenia, żadnej mimiki. Tym razem być może dostrzegła błękitnoszare meandry tęczówek, mętnie patrzących przed siebie." — 'Tym razem' (przecinek przed słowem "być")
"Obserwowała twarz kierowcy w tysiącach mikropowtórzeń, a reszta jej ciała walczyła z ciepłym powietrzem nawiewu na szyby, tak jak on walczył z wrażeniem, że nic nie jest jego." — 'na szyby, tak jak' (moim zdaniem tu jest kłopot z umiejscowieniem przecinka we właściwym miejscu)
"Wsadził dłonie w przeszłość, jak do bardzo głębokiej kieszeni, i desperacko szukał jakiejś cząstki siebie." —
' i desperacko szukał jakiejś cząstki siebie' ( dałbym bez "i" : desperacko szukając )
Dalej nie dam rady, Absens; jeszcze tylko to:
"Zobaczył napięcie. Konie niecierpliwie grzebały kopytami, unosząc kurz. Ściągnięte wodze poluzowały się. Ruszyli, rząd za rzędem, najpierw stępem, po chwili przechodząc w kłus, a w końcu w galop" — 'a w końcu w galop' ( może warto użyć "aż" — aż do galopu)
_____________________________________
Ogólnie to dobrze skonstruowane opko.
Pozdro
Dzięki za pochylenie się nad tekstem, pozdro
Absens, to nie wszystko...
Piszę właśnie komentarz pod całością, co poczułem itp
Ok, czekam z niecierpliwością
Dodatkowo wypowiem się (odpiszę) na temat, nawet po próbie (lub bez niej) sprostowania tylu zniekształceń.
Zniekształcenia są narzucone (czas teraźniejszy dokonany — tak myślę, choć inaczej czuję) przez panujący system, który wpływa coraz to bardziej w świadomość ludzi (to już jest hodowla), bazując na działaniach.
Chodzi o to: wymazać wszelkie ślady prawdy, zastępując fałszem — by w tym fałszu trwać i nie czuć: kim możemy być, skąd są nasze korzenie i jak umiejętnie operować nimi?
Dzięki Notopech, trochę masz rację ale ja myślę że nie chodzi o hodowlę, myślę że każdy z nas i tak urządza sobie hodowlę sam, jesteśmy kształtowani przez otoczenie, nasze mózgi potrzebują bodźców ale nowych, to co już widziane, przeżyte posiadane nudzi się do tego stopnia że nie widzimy, nie czujemy itd. to opowiadanie jest długie, to zaledwie początek trudno więc w tej chwili złapać sens do końca.
ilcuore napisał że chciałem "na siłę rozbudować" zabawne to bo ja właśnie je straszecznie tnę robiąc sobie pierwszą redakcję po swobodnym pisaniu, wywalam 40-60% tekstu. Ale jego uwaga też jest cenna bo to że tnę nie znaczy że może być dla kogoś przeładowany, nieskładny itp
Interpunkcję poprawie jak skończę cięcia i przeróbki
Ważniejsza dla mnie jest ocena czy Tobiasz jest wiarygodny, czy chce się wiedzieć co będzie dalej, czy może pierwsze strony zniechęcają do kontynuacji a jeśli tak to dlaczego.
Jeszcze raz dzięki za poświęcony czas
Ech! One chirurgi od siedmiu boleści, ze swymi skalpelkami w drżących łapętach dzierżonemi a jęzorami wytkniętymi w intelektualnym wysiłku, pod mikroskopem każden przecinek umiejscawiający, coby jem pasował; lebo wiersze całe zgoła przepisujący a przeinaczający, boć przeca inszy koncept mają na opowiadanie, którego wszak autorem jest człek od nich osobny a odmienny....
Szeroko rozwarty umysł posiadający osobnik zawżdy skupia naokół siebie zgraję takowych, co to, skwapliwie cisnąc się ku niemu, do łba mu nawtykać swego radzi a skorzy. Wszystkich po jajcach całować nie poredzisz, kiej się nie obrócisz, rzyć twa za tobą będzie. Jednemu się pokłonisz, to następnemu dupę pokażesz... Pisz, co ci jeno aby frajdę sprawia a ukontentowaniem łechce, abo kto poczyta, abo nie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania