Kolory życia - część IX
Sama się prosiła, pijawa! Sama, on po prostu ją ogarnął. Tak to sobie tłumaczył przez całą drogę. Miastowa cizia poczuła zapach szmalu i zaczęła domagać się więcej. Myślała, że znalazła sobie pieprzonego sponsora. Miał jakieś dziwne wahania nastroju. Jak nie on. Nie jak poczciwy, dobry, Krzychu. Czuł, że dręczy go poczucie winy. Raz sprowadził dziewczynę do parteru i już toczyło go wewnętrzne choróbsko sumienia. Nie pomagało ani rozkręcone na ful radio, ani dźwięk poczciwej beemki. Z kumplami miał się spotkać w innej miejscówce. To miało być ważne spotkanie, tak mówił Szyja. Umówili się w małej, zapuszczonej wiosce, kilka kilometrów na zachód od Wiór. Był tam opuszczony budynek OSP. Wokoło nic tylko krzaki i ugory. Najbliższe zamieszkała zabudowania kilkaset metrów w każdą stronę. Droga fatalna, wąska i usiana wybojami. Nikt tamtędy nie jeździł. Wszyscy wybierali dłuższy objazd szosą. Szyja wyhaczył tę miejscówkę jakiś czas temu. Było idealna. Gadał, że sam pan Bóg tam nie zagląda. Krzychowi to akurat było wszystko jedno. W brodatego starucha na obłokach nie wierzył, a kościół kojarzył mu się ze starymi dobrymi czasami, jak zaczynał w branży od szmuglowania proszku. Ci miastowi zostawiali towar pod cegłami w parkanie kościelnym. Były tam takie specjalnie wyżłobione wnęki. Krzychu, przeważnie wieczorami, podjeżdżał pod kościół, zabierał, co trzeba, zostawiał bilon, nie cały, bo procent szedł za jego kurierską fuchę, i rozwoził przesyłki do odbiorców w okolicy. Z miastowymi nie spotykał się nigdy. Mieli nosa. Kiedy wyjeżdżali na wioski, wiedzieli, że swoje rewiry zostawiają daleko za sobą.
Na prostej przyśpieszył. Miał teraz przed sobą długi, może trzy kilometrowy odcinek nowego asfaltu. Szeroka jednia, gładka jak stół wręcz błagała, aby ją przetestować. Przetrzymał na czwórce, ile dało, silnik warczał zaciekle. Przed skrzyżowaniem zatrzymał się w ostatnim momencie. Z prawej nadjechał Żuk w zabudowie z izotermą. Kierowca popatrzył na BMW, zaklął coś pod nosem, a potem pojechał dalej. Krzychu tylko zaśmiał się do siebie. Zrobił to nieudolnie, obryzgując przednią szybę kroplami śliny. Przejechał skrzyżowania i po kilkuset metrach skręcił z głównej szosy w żwirową drogę porośniętą po obu stronach gęstymi krzaczorami. Dalej jechał maksymalnie trzydzieści na godzinę. Nawet on wolał nie ryzykować zerwania czego się tylko da w podwoziu. Wyboje były konkretne, a po ostatnim deszczach woda tylko dopełniła dzieła. Drogą nikt nie interesował się w gminie. Słabo uczęszczana, na tym odcinku przechodziła jedynie przez gęstą samosiewną roślinność i ugory. Pierwsze zabudowania zaczynały się dużo dalej. Tymczasem remiza OSP zamajaczyła szczytową ścianą pomiędzy drzewami. Znajdowała się kilkadziesiąt metrów od drogi. Krzychu ostrożnie skręcił w kolejną, jeszcze gorszą ścieżkę i zatrzymał wóz obok dwóch innych, które już tam stały.
Przy drzwiach wejściowych stali Furman i Zygi. Ten pierwszy wyglądał jakby go ktoś wyciągnął z osiedla wielkopłytowego z lat 90-tych. Ciągle nosił starą ortalionową kurtkę i dresowe spodnie pamiętające jeszcze czasy sprzed rzekomej pluskwy milenijnej. Mówił, że przynoszą mu szczęście, a kurtkę dostał od starego – jedyny prezent, jaki mu dał ot, tak, nie licząc na zapłatę. Nikt nie poruszał dalej tematu, bo Furman bywał na tym punkcie gwałtowny niczym rozjuszona osa.
– Szyja ma do ciebie sprawę – odezwał się Zigi, gdy tylko Krzychu stanął obok nich.
Zygi był z nich wszystkich najniższy, ale miał niewyparzoną mordę i nadrabiał wazeliną u Szyi, więc nikt specjalnie nie prostował jego przyzwyczajeń.
– No to jestem.
– Wejdź, ale ostrzegam, nie będzie miło.
Wymienili się spojrzeniami, po czym Niebieski zniknął w mroku korytarza remizy.
– Będzie wkurwiony? – zapytał Furman, spoglądając za siebie.
Zigi wzruszył ramionami.
– Buźkę miała ładną, ale rozkaz jest rozkaz.
***
Ciszewski chciał mówić. Wyglądał na przejętego jakby za bardzo. Niebieski nie od razu zwęszył. co nadchodzi. Cichy zająknął się, potem spróbował jeszcze raz. Przypomniało mu się, że miał dwa dni temu wizytę kontrolną u kardiologa. Ciotka z Gdańska dała mu na nią trochę szmalu. Kasy już dawno nie było. Poszła na procenty i nie tylko. Zresztą lekarze to tylko mordercy w przebraniach. A Cichy z takimi nie trzymał. Wolał spokojny, lokalny majestat Wiór i okolic.
– Co jest? Zapomniałeś kwestii?
Ciszewski spojrzał tylko na Niebieskiego, który nadal czekał i robił się przy tym niecierpliwy.
– No… on… – wykrztusił, po czym łapiąc się za pierś, upadł na podłogę, dwa razy głośniej niż by się wydawało.
Niebieskiemu chwilę zajęło. aby zajarzyć, co się właśnie stało. Ale kiedy tylko zrozumiał, od razu zjawił się obok Cichego, który patrzył w sufit i odpływał, coraz mocniej i mocniej. Ciągle trzymał się za pierś. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył. Niebieski zaklął, a potem wybiegł z pokoju. Wezwali pogotowie. Było za dziesięć minut. Ratownicy na miejscu przystąpili do reanimacji. To była jedyna szansa. Próbowali kwadrans, a potem kolejne dziesięć minut na żądanie Niebieskiego. Wrzeszczał, że mają go ożywić, że ma być kurewsko żywy i sprawny do zeznawania. Ale żadne z tych życzeń się nie spełniło. Padło znamienne: Nie żyje.
Gdy już zabrali ciało, Niebieski wrócił do pokoju, usiadł na fotelu i zapalił papierosa. Oddychał nerwowo, a papieros trząsł się w dłoni razem z resztą ręki. Byli blisko czegoś, co jednak nie chciało wyjść na światło dzienne.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania