Kolory życia - część VIII
Niebieski zaklął, będąc jeszcze na schodach. Starł się z sąsiadem z parteru, starszym facetem, który nie trafił Niebieskiego. Ciągle się o coś sprzeczali. Krzychu wtedy odgrażał się, że staruch będzie gryzł ziemię szybciej niż myśli, jeśli nie zamknie jadaczki, ale tamten – były więzień polityczny w czasie stanu wojennego, nie robił sobie z tego nic wielkiego. Czasami nawet go to nakręcało i dawał w gaźnik jeszcze mocniej. Tym razem Niebieski tylko parsknął na niego jakimś soczystym bluzgiem i poszedł dalej. Gdy spojrzał na Ankę, uśmiechnął się w swoim cwaniackim stylu.
– Spadaj na chawirę, niunia, jadę do kumpli.
Anka próbowała pozostać w roli, którą odgrywała zawsze, gdy szli razem do łóżka.
– Widziałam nową torebkę. Bajeczna, wiesz?
Podeszła nieco bliżej, ale Niebieski zrobił wtedy coś, czego nie spodziewała się tak szybko. Miał ciężko rękę. Zawsze o tym mówił, kiedy gadali po wszystkim ze sobą. Tak w gruncie rzeczy to on gadał, a ona słuchała pokornie. Nie lubił, z tego, co mówiła Kaśka, ja wchodzi mu się w słowo. Opowiadał o tym, jak to nie sklepał wszystkich cwaniaków w okolicy i że niedługo będzie szedł na miasto.
Wtedy nie czuła, że jest zdolny do absolutnie wszystkiego. Nie czuła tego też tuż przed tym, jak powalił ją jednym uderzeniem i cwaniackim krokiem poszedł bez słowa do auta. Anka nie podnosiła się, dopóki do niego nie wsiadł. Spojrzała wtedy w jego stronę. Dotknęła dłonią policzka. Bolał jak diabli. Z klatki wybiegł ten starszy facet, z którym Niebieski się kłócił. Anka uśmiechnęła się do niego lekko, ale mężczyzna nie odwzajemnił uśmiechu. Wyglądał na usatysfakcjonowanego całą sytuacją.
– Masz za swoje, miastowa kurewko. Wracaj do siebie i nie pokazuj się tutaj. Takie jak ty przynoszą tylko same problemy – powiedział, po czym trzymając szluga w ustach, wrócił do klatki.
Anka leżała przed blokiem jeszcze dłuższą chwilę. Szlochała cicho, starając się zapomnieć o bólu i upokorzeniu. W oknach przyglądały jej się emerytki, dzieciaki i młode matki. Wszyscy mieli ten sam, beznamiętny wyraz twarzy. Nie była ich, zupełnie nie.
***
Wypili po trzy butelki piwa, a potem wuj Leszek sam dźwignął się z krzesła i wyjął z lodówki chłodną żytnią. Nie szukał kieliszków, nalał sobie i siostrzeńcowi po pół szklanki, a resztę postawił w pobliżu, na kolejną rundę. Darek w tym czasie rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu. Kuchnia była mała, zagracona i cuchnęła starzyzną oraz pleśnią. Zasłony w oknie ciągle były zasłonięte. Pomieszczenie pogrążyło się w półmroku, a do tego wuj Leszek jarał jak smok, co sprawiało, że w całym domu siedziało się jak w kotłowni.
– Mam pytanie, wujek – zaczął Darek, gdy Mąciwoda wydoił już połowę z tego, co sobie nalał. Nie bawił się w kosztowanie. Przechylił szklankę i nabrał w usta tyle, ile zdołał, a potem przełknąć krzywiąc się co najwyżej symbolicznie.
– No, mów, Darek, mów.
– Dawno jeździłeś tym swoim autobusem?
Leszek Mąciwoda odruchowo spojrzał w zasłonięte okno, za którym w garażu stał poczciwy niebieski San H100.
– Lubię ten frazes.
– Jaki znowu?
– Swój autobus. Pamiętam czasy, jak jeszcze był własnością PKS a ja zaledwie i aż jego kierowcą.
Daro wiedział, że ta rozmowa niebezpiecznie zmierza na tory ponownej opowieści o tym, jak wuj Lech odkupił po znajomości, zaraz po przemianach ustrojowych, wysłużonego już wtedy Sana. Oddali go bez żalu, za grosze. Złom sypał się jak śnieg w styczniu. Darek znał tą opowieść na pamięć. Wolał nie musieć słuchać jej od nowa.
– A, ten. No tak. Opowiadałeś o tym, jak go kupiłeś.
– Nie tylko tobie. Chyba cała wieś o tym wie. Niektórzy i pewnie ty też przeklinają mnie za to, ile razy trułem im zad tą opowieścią.
Chłopak skłamał, że nie należy do tej grupy, że w ogóle to cała opowiastka jest w dechę.
– Ja właśnie w sprawie tego autobusu.
– No, co tam chcesz? Porada od starego mechanika?
– Wiesz, wujek, a na chodzie jest on?
Mąciwoda przez moment spoglądał na szklankę z żytnią. Wypił resztę, dolał sobie kolejną porcję i na moment odstawił na blat przykryty dziurawą, wytartą ceratą w jabłka i grusze.
– Tydzień temu go przepalałem. Chodził jak złoto. Dbam o niego, chłopaku. Tylko on mi został.
– A przejechać się dałbyś?
Mąciwoda o mało nie spadł z krzesła, gdy usłyszał to pytanie. Był już wstawiony, ale wzrok wyostrzył mu się, jakby na moment wytrzeźwiał kompletnie.
– Czyś ty z budki na łeb spadł, gamoniu patentowany?! Ledwo popylasz tym swoim włoskim smrodem, a na takiego bydlaka ci się zachciało siadać?!
Daro utrzymał minę niewzruszonego i ciągle zainteresowanego negocjacjami. Znał wuja Leszka. Jak było spokojnie, to było, ale gdy starszy brat matki wpadał w gniew, zaczynał się kabaret i ani myślałbyś o tym, żeby Mąciwodę przekrzyczeć. Trzeba było poczekać, aż ochłonie, wyrzuci z siebie wszystko.
– Bez starego jesteś jak ten chwast! Wszędzie cię pełno, ale pożytku z tego żadnego. A matka pewnie biadoli nad losem synalka. Jej słowem to pewnie zad podcierasz, bo cię na papier nie stać!
– Wujo, jedna rundka.
– A na co ci taka zabawa? Roboty mało?
– Szukam ciągle.
– Już ja widzę, jak szukasz. Powsinogo ty. Zawijaj się z chałupy, pókim dobry.
Mąciwoda wlał do szklanki resztę żytniej, a potem, zanim jeszcze wypił, podszedł do lodówki i wyjął kolejną butelkę. To był znak, że plan B wchodzi właśnie w życie. I tak nie liczył, że staruch się zgodzi po dobroci. Kiedy Mąciwoda wpadał w rytm, nie przestawał pić, póki nie padł nieprzytomny. Potem leżał tak godzinami. Ileż to razy Darek, jeszcze za dzieciaka, przychodził do wujcia Leszka z matką, a ten rozwalony jak koryncka ladacznica leżał na podłodze w korytarzu, kuchni, czy pokoju dziennym, nierzadko z dużą plamą na kroczu i zaschniętą kałużą wymiocin przy głowie. Taki widok był jednym z nieodzownych elementów dzieciństwa. Od tamtego momentu niewiele u Mąciwody się zmieniło. A już na pewno, co bardzo cieszyło Darka, nie zmieniło się miejsce, gdzie wujo Lech zawieszał kluczyki od Sana.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania