Dzień (cd2)
Rozejrzał się ponownie po kuchni.
Pozornie ta sama, lecz jak bardzo inna, wciągała w każdą nierówność ściany, zmuszała do śledzenia żyłek imitujących marmur jasnych, dużych kafli. Dobiegający z holu głos wyrwał Tobiasza, wyciągnął z tej głębi szczegółów, które zawsze były, a które dostrzegł po raz pierwszy.
— Zadzwoń po wizycie i pamiętaj, że mam zajęcia wieczorem i potrzebuję auta.
Ten komunikat zazwyczaj był ostrzeżeniem. Nie chodziło tylko o to, że samochód powinien być dostępny o siedemnastej. Miał być gotowy do użytku. Miał być czysty.
Tobiasz zabrał ze stołu śniadanie i, chociaż miał jeszcze chwilę, postanowił uciec. Przed nierównościami ścian, żyłkami i dalszą rozmową. Nie czuł się pewnie. Zapadał się w posadzki nowego domu, obawiał się nowej Zosi, a przede wszystkim nowego siebie.
— Zadzwonię — rzucił, mijając ją w korytarzu.
Coś gęstego napełniło powietrze. Ruch zwolnił. Jakieś uczucie zapomnienia, pominięcia czegoś ważnego, nie pozwoliło mu chwycić klamki. Wrócił do Zosi i pocałował ją na do widzenia. Jej oczy rozszerzyły się nieco bardziej i, pozostając takimi, odprowadzały go w milczeniu do drzwi.
Wraz z naciśnięciem chłodnego mosiądzu świetlista skorupka domu pękła. Jej miejsce zajął chłodny, wietrzny, październikowy poranek, przepełniony zapachami wsi, jesieni i własnego antyperspirantu.
Chodnik krzyczał głosami dzieci idących do szkoły. Tornistry wiszące na pupach, ciężkie od książek, już od rana wymierzały rytmicznymi klapsami karę dzieciom za system edukacji. Większość z nich nawet tego nie zauważała. Gwar i śmiech towarzyszyły im, pomimo trzepanych portek, w drodze w kolejny, nowy dzień.
Tobiasz lubił dzieci. Teraz wywoływały u niego szczególny rodzaj uśmiechu. Po chwili dostrzegł jednak, że pomimo zależności od rodziców i nauczycieli, pomimo presji, są radosne. Tak zwyczajnie radosne.
Postarał się wrócić do własnego dzieciństwa. Bezskutecznie. Jakiś mur odgrodził go od niego, pozostawiając jedynie pojedyncze obrazy, jakby namalowane na jego powierzchni — zastygłe, martwe.
Obecność dzieci wraz z radosnym gwarem przynosiła pod dom papierki po batonach, chipsach i innych substytutach pożywnych kanapek. W zamian ich podeszwy butów zabierały ze sobą kupę psa sąsiada. Ten uparł się widocznie, że będzie karał Tobiasza za posiadanie kota. Co dnia uparcie robił ją dokładnie na wprost drzwi. Nie było potrzeby jej sprzątać — niezawodnie znikała wraz z dziećmi, towarzysząc im potem jeszcze długo w szatni i szkole.
Miękkość nieco zapuszczonego trawnika, lekko chrupiącego od nocnego przymrozku, poprowadziła go do samochodu.
Był to niewielki, dosyć stary pojazd, który miał tę zaletę, iż podobnie jak właściciel wyznawał zasadę „uległości ciała”. Jak inaczej wytłumaczyć jego wierną, wieloletnią służbę bez żadnych większych awarii? Tobiasz nie doceniał i nie dostrzegał tego aż do dzisiaj. Daleko było mu do ludzi pucujących lakier końcówką mankietu.
Przedmiot to przedmiot. Obdarzając przedmioty uczuciami, bezsensownie wyczerpujemy ich limit — mawiał, kiedy Zosia zwracała mu uwagę.
Nie tylko nie dbał o przedmioty, ale również źle myślał o ludziach, którzy nie podzielali jego zdania. Gdyby go o to zapytać, z pewnością by zaprzeczył; można by wtedy usłyszeć pianie koguta w oddali.
Istniała jednak granica jego niechlujstwa. Zapuściłby auto, ale trzeba też przyznać, że w pewnym momencie ocknąłby się i wyczyścił je pieczołowicie, aby móc znowu rozpocząć na jego powierzchniach hodowlę tego wszystkiego, co swoje piękno ujawnia dopiero pod mikroskopem. Cykle te byłyby mniej więcej zgodne z cyklami Księżyca. Na fazę czystości przypadałaby właśnie pełnia. I to wcale, a wcale nie ma nic wspólnego z Zosią i tym, że też czasami używa samochodu.
Wsiadł, wzdrygnął się niekontrolowanie z zimna i zręcznie przesunął palcami po pokrętłach nawiewu. Dotykiem upewnił się, że są ustawione na ciepło i na trójkę. Zapiął pasy. Drugą ręką włączył światła i położył ją na kierownicy.
Trwało to zaledwie chwilkę, ale wywołało zdumienie. Cóż takiego? To, że on wcale tego nie zrobił. To się po prostu stało.
Spróbował ubrać to w jakieś logiczne słowa, tak by nadać temu normalność, banalność. Znał nawet te słowa. To przecież czynności automatyczne — pomyślał.
Zaczynał rozumieć, że jakakolwiek zasłona, którą sobie stworzy, nie zmieni okrutnej konsekwencji: przyznania, że jakąś część jego życia kradnie mu jakiś pieprzony robot. Na dodatek nie można mu odmówić odrębnej osobowości.
Ten drugi wniosek wywołały pokrętła. Po co przesuwać palcem po dobrze ustawionym nawiewie zamiast po prostu spojrzeć? Przecież Tobiasz to wie, nie widzi żadnej potrzeby, żeby jeszcze bezsensownie pchać tam paluchy. A jednak to zrobił. I dobrze wiedział, że nie pierwszy i nie ostatni raz.
Jak często jestem robotem? Ile chwil przecieka mi przez palce każdego dnia, palce dotykające pokręteł?
Sporo — padła odpowiedź. I nie była to wcale myśl.
Wyraźny, rzeczywisty dźwięk dobiegający zza pleców zmusił go do gwałtownego obrócenia się. Było to nieco komiczne. Zimno stało się na moment bardziej odczuwalne.
Uświadomił sobie dotyk dłoni na kierownicy.
Boże, ostatni raz czułem to na kursie, a ręce na kierownicy mam codziennie.
Myśl jest szybsza od słowa, może nakładać treści jedna na drugą w tym samym czasie, mieszać je, ukazywać powiązanie. Czasami w jednej chwili dociera do nas coś, co wypowiedzieć trzeba przez kilka minut, a i tak pozostaje uboższe, niedookreślone. Tego właśnie doświadczył Tobiasz. Dotyk dłoni na kierownicy nie był jedynym odkryciem tak niespodziewanym. Wraz z nim przypomniał o sobie dotyk i ciężar ubrania, rozkładający się od ramion i słabnący ku dołowi. Ciężar samego ciała dociskający się na pośladkach i tępy, drewniany dotyk pod stopą, która już leżała na dźwigni sprzęgła. Te wszystkie doświadczenia były jednoczesne z komicznym obrotem. Dopiero uświadomienie sobie, że można jednocześnie się przestraszyć, odczuć taką obfitość rzeczy dawno zapomnianych i jeszcze o tym wszystkim pomyśleć, było szokujące.
Na tylnym fotelu auta leżał notes, faktury i rękawiczka Zosi. Odcinały się od koloru i faktury ciemnoszarych pokrowców rzucanymi przez siebie cieniami. Ogólny porządek w samochodzie, ten niezwiązany z pełnią trzy dni temu ani z tym, że Zosia jechała do dentysty, nie wymagał dłuższych poszukiwań. Właściciela głosu z pewnością tam nie było. Chaotyczny obrót i zdziwiona mina rozbawiły przechodzących uczniów. Wciąż rozkrzyczany tłum kierował się w stronę szkoły. Panujący wokół samochodu gwar stanowił wystarczające wyjaśnienie. Hałas dochodził zewsząd: od dzieci, rodziców, ruchu ulicznego i warczącego na postoju szkolnego autobusu. W tym natłoku dźwięków mogło wybić się ponad resztę jedno niepokojące słowo. Być może mój umysł je wychwycił, podkreślił i wzmocnił — racjonalizował. Wyjaśnienie pojawiło się zręcznie. Bez oporu skorzystało ze słabości przeciążonego umysłu. Na sekundę przywróciło spokój, by zaraz potem zakłócić go kolejną myślą: a może to tylko sen, od samego początku? Jeden z tych niezwykle logicznych, tak podobnych do mojej codzienności.
Myśli przypominają nieproszonych, natrętnych gości albo telemarketerów oferujących rzeczy, których nie potrzebujemy. Myślolinia. Pięciolinia myślolinii. Tobiasz uśmiechnął się do siebie.
Czy to nie dziwne, że jedne myśli wyśmiewają inne? Sen? Sen, który pyta mnie, czy jest snem?
Nocą śpią miliardy ludzi i rodzą się miliardy światów. Każdy inny, utkany z obrazów, dźwięków, emocji i myśli, które wcześniej przeszły przez durszlak. Niezależnie od tego, jak absurdalny czy pokraczny jest ten świat, wierzymy w niego. Staniemy się jego częścią, wypowiemy w nim kolejne słowa, będziemy myśleć i przeżywać następne emocje, a one również przylgną do durszlaka. Czy zatem sen jest fikcją, skoro przenosimy go do tego świata?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania