Inne kolory życia - część I

Przystanek kolejowy Kiścinne, 26 wrześnie 2011 roku

 

Nikt nie dowie się, czy Felek widział nadjeżdżający pociąg relacji Złorzewo – Morowo. Reflektory spalinowego autobusu szynowego rozcinały wieczorną mgłę. Purpura na zachodnim niebie ciemniała, przeistaczając się wolno w głęboki granat. Kwadrans wcześniej chłopak usiadł na ławce, jedynej zdatnej na przystanku osobowym Kiścinne. Blaszana wiata stojąca obok rdzewiała samotnie obklejona reklamami chwilówek i zabazgrana graffiti. Wokół dziesiątki butelek, w których oprócz pozostawionych żali, dobrych i złych wspomnień, martwych much – nie było już nic. Po pięciu minutach osunął się powoli na prawą stronę. Naciągnął mocniej kołnierz kurtki – robiło się zimno. Ułożył pod głową odpięty, ocieplany kaptur. Miał czapkę, więc nie potrzebował go w jego naturalnym miejscu. Po drugiej stronie torowiska rosły krzaki. Zawsze tam były. Raz gęstsze, raz rzadsze Czasami okoliczni przychodzili tu i ścinali samosiewki na opał, a czasami nie i gaj wyrastał ponad miarę, aż kolejarze z PKP musieli zasuwać z sekatorami i piłkami. On chodził tam w wakacje z kumplami. Ostatni raz kilka lat temu. Potem… a zresztą. Pewne znajomości wyrastają z zażyłości.

Szynobus zatrzymał się na przystanku dwie minuty po planowanym czasie. Na początku wysiadło zeń ledwie trzech pasażerów. Wszyscy skierowali się w stronę Felka. Wtedy jeszcze nikt nie zawracał sobie nim głowy. W jednej sekundzie, w której lewa noga starszego mężczyzny ubranego w szykowny, acz tani płaszcz i wygodne, lecz nie markowe pantofle znajdowała się w górze, na przystanku rozbłysła jedna z dwóch i jedyna działająca latarnia. Żółte światło zalało część przystanku łącznie z ławką, na której leżał chłopak. Troje ludzi przeszło obok niej. Wśród nich kobieta, w średnim wieku, z początku niezainteresowana. Po kolejnych kilku krokach zatrzymała się, a wraz z nią tamten starszy facet.

– Widzi pan? – zapytała bardziej retorycznie, robiąc nadąsaną, pełną wyrzutów minę. – Czy my… czy nasze pokolenie było aż tak zdegradowane przez tę wódę?

Mężczyzna spojrzał litościwie na czterdziestoparolatkę. Wzruszył smętnie ramionami i skierował wzrok na chłopaka.

– Stary jestem, proszę pani. Pamięć już nie taka. Młode lata schowałem dawno do kieszeni – uśmiechnął się, jakby widział w tym leżącym na ławce chłopaku samego siebie. Trochę wspomnień, które w losowej sytuacji odżyły.

– To nie do pomyślenia. Pijaństwo zżera ten kraj do cna!

Chciała odejść, ale tknięta jakąś potrzebą społecznej interwencji, próbą być może zmienienia czegoś, co nieuniknione, szturchnęła chłopaka. Żadnej reakcji. Ponowiła więc próbę, tym razem mocniej. Wtedy jedna ręka opadła bezwładnie i zawisła w powietrzu. Kobieta poczuła, jak krew odpływa z twarzy, jak policzki bledną, jak oddech staje się szybki i nerwowy.

– Boże… – zdążyła powiedzieć, nim zachwiała się na kilkucentymetrowych obcasach i o mało co nie spadła z krawędzi peronu. Pociąg miał właśnie ruszać.

Maszynista skorzystał z ubikacji usytuowanej nieco w polu. Gdy przechodził obok ławki, zdążył w ostatniej chwili złapać kobietę za ramię.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

– Trup! Trup! – wykrzyczała na całe gardło, aż kilkoro kolejnych pasażerów wyszło z wagonu.

– Znam go! Znam! – zawyła Antonina Michalska, właścicielka małego, osiedlowego sklepiku w Morowie, miasteczku, z którego pochodził denat.

Kobieta podbiegła do ławki, ale w porę od ciała odciągnął ją maszynista.

– Proszę nie dotykać – nakazał surowo maszynista.

– Ale…

– Nie. Zatrze pani ślady. Teraz już nic nie zdziałamy. Potrzeba policji.

– Jakie ślady? – zapytała wyraźnie zdziwiona. – Dobry Boże, przecież to Felek Czerwiński. Przychodził do mojego sklepu często, bardzo często. Co też pan mówi? Myśli pan, że…

– Skądże! – przerwał natychmiast maszynista. – Ale na wszelki wypadek wszyscy odsunąć się!

Ludzi przybywało. W końcu wokół ławki powstał krąg kobiet i mężczyzn w różnym wieku, którzy patrzyli na ciało Felka z zaciekawieniem troską, żalem, smutkiem i wszystkim innym zmieszanym w jednym garze ze sobą.

– Ja też go znam! – zawołał starszy facet w tanim, ale eleganckim płaszczu. – Teraz kojarzę. Jeździł często pociągiem, tym samym, którym i ja jechałem. Siadał zawsze przy oknie.

Maszynista oddalił się od grupy, aby wezwać służby. Potem polecił młodemu, rosłemu mężczyźnie, który przedstawił się jako Artur Pawłowski, aby dopilnował porządku na przystanku.

– Mnie goni rozkład. Kwadrans spóźnienia jakoś wytłumaczę, ale i tak będą potem mnie maglować, że się obijam. Poradzi pan sobie? Policja i pogotowie wezwani.

Pawłowski przytaknął. Uścisnęli sobie dłonie i maszynista wrócił do pociągu.

– Kto ma wsiadać, proszę teraz. Czas nas goni.

– A co z nim? – zapytał ktoś.

– Służby już jadą. Proszę, naprawdę, nie mam czasu więcej zwlekać. Tragedia tragedią, ale rozkład swoje.

Ludzie zaczęli powoli wracać do pociągu. Każdy miał przecież swoje życie, był trybikiem w wielkiej machinie świata. Po dawce sensacji z powodu ciała na przystanku i pierwszym szoku emocje zaczęły opadać.

– To był dobry chłopak – powiedziała Antonina Michalska cicho.

Pawłowski wzruszył ramionami. Wydawał się podchodzić do sprawy na chłodno.

– Może i był. Teraz to już bez znaczenia – odparł.

Kobieta spojrzała na mężczyznę zaskoczona.

– Jak pan tak może mówić?

– Proszę się nie przyglądać. To nic nie da.

– Znałam jego rodzinę od lat. Może dla pana to nieznajomy, zimny trup, ale dla mnie… – nie dokończyła, wyrwana z melancholii dźwiękiem odjeżdżającego pociągu.

Następne częściInne kolory życia - część II

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania