Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część IV

Przystanek kolejowy Kiścinne, 26 września 2011

 

Ratownicy nie mieli zbyt dużo roboty. Stwierdzono zgon. Policja w większości zajęła się „odpędzaniem” ludzi pozostałych na przystanku. Spora część zaczęła bawić się w dziennikarzy. Rozpoczął się festiwal pytań o morderstwo, o zatargi z mafią, o jakieś konsekwencje pijaństwa i rozpadu rodziny. Ludzie z głęboko poruszonych tragedią nagle zamienili się w zimne ciekawskie sępy, żądne kolejnych ofiar, aby zaspokoić swoje potrzeby wiedzy, na którą nie zasługują.

 

– Proszę się oddalić. Każdy ma albo wrócić do domu, albo wsiąść do kolejnego pociągu. W przeciwnym razie zostanie aresztowany – ostrzegał policjant.

 

– Za co aresztowany? – zapytał Artur Pawłowski. – No, przecież nam tu wolno być i w ogóle. Przystanek kolejowy to jest publiczne miejsce. Dla każdego jest. Co nie? Ludzie, dobrze mówię?

 

Głosy poparcia rozniosły się w eter. Policjant stał nieugięcie za taśmą i rękami co jakiś czas blokował kolejnych chętnych do ujrzenia bliżej działania służb.

 

– Będzie prokurator? – zapytał ktoś z tłumu. Był to chyba ten starszy facet, ten, który z Michalską byli jako pierwsi przy ciele.

 

– Nie zdradzam żadnych informacji z toku działań.

 

– Boś tak poinformowany jak nasz proboszcz. Wysłali żółtodzioba, żeby na bramce stał. Za ile wstęp? – drwił Biernat.

 

– Proszę odejść, to ostatnie ostrzeżenie.

 

– My go znaliśmy, tego chłopca. On nas też. Dzień dobry nam mówił. Dobry dzieciak był z niego. Mamy prawo wiedzieć. Większe niż ty, synku. – Ostatnie zdanie starszy facet powiedział niezwykle basowym głosem, zbliżając się bardziej w stronę funkcjonariusza.

 

***

 

Na drodze w stronę Sąsieków-Kolonii, 26 października 2011

 

Czarny Lanos gnał wysłużoną, ale wciąż zdatną do jazdy asfaltową drogą w stronę wsi Sąsieki paka dziesięć. Piątka wyła nieco, a obrotomierz wariował, wskazując raz ponad cztery, a raz ledwie dwa tysiące obrotów na minutę. Na skrzyżowaniu przy szkole podstawowej auto skręciło w lewo. Kierowca nie zredukował prędkości wystarczająco i Lanos zarzucił nieco tyłem po poboczu, o mało nie trafiając w blaszaną wiatę przystanku autobusowego.

 

– I co? – zapytał Dekiel, dopalając kolejnego szluga.

 

– Co, co?

 

– Jak co, no wiesz co.

 

– Nie, kurwa, oświeć mnie, Dekiel, bo zajebiście nie wiem, do czego zmierzasz.

 

Dekiel oblizał usta jak to zwykle miał w zwyczaju przed jakimś ważnym pytaniem. Szyja wolałby, żeby zamiast tego umył w końcu włosy, ale na to nie było co liczyć.

 

– Będą niuchać? No wiesz, psy.

 

Szyja nie odpowiedział od razu.

 

– Nie wiem, chyba nie.

 

– A bo ty wiesz, że nie.

 

– No to po kiego mnie się pytasz, jak wiesz lepiej, durniu?

 

– A bo wiesz, chciałem się zapewnić.

 

– Upewnić – poprawił go Szyja.

 

Skręcili w kolejną, węższą drogę, nadal asfaltową, która prowadziła na Kolonie Sąsieki, oficjalnie nie podawaną na mapach, istniejącą w słownym obiegu okolicznych mieszkańców.

 

– No mówię przecież. To teraz to już nie wiem, czy się upewniłem.

 

Szyja zatrzymał auto. Noc była zimna, cholernie zimna. Stali teraz w szczerym polu. Najbliższe domy zostawili za sobą, a do kolejnych jeszcze kawałek. Lamp ulicznych próżno szukać, a te przy szkole w Sąsiekach przepaliły się dawno. Było więc zimno i ciemno. Tylko reflektory Lanosa jako tako rozrywały powłokę mroku.

 

– Słuchaj, ja tylko wiem, że on miał fiknąć, a my przypilnować, żeby na pewno to zrobił. Sprawa załatwiona. Niech martwią się inni.

 

– Jacy inni?

 

– Żebym to ja wiedział, Dekiel.

 

Auto ruszyło dalej, w ciemność nocy.

 

***

 

Mieszkanie Dariusza Wiertło, Osiedle Łabiny, Morowo, 27 września 2011

 

Dariusz Wiertło wysiadł ze swojego rodzinnego minivana Renault i skierował się w stronę pięciopiętrowego bloku po prawej stronie. Mieszkał na trzecim piętrze. Gdy podszedł do klatki schodowej, spojrzał na elektroniczny zegarek. Na wyświetlaczu data zmieniła się w tym momencie z 26 na 27. A więc był już kolejny dzień, a on dopiero stał przed klatką schodową i klepał kod. Zanim wejdzie na piętro, umyje się i jeszcze wcześniej coś zje, może nie minie pierwsza. Był głodny jak wilk.

 

Na drugim piętrze, pod drzwiami państwa Waliszewskich spał jeden z domowników mieszkania, Henryk, mąż Danuty. Jak zwykle wypity, ledwo przytomny. Chrapał głośno i cuchną wódką. Wiertło nie zamierzał go budzić. Waliszewski był starym oliwą. Od lat ciągnął z gwintu wódkę niczym oranżadę. Maszynista po prostu poszedł dalej. Gdy stanął przed drzwiami swojego mieszkania poczuł, że zmęczenie uderza nagle ze zdwojoną siłą. Teraz już nawet głód przestał mu doskwierać. Chciał tylko zażyć kąpieli i iść spać. Ale wiedział, że to nie będzie takie proste. Ten chłopak, Felek, chyba tak, Felek. Znał go. Jeździł pociągiem bardzo często. Wysiadał na różnych przystankach jakby kolegów miał w całym powiecie, co najmniej. A teraz to oni, jeśli w ogóle zechcą, przyjdą do niego, na pogrzeb. Wiertło przełknął nerwowo ślinę. Potem starając się nie budzić żony i synka wziął kąpiel, a następnie położył się do łóżka. Zasnął tuż przed drugą i miał bardzo niespokojny sen. Dręczyły go koszmary, w których jechał rozpędzonym pociągiem i zabijał za każdym razem przerażonego, leżącego na torowisku Felka. Chłopak krzyczał wniebogłosy, ale pociąg był bezlitosny.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania