Inne kolory życia - część III
Miejski stadion sportowy w Morowie, 20 października 2011
Felek wyszedł z hali sportowej bocznymi drzwiami. Nadal był spocony jak świnia i cuchnął, mimo że wykorzystał na raz połowę dezodorantu. Prysznice znowu nie działały, więc pogodzony z losem poszedł na trybuny stadionu, gdzie zwykle chodził po skończonym treningu ręcznej. Damian już tam czekał. Wyszedł trochę wcześniej.
– Za tydzień nasza szansa – powiedział, gdy Felek usiadł obok niego. Miał na myśli mecz towarzyski, który dla przeciwników nie był niczym znaczącym, ale dla Felka i Damiana miał okazać się najważniejszy od miesięcy. Trener zapowiedział, że po nim wybierze stały skład na kolejne mecze.
– Jestem podekscytowany i obsrany na raz.
– A ja to myślisz, że nie?
Zaśmiali się w tym samym czasie. Chwilę potem zza pleców usłyszeli ryk silnika. Czyjaś beemka paliła gumę na parkingu szkolnym. Felek wiedział, do kogo należała i kto jest kierowcą.
– To on, chyba – powiedział cicho, rozglądając się wokoło przezornie.
– Nieb…
– Tak. Ale już tak na niego nie wołają. Awansował.
Damian spojrzał na kumpla podejrzliwie.
– Skąd ty masz takie info?
– Się lata, się ma.
– Bawisz się w osiedlową gangsterkę?
Felek uśmiechnął się lekko i klepnął Damiana w bark. Zwykle celował w potylicę, ale tym razem nie chciało mu się aż tak mocno zarzucać ręki.
– Pogięło cię? Kuzyn zna takiego co lata. Lata tak jak jego jęzor na wszystkie strony.
– Powiedział, że tę dziewuchę… no wiesz.
– Tak, podobno dali mu taki rozkaz. A on posłusznie wykonał polecenie.
Damian naciągnął kołnierz kurtki nieco mocniej.
– A mówią, że to takie zadupie.
– Na takim najłatwiej szaleć. Już znaleźli winnego, koziołka ofiarnego.
– Kogo?
– Jakiegoś Mąciwodę, czy jakoś tak. Były kierowca autobusu. Ukradli mu go zaraz przed zabójstwem. Połączyli sprytnie kropki, a pewnie na przesłuchaniu docisk miał konkretny. Wyśpiewał wszystko, tak jak zagrali.
– Brawo dla nich.
Spojrzeli po sobie. Wypadało się na to wszystko głośno zaśmiać, ale im nie było w ogóle do śmiechu. I każdy dziwnie się z tym czuł. Wiatr, jakby potwierdzając ich odczucia, zawył złowrogo, podrywając suche liście rozłożone na ławkach trybun.
– Wracamy na piechtę czy dwójką?
Felek chwilę się zastanawiał. Nawet miał ochotę na mały spacer, mimo że po treningu był wyzuty z energii jak ścierka z pomyj. Jego paradoksem było to, że uczucie po wysiłku leczył kolejnym, nie tak ciężkim.
– Jedziemy. Nie chcę złapać przeziębienie przed meczem. Ale następnym razem nie dość, że na piechotę, to jeszcze trasą widokową.
– Dogadane.
***
Na szlaku kolejowym w stronę Morowa, 26 września 2011
Maszynista Dariusz Wiertło nerwowo ocierał usta dłońmi odkąd autobus szynowy ruszył z przystanku Kiścinne. Za szybami świat zalewała czerń nocy. Reflektory pociągu rwały ciemność, która zaraz potem natychmiast się odradzała. Wiertło miał przed oczami ten sam niezmienny obraz zwłok chłopaka leżących na ławce. Nigdy wcześniej nie widział podobnego, zatrważającego obrazka. Pracował na kolei od dwudziestu lat. Przez ostatnie dziesięć na linii Złorzewo-Morowo. Nigdy nie miał do czynienia z samobójcami rzucającymi się pod pociąg. Dziękował za to opatrzności każdego wieczoru, choć jego zatrudnienie w tej części kraju było bezpośrednio związane z tragedią, która wydarzyła się jesienią w 1998 roku. Wypadek śmiertelny z udziałem składu osobowego EN57. Pociąg uderzył w auto, chyba czerwonego fiata uno. Dwie osoby zginęły, a maszynista, który brał udział w zdarzeniu, nie podniósł się po tej tragedii, nigdy. Niedługo potem popełnił samobójstwo i jego miejsce zajął Dariusz Wiertło. Od tamtej pory wszystko toczyło się swoim leniwym prowincjonalnym rytmem, ale teraz ta błogość została zburzona.
Wiertło zatrzymał szynobus na przystanku Wióry-Parcele. Płyta peronowa tonęła w mroku. Lampy działały tu naprzemiennie, jak w spowolnionej dyskotece, do czego ludzie przyzwyczaili się szybko. Dwie osoby, które opuściły pociąg, od razu włączyły podręczne latarki. Skład ruszył, ale nie ujechał daleko. Gdy tylko nabrał prędkości, Wiertło poczuł, jak coś uderza w lewy bufor i bok szynobusa. Zaczął gwałtownie hamować. Pociąg zatrzymał się, a pasażerowie zaczęli wstawać z miejsc i podchodzić do drzwi, za którymi znajdował się kokpit maszynisty. Wiertło wyszedł, aby uspokoić podróżnych.
– Boże, czy to człowiek? – zapytała przerażona kobieta w okularach z absurdalnie dużymi szkłami w krwistoczerwonych oprawkach.
– Nie sądzę. Raczej dzikie zwierzę – stwierdził maszynista. – Procedura nakazuje, abym niezwłocznie to sprawdził. Proszę też, żeby nikt poza mną nie wychodził.
– Kolejne minuty stracone. Pieprzone PKP! – zawołał rozeźlony pasażer siedzący na tyle.
Wiertło nie zwracał na to uwagi. Przez lata nauczył się, że ludzie potrafią być najgorszym, z czym ma się do czynienia w pracy. Zawsze coś im nie pasuje i wyrażają to w najgorsze możliwe sposoby, dając upust prostackim emocjom pochłaniającym ich krótkowzroczne myślenie.
Za zewnątrz temperatura spadała z godziny na godzinę. Kalendarzowe lato skończyło się kilka dni temu, a jesień od razu zakasała rękawy i zaczęła wprowadzać swoje reguły pogodowe. Konduktor Kasprzycki spojrzał na maszynistę obojętnym wzrokiem. Kiedy znaleźli ciało Felka, nie czuł szczególnego zobowiązania by podejść bliżej. Nie był miejscowy.
Wiertło, choć nie miał złudzeń, że nie uderzył w człowieka, do lewego bufora szedł z duszą na ramieniu. Czuł, jak serce wali niczym kowalski młot, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi i pognać w zarośla. Zapalił latarkę i zaświecił w miejsce uderzenia. Czerwone smugi krwi biegły jak od linijki zataczając lekki łuk ku górze, a potem schodząc znowu niżej. Trochę czerwonego zauważył też na samym buforze. Teraz pora na spacerek, pomyślał kierując się szlakiem w stronę Złorzewa.
Ofiara leżała niedaleko torowiska. Okazała sarna była już martwa. Bufor rozorał szyję, zdarł sierść i skórę, rozciął mieście i tętnicę. Krew znajdowała się wszędzie, była wciąż ciepła. Wiertło podwinął rękawy marynarki i koszuli, po czym zabrał się za przesunięcie zwłok zwierzyny dalej w zarośla. Co natura dała niech i zabierze, pomyślał, a kiedy skończył, czym prędzej wrócił do kokpitu. Po drodze musiał jeszcze wytłumaczyć pasażerom, że to sytuacja losowa i nie miał na nią wpływu.
– I bez tego pociągi kursują z opóźnieniami godnymi pożałowania – żaliła się do innych okularnica.
– A i owszem. A teraz jeszcze to. Trzeba było z tą sarenką herbatkę wypić jeszcze – wtórował gość z tyłu. Był wyraźnie usatysfakcjonowany z tej riposty. Jakby mógł, przyznałby sobie medal zasług.
– Proszę złożyć skargę. Nie zamierzam wdawać się w słowne utarczki – uciął żale Kasprzycki.
Wiertło spojrzał na konduktora. W duchu mu nawet podziękował, lecz ich relacja w pracy nie układała się najlepiej. Dlatego życzliwość pozostała tylko w wyobraźni.
– Te skargi to są gówno warte i dobrze pan wie! Gówno, gówno! – zawołała okularnica, ale Wiertło już siedział w kabinie maszynisty.
Szynobus ruszył powoli i do końca trasy nie odnotował większych opóźnień. Pasażerowie zaś nie mogli powstrzymać słowotoku. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Stanowisko było jasne, klarowało się od samego początku. Większość liczyła na skuteczną skargę, która ukaże maszynistę. Zapewne sądzili, iż wzmożona populacja saren jest wyłącznie winą maszynistów PKP.
Kanonadzie słów i żalów przewodniczyła okularnica, która przedstawiła się jako Hanna Tuszyńska. Obiecała, że sprawa nie zostanie zakopana pod dywan. W rasowo politycznej wypowiedzi artykułowała wiele zarzutów w stronę maszynisty. Czuła się jak ryba w wodzie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania