Inne kolory życia - część V
Mieszkanie rodziny Czerwińskich, Morowo, 26 września 2011
Bogumiła Czerwińska ukroiła długi pasek szarlotki i podzieliła go na cztery części. Wszystkie były dwa razy większe od standardowych kawałków, ale tak właśnie jadło się u Czerwiński – po dwakroć. A mimo to cała rodzina należała do typowych szczuplaków. Prym wiodła sama Bogumiła, która żartowała, że kiedyś drogowcy pomylili ją z trzonem słupa informacyjnego.
Tego wieczoru u Czerwińskich gościli Andrzej i Beata Miedziaki – dobrzy przyjaciele z piętra wyżej. Właściwie to jedyni, bo mąż Bogumiły – Edward, z premedytacją nie utrzymywał dobrych stosunków z sąsiadami, a czasami nawet zaogniał z pozoru błahe konflikty tylko po to, ażeby mieć z głowy kolejną rodzinkę. Edward z Andrzejem siedzieli w pokoju dziennym i raczyli się schłodzoną Finlandią. Telewizor grał sama dla siebie, a panowie w doborowym stanie ducha poruszali nad wyraz szeroką gamę tematów.
Bogumiła z Beatą rozmawiały w kuchni – niewielkim pomieszczeniu z jednoskrzydłowym oknem. Mieściły się tam maksymalnie trzy niezbyt rosłe osoby. Gospodyni postawiła na stole, przykrytym lekko wytartą w paru miejscach ceratą z motywem wiosennym, tacę z ciastem, a potem zalała wrzątek do dwóch filiżanek, wcześniej każdą racząc dwiema płaskimi łyżeczkami rozpuszczalnej kawy. Martwiła się trochę o Felka. Przed południem wyszedł z mieszkania tak po prostu, bez słowa. Wyglądało, jakby czekał na moment nieuwagi, aby wymknąć się niepostrzeżenie. Bogumiła napisała do niego kilka sms-ów, ale Felek nie odpowiedział na żaden. Miał to w zwyczaju. Potem wracał późno i rzadko kiedy tłumaczył, gdzie był. Ojciec nie oczekiwał od syna zbyt wiele w tej kwestii, ale nawet on tracił cierpliwość, kiedy choćby zdawkowe sprawozdanie w jednym zdaniu z miejsca pobytu przez ostatnie kilka godzin było dla Felicjana Czerwińskiego zbyteczne.
– Młody na mieście? – zapytała Beata, niechętnie kładąc na talerzyk konkretny kawał szarlotki. Już drugi.
– Nie odpowiada na wiadomości, nie dzwoni. Tak mam z nim zawsze.
Beata uśmiechnęła się lekko w geście pocieszającym i pokiwała głową.
– No tak, młodość. Nie zamartwiaj się. Niedługo z tego wyjdzie.
– Do tego chyba jeszcze daleka droga – powiedziała wątpiącym tonem Bogumiła, sięgając do filiżanki z kawą. Przeczuwała, że taka dawka kofeiny tylko ją nakręci, ale mimo to postanowiła zaryzykować.
– Mówił, gdzie idzie?
– Nie. Nigdy nie mówi. Zwykle po prostu wychodzi, rzuca coś w stylu „na miasto” i tyle go widziałam. Potem wraca, po godzinach, czasami tylko odpisze na wiadomość. Edek też już traci cierpliwość.
– On akurat ma jej aż zanadto chyba.
– Felek zaniedbuje ostatnio szkołę – powiedziała Bogumiła, jakby nie chcąc kontynuować wątku męża. – W takim tempie niedługo będzie musiał się przenieść do gorszego liceum.
– Nie ma zbyt dużego wyboru.
Bogumiła chciała coś powiedzieć, ale wtedy z pokoju dziennego dobiegły głośne śmiechy. Faceci bawili się najwyraźniej w najlepsze, zapewne kończąc już połówkę czystej. W barku była kolejna, a Edward pewnie lada chwila po nią sięgnie.
– Jakby się ze dwa lata nie widzieli – skomentowała sarkastycznie Beata, a potem nastąpiła nagła cisza. Jakby właśnie w tej chwili coś kazało wszystkim zamilczeć, dać przestrzeń by mieszkanie po chwili wypełnił dźwięk telefonu stacjonarnego zawieszonego na ścianie w korytarzu.
– Felek? – zdążyła zapytać Beata.
Bogumiła pośpiesznie podeszła do aparatu telefonicznego i opierając jedną dłoń na pociemniałej z wiekiem boazerii, przystawiła czerwoną słuchawkę do ucha. Nie poznała osoby z drugiej strony. Dopytywała się trzy razy, coś zakłócało połączenie. W końcu mężczyzna dzwoniący przedstawił się, a potem zaczął z przejęciem w głosie mówić o tym jak mu jest przykro i że nie chciał wcale o tym informować, ale z drugiej strony musiał. Dalsza rozmowa potoczyła się szybko. Bogumiła wypuściła słuchawkę z dłoni. Ta uderzyła o podłogę, potem na sprężystym kablu podskoczyła i zaczęła obijać ścianę kilka razy, zanim nie zawisła smętnie w bezruchu. Kobieta stała przed telefonem i patrzyła na klawiaturę numeryczną. Z pokoju dziennego wyszedł Edward Czerwiński. Był wstawiony, ale mimo to wyczuł, co właśnie się stało. Złapał żonę w ostatnim momencie.
***
Mieszkanie rodziny Czerwińskich, Morowo, 26 września 2011
Rano
Felek obudził się najpierw o szóstej, potem o szóstej czterdzieści i o siódmej dwanaście. Usilnie chciał, aby ten dzień skończył się w kilka minut. Najlepiej zamknąć oczy i obudzić się we wtorek, pomyślał. Fakt, że remont w budzie załatwił im dodatkowy dzień wolny, niczego nie zmieniało. Zapowiadał się najgorszy poniedziałek w jego życiu. Przez noc myślał o tym całym czas. Budził się zlany potem, myślał, trząsł ze strachu, czując, jak łóżko chwieje się przy tym na obluzowanych połączeniach pudła z nogami.
W domu panował spokój. Ojciec poszedł do roboty o piątej, jak zwykle. Matka jeszcze spała. Na zewnątrz panowała szaruga. Od okna ciągnęło chłodem i wilgocią. Naciągnął mocniej kołdrę i zmienił pozycję. Starał się jeszcze zasnąć, choć godzinę. Nic z tego. Żałował, że wtedy tam był, w tym miejscu, tak cholernie nieodpowiednim. Mógł przecież siedzieć w swoim pokoju i przeglądać neta. Pewnie by tak było gdyby posłuchał matki i choć raz w życiu wrócił do domu na czas. Miała rację. Cały ten czas miała zawsze rację, ale nigdy nie miał okazji sprawdzić, jakie są konsekwencję niesłuchania. Zawsze mu uchodziło na sucho. Wracał kiedy chciał i wszystko było dobrze. No, może ojciec czasami zaprosił na dywanik. Wtedy rozmawiali długo, o tym co będzie, co było, jak być powinno. Stary miał gadkę nie od parady. Umiał lawirować. Kto by przypuszczał? Felek na pewno nie, a przynajmniej nie za pierwszym czy drugim razem. Po kilku takich sesjach był już jednak mniej więcej rozeznany w tym jak kolejna rozmowa się skończy.
Wstał i poszedł do toalety. W drodze zachowywał się jak słoń w składzie porcelany. Dosłownie wszystko, co mógł zrobić, by cały blok usłyszał o tym, że idzie do kibla, zrobił. Dziesiątki skrzypnięć, przewrócony stojak na paprotki, telefon, a na końcu drzwi, w które uderzył jakby w ogóle ich nie widział. Był naprawdę zdenerwowany. Długo wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze. Odpryski na jego krawędziach przypominały mu o tym, ile takich uchybień ma życie, które właśnie toczy. Od groma, a oto nieuchronnie zbliżała się godzina całkowitego rozdrobnienia w pył.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania