Kolory życia - część X
Wychodząc z remizy, Krzychu minął Furmana, który dopalał kolejnego szluga i przyglądał się czemuś w zaroślach, choć tak naprawdę obserwował Niebieskiego z zaciekawieniem. Ten wyglądał na zmieszanego. Nigdy nie dawał po sobie poznać emocji. Tym razem było podobnie. No prawie. Gdzieś tam pod warstwą betonu majaczyły delikatne rysy żalu. Gdy wsiadał do swojego BMW nie zrobił tego w ten charakterystyczny, luzacki sposób. Potem zreflektował się, wyjeżdżając z terenu OSP jak najszybciej. Ale Furman i tak wiedział, że Niebieski nie chciał pozbywać się tej niuni. Miastowa zrobiła mu kisiel z mózgu. A i tak nie używał tego organu zbyt często. Szyja powiedział, że Anka miała kilku z miasta, ma z nimi kontakty i może sypnąć. To był główny problem i główny powód, dla którego Niebieski miał się nią zająć.
Wyjechał na główną szosę, ale nie skręcił w lewo na Wióry. Niedaleko w wiosce Fikołki był spożywczy. Słabo zaopatrzony, ale mieli przynajmniej jakieś piwo. Pojechał w prawo, najszybciej jak mógł. Droga przecinała tam aleję starych topoli, a trochę dalej, na lewo, równolegle do niej wiodła żwirowa droga porośnięta po obu stronach wierzbami. Kolejna słabo uczęszczana. Stały przy niej tylko pozostałości dawnych gospodarstw. Czasami Szyja organizował w tych ruderach spotkania, zanim zajął OSP.
Niebieski zatrzymał się przed sklepem. Na ławce siedziało pięciu pijaczków. Dwóch przysypiało, reszta z małpkami w dłoniach egzystowała gdzieś pomiędzy szarą jawą a kolorowym światem upojenia.
Kiedy był jeszcze dzieciakiem, we Wiórach-Parcelach znajdował się sklep, którego od lat już nie ma. Zaopatrzenie mieli tam okropne, pewnie gorsze niż w tym tutaj, ale klientela oczekiwała jednego – schłodzonego piwa, małpek i oranżady. Wszystkie te trzy napitki były tam dostępne. Ludzi nie brakowało nigdy. Jak gdyby we Wiórach człowiek wszedł na poziom ewolucji, w którym wszystkie potrzeby organizmu zapewniały płyny bogate w gaz i alkohol. Krzychu też tam bywał. Z wiekiem coraz częściej. W ostatnich latach przed zamknięciem, gdy wszyscy znali go już jako Niebieskiego, był tam równie stałym klientem co miejscowe pijaczki przesiadujące do późna na ławkach skrytych pod parasolami z logiem Kasztelana. Potem lokalny raj odszedł do historii. Było z tym trochę smrodu. Kilku facetów regularnie nachodziło właścicieli przed ich domem, żądając ponownego otwarcia, ale znudzili się w ciągu kilku tygodni. Potem otworzyli Grosik we Wiórach i Parcele trochę przymarły.
Kupił pięć butelek, wszystkie z lodówki. Na miejscu wydoił dwie. Czuł, że trzecia wejdzie bez oporu, ale powstrzymał się. Czas gonił. Anka pewnie nadal była w wiosce. Miała tam ciotkę, więc nie musiała od razu wracać do miasta. To był jego punkt zaczepienia. Pijaczki przyglądali mu się z ciekawością. Zbył ich, tym razem. Normalnie rozpętałby tam piekło, tak jak lubił. We Fiołkach Niebieskiego nie kojarzyli. Bywał tu rzadko, ale może po wszystkim oznaczy teren, jak to miewał w zwyczaju.
***
Tamtego dnia wszystko zaczęło się niewinnie, począwszy od wschodu słońca. Kilka godzin później przez Wióry wolno toczył się niebieski San H100. Kopcił jak smok, rzęził niczym nałogowy palacz, ale jechał. Darek starał się jechać tylko na dwójce, ewentualnie trójce, ale nic poza tym. Zmienianie biegów było koszmarem. Za każdym razem zgrzyt, a potem potężne szarpnięcie jakby w tył autobusu wjechała koparka. Wujo Mąciwoda uczył Darka za młodych lat jak powozić taką gablotą. Trzeba było pamiętać o kilku kwestiach, a potem po prostu zdać się na instynkt. Do Wiór-Parceli był jeszcze spory kawałek. Na skrzyżowaniu autobus skręcił w lewo, ostrożnie, żeby ściąć za bardzo. Teraz miało iść już z górki. Prosta droga, jak szlak ku zwycięstwu. Anka, na pewno, padnie z wrażenia, powtarzał sobie w myślach. Z taką gablotą miał u niej więcej szans niż ktokolwiek inny na wiosce, może nawet więcej niż Niebieski.
Krzysiek nie miał żadnego planu. Znaczy… może inaczej. Wiedział, że musi gdzieś zabrać Ankę, a potem skończyć z nią, tak jak kazał Szyja. Nie protestował. W takich sprawach nie miał głosu. Albo on, albo ta miastowa cizia. Życie mu się układało klawo, siana trzepał w opór, kto by z tego zrezygnował? Otóż nikt. I Niebieski nie również nie zamierzał. W Wiórach na skrzyżowaniu skręcił w prawo, ostro, o mało nie wylatując z drogi. Dodał gazu i wrzucił piątkę. Silnik zaryczał wściekle. W oddali zamajaczyła duża sylwetka jakiegoś pojazdu. Jechał prawie środkiem drogi, zajmował większą jej część. Niebieski zwolnił. Autobus przed nim toczył się jak ślimak, albo gorzej. Trąbienie niewiele pomagało, właściwie nic. Krzychu poczuł, że zaczyna się pocić. Ręce przyklejone do kierownicy dostały trzęsiawki. Wyczuł jeden jedyny moment na wyprzedzenie. Wykonał manewr i… wiedział. Nagle, ni z tego, ni z owego, jak trafiony piorunem. Wiedział, co musi zrobić.
***
Czy żałowała, że wraca do miasta definitywnie? Nie, już nie. Zapomniała o tej całej forsie, o możliwościach i perspektywach. Była dla niego już zużyta jak stary kondom. Z tą różnicą, że kondomy nie obrywają od niego znienacka. Nadal czuła ten ból, fizyczny i psychiczny. Autobus miał być niedługo. Zatrzymywał się tu jeden dziennie. A może nawet rzadziej. Ale tego dnia miał być. I pojawił się, stary, brzydki. Rozpoznała, że to San H100. Widywała takie dawno temu, gdy była naprawdę mała. Kierowca zatrzymał się tuż przy wjeździe na parking pod blokowiskiem. Wstała z ławki i ruszyła w kierunku przepustki do szarej rzeczywistości. Tam było bezpiecznie, w tym całym smogu, pomiędzy osiedlami.
***
Głos Złorzewa, wydanie czwartkowe, strona 4
Wsi spokojna wsi wesoła – otóż nie tym razem. Do makabrycznej zbrodni doszło w poniedziałek w powiecie złorzewskim. Mieszkaniec wsi Stukoły na drodze powiatowej prowadzącej z Wiór do Stukoł znalazł ciało młodej kobiety. Sprawca zmiażdżył ofierze głowę, przez co identyfikacja możliwa była jedynie przez dokument tożsamości znaleziony w torebce. Policja i prokuratura prowadzą dochodzenie w sprawie. Na razie żadna ze stron nie komentuje zdarzenia. Mieszkańcy okolicy są w szoku. Uważają, że morderca nie poprzestanie na tej zbrodni.
***
Darek siedział na schodach przed swoim domem. Słyszał, jak matka rozmawia ze swoim bratem. Wujaszek nie pamiętał kłótni z siostrzeńcem. Uważał, że autobus podprowadził jakiś szczeniak z okolicy. Dla żartu oczywiście. Pewnie, jak sam powiedział matce przez telefon, fura stoi teraz gdzieś w polu z przebitymi oponami. Mogłem go powstrzymać, myślał. Ale nie zrobił tego. Nie kiwnął nawet palcem. Niebieski po prostu zrzucił go z fotela i razem z Anką pojechali tam, gdzie znaleźli ją potem martwą. Pogrzeb za kilka dni. Pójdzie? Raczej nie. Umówił się z kumplami na piwo. Zrobi się w trzy dupy i zapomni o wszystkim, o całym świecie, jak zawsze. Niebieskiego w końcu i tak przesłuchają. Każdy wiedział, że Anka z nim „chodziła”. W jego rękach czy się ugnie i puści farbę. Darek w to wątpił. Będą szukać kozła ofiarnego, ewentualnie umorzą. Zawsze jest jakaś opcja, zwykle liczy się jedynie dobre imię machiny policyjnej.
– Darek! Idziesz ze mną do wuja? Męczy mnie z tą kradzieżą, już mam go dosyć. Porozmawiam z nim twarzą w twarz.
– Nie, kumple zaraz przyjdą. Idź sama.
Matka coś odpowiedziała, ale Darek nie słuchał. Nawet nie myślał. Po prostu tam siedział i oddychał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania