Poprzednie częściKorreadan - Prolog

Korreadan - Rozdział 1.1. O Therwillu i jego kamratach

Ciepłe promienie sierpniowego słońca rzucały na pola pasy świetliste, jakoby długie języki, które pragnęły skosztować smaku pszenicznego. Zachłannie przeskakiwały pomiędzy falującym zbożem, kiedy nisko osadzone chmury przepływały po niebie, gnane wiatrem zachodnim. Gdzieniegdzie wśród łanów wystawały głowy chłopów. Zamaszyście uderzali kosą o pędy wysokie, raz po raz unosząc twarz do słońca. Cieszyli się pogodą sprzyjającą pracom polowym.

Czasem któryś spojrzał na wzgórze pobliskie. Tam dumnie stał zamek potężny, co wyglądał, jakoby zrodził się ze skał. Strzeliste kamienie wzbijały się ku górze, gdzie wreszcie łagodnie przechodziły w ociosany budulec i kształtowały budowlę monumentalną i na atak odporną. Była wszak to twierdza godna prawdziwego króla wojowników.

Ci, co zamieszkiwali północ, mówili, że stoi tam tron tego, który dzierży władzę nad Północą i Południem. Jedyny władca i posłuszeństwo winny jest mu cały Deangor. I wszyscy Romandinowie, Beardynowie, Feardynowie, Tomeddonowie, Biddonowie, Fitzellonowie i jeszcze inne rody znamienite hołd mieli złożyć przed obliczem króla Thondra z Thallandonów.

Innego zdania byli ci z południa krainy. Ich wzrok srogi, pełny nienawiści, z wyczekiwaniem kierował się w stronę Ulteret. Wierzyli, że przyjdzie dzień, gdy dynastia Thallandonów wygaśnie i dawne umowy razem z nimi zostaną pogrzebane w zimnej ziemi. Wtedy też dwa krańce Deangoru miałyby żyć oddzielnie.

 

I król Północnej Burzy nie mógłby rządzić Południowym Kresem.

 

Wszystek wojowników jednak niezależnie od przekonań politycznych, czcił monarchę i posłusznie jego rozkazy spełniał. Bronili Deangoru. Wszak była to rasa mężna, dzielna, w boju zawzięta i życiem dłuższym się ciesząca. Śnili o wojnach i o nich rozprawiali. Gdy nie byli na froncie czy warcie, spędzali czas w koszarach, wciąż ćwicząc się w sztuce walecznej. Komu by więc po głowie chodzić miały plany zdradzieckie, kiedy bitew tyle jeszcze do stoczenia?

Cóż więc chłopom było myśleć w tamte sierpniowe popołudnia w 348 roku, jak nie to, że kraj ich wszechmocny i bezpieczny? Wracali toteż do pracy z uśmiechem i po polach niosły się jedynie śpiewy, co ich do wysiłku motywowały.

Nie byli oni jedynymi, którzy czas spędzali poza murami Ulteret.

 

Step osnuty soczystą zielenią rozdeptany był przez gromadę żołnierzy. Wśród traw bujnych raz po raz wił się połoz jakiś, długi na łokcia, a może nawet i na dwa. Każdy z mężczyzn obserwował je bacznie. Nie ufali naturze. Węże potrafiły być zdradliwe i pomiędzy niejadowitymi zdarzało się czasem przyczaić na tyle niebezpiecznemu, co by nawet wojownika rzucił na kolana. Musieli więc się pilnować.

 

Byli to jednak rycerze młodzi, często zuchwali i pełni wiary we własne umiejętności. Brzdęk uderzanej stali unosił się wysoko, a razem z nim śmiechy męskie. Były tak niewinne jeszcze, jakoby żaden z kamratów nie spodziewał się, że przyjdą dni, kiedy boleść śmiertelna zawita w ich serca. Kilka oddziałów, którym towarzyszyły chorągwie bordowe, pięknie zdobione wizerunkiem smoka ze złota, w ogólnej wesołości oddawało się ćwiczeniom. Grono to było męskie, jeśli nie liczyć trzech dziewcząt w prostych odzieniach, które z podnieconymi licami stały przy palenisku. Chichotały, świdrowały oczkami walecznych żołdaków i jeno który na jakąś spojrzał, rumieniły się bardziej i szeptały do siebie.

A oni mówili o dziewczętach, że rumiane i kraśne. Szczególnie ku nim zerkał wojak pewien niski, co mu wąs pod nosem i bródka kozia przystojności dodawały. Szelmowskim uśmiechem obdarzał panny i tylko jeden z jego druhów miał w tym swoje podejrzenie, że środkowa z nich, ta z warkoczem pszenicznym, wyjątkowo była mu bliska.

Jednakże ona i jedna z jej towarzyszek znaku nie dawały, czy któryś z jegomościów skraść miałby ich serca. Co innego trzecia.

Była to dziewczyna o cerze przypominającej dorodną brzoskwinię i z burzą mahoniowych włosów. Uśmiechała się pogodnie i wpatrywała się w tylko jednego wojownika, jakoby hołd mu cichy tym spojrzeniem składała. A kiedy on, odwdzięczył się pozdrowieniem, przystępowała z nogi na nogę i jeszcze większy rumieniec na jej licu się pojawiał.

W końcu kilku wojowników odrzuciło sprzęty i wzdychając, to ze zmęczenia, to z błogością, zasiedli na przewróconym konarze. Zaraz też dziewczęta sięgnęły po gliniane miseczki i drewnianą łychą poczęły nakładać mężczyznom strawę gorącą, pachnącą rozmarynem.

 

— Tahira! — ozwał się jeden z żołnierzy z czupryną , kiedy przystanął przy kociołku. — Nie szczędź bratu smakowitej kaszy!

 

Młoda panna z warkoczem zaśmiała się tylko, ale dołożyła mu drugą porcję. Lico miała delikatne i podobne do swego brata i przyznać należało, że oboje urodę mieli gładką. Kamraci szeptali czasem złośliwie, że dziwne to bardzo, że Daren nie słynął z zarostu godnego wojownika.

 

— Mości Darenie, weź no misę dla Therwilla — rzekła druga i założyła za ucho brązowy pukiel włosów. — Wystygnie mu, nim do nas przyjdzie w końcu. Mogłabym pomyśleć, że wstydzi się własnej narzeczonej albo i gniewa się on na mnie!

— Jak sobie waćpanna życzy! — odpowiedział jej na to, po czym dodał wesoło: — Mógłbym przysiąc waćpannie, że niech mnie strzały biją, jak ten mołojec panny nie miłuje ponad życie!

I w pierś okutą nową kolczugą się zabił ręką, w której nie trzymał strawy. Wziął jednak dodatkową misę i podziękowawszy dziewczętom, obrócił się w stronę swego przyjaciela.

— Chciałem się z tobą podzielić kaszą, ale widzę, że już masz obiad! — zaśmiał się Daren, gdy ujrzał, że Therwill sięgał po jabłko, jakie miał schowane w koszyku.

 

Dowódca zawtórował kompanowi śmiechem i swoją porcję chwycił ochoczo, miał bowiem dziś apetyt za dwóch. W końcu i mieczem się namachał, i ścigał się w biegu z Brandem, chcąc mu udowodnić, że jego elfie korzenie wcale nie sprawiają, że będzie on szybszy. Oboje z Darenem zasiedli na przewróconym dębie, gdzie już kilku mężczyzn w lekkich zbrojach wygodnie się rozłożyło. Po chwili przysiadły się też panny, które wydawszy odpoczywającym jedzenie, uznały, że posłuchają ich rozmów.

A był tu z nimi cały oddział Therwilla, którzy zwali się jego przyjaciółmi zarówno z czasów wojskowych szkoleń, jak i z późniejszych wędrówek, i wojaczek w Korreadanie. Rozprostowali nogi, nie przejmując się niczym. Choć nie do końca w męskim byli gronie, owe trzy panny od maleńkości chowały się z chłopcami i nie zwracały uwagi na ich swawole. Wyciągnęli zatem kończyny bliżej paleniska, odpinając górne zatrzaski skórzanych butów.

Większość z nich była panami przystojnymi, lica mieli łagodne, lecz w oczach fantazja jakaś dzika się niosła i zawziętość. Każdy posturę miał niebosiężną, choć jeden tylko wyraźnie niższym był od pozostałych, co jednak siły mu nie odejmowało. Podłożył sobie za to znoszoną kubałkę i szczerząc zęby do swych przyjaciół, legnął się na niej i kaszą zajadał.

Przy ogniu niosła się stara wojownicza pieśń, która po polach złotych echem się odbijała przyjemnym. Chłopi znów głowy wytknęli i widząc, że to sami mężni rycerze śpiewają, zarówno w nich wstępował duch walki, jakby chciał serca im porwać i ciała szykować na trwogę, która któregoś dnia ich dosięgnąć miała.

 

Obok stanął Fandi Biddon, wysoki i barczysty młodzieniec z rudymi kędziorkami i wesołymi zielonymi oczami, którymi zaczepnie oglądał towarzyszy. Wciąż przypominał kilkuletniego chłopca, co pierwszy zobaczył, że zmarł Benianim Biddon. Przeżył już prawie trzydzieści osiem lat i stał się zasłużonym żołnierzem i choć duch urwisa jeszcze nie raz się w nim budził, ku pokrzepieniu serc pozostałych wojowników. Pogodne jego lico, nieco pucałowate, skrywało w sobie szeroką szczękę, jaką odziedziczył po dziadku, jakby na znak, że i on bywał uparty.

 

— Powinniśmy wyruszyć najpóźniej za cztery godziny. Jeśli to prawda, że orkowie grasują nad rzeką, pojawią się tam tylko nocą — rzekł i spojrzał wyczekująco na swego dowódcę. — Drogi czeka nasz szmat — dodał szybko, mając nadzieję, że zaimponuje Therwillowi.

 

Zdjął z siebie łuk i kołczan, który miał zarzucony wcześniej na plecy. Oparł je o swoją nogę i ciężko westchnął. Może i jego kapitan był młodszy, ale ufał mu bezgranicznie i chciał, by ten o nim dobrze myślał. Therwill po chwili przytaknął mu głową, zgadzając się z nim zupełnie i chwycił dłoń swej ukochanej, co u jego boku siedziała.

Nie chciał, by się bała.

Po drugiej stronie konaru siedział złotowłosy Andres, najmłodszy i najmniej doświadczony wojownik w ich oddziale, o drobnej posturze i twarzy przypominającej urocze niemowlę. Niektórzy czasem drwili, że do wojska dostał się jedynie z powodu pochodzenia. Przodkami chłopaka byli kuzyni Beardynów, dynastii, która dawniej rządziła Deangorem Północnym. Spodziewano się więc, że wojownik wsławi się kiedyś w ważnej bitwie, jednakże z każdym treningiem wiara ta była coraz słabsza.

Młodzieniec przełknął kaszę i wesoło zagaił do kamaratów, odgarniając z czoła niepozorny jasny lok.

 

— Pamiętacie starego Biddona? Powtarzał zawsze, że czeka nas jeszcze wielka wojna. Pewnie teraz przekręca się w grobie z radości, że miał rację.

 

Na ów słowa Fandi odwrócił się do niego gwałtownie z miną wrogą, a bordowa, lniana peleryna groźnie zaszumiała poruszona. Choć był dzieckiem, gdy zmarł jego dziadek, po dziś dzień uważał go za może lekko szalonego, lecz wciąż szanownego wojownika.

 

— Ty mojego dziadka na pewno nie pamiętasz, bo jeszcze wtedy ciebie matka nie zrodziła i to nie daje ci prawa do mówienia o nim w ten sposób — syknął przez zęby, a dłoń jego zacisnęła się na mieczu przy pasie.

Daren chwycił przyjaciela za ramię. Nie chciał, by w ich drużynie panowały konflikty. Widząc zaś, że Therwill pozostaje wycofany, sam postanowił zadbać o maniery kompanów. Wszak byli w towarzystwie dam, nawet jeśli one nie spodziewały się po nich zbyt wielkiej ogłady.

— Daj spokój Fandi, wszyscy przecież wiedzą, że Beniamin słynął ze swoich katastroficznych wizji. Niemniej, chyba udało mu się przewidzieć, że nadejdą złe czasy — westchnął i podrapał się po swych czarnych, krótkich włosach.

Usiadł z powrotem na konarze. Był barczysty, podobnie jak Therwill i miał w sobie przyjazną duszę. Wziął w palce nieco kaszy i zjadł, rozkoszując się smakiem prostych, najlepszych, jak sądził, dań. Przyznać też musiał, że odkąd siostra jego wzięła sobie do serca pochwałę, że świetnie gotuje, przyszło mu żywić się w czasie treningów dużo smaczniej niż wcześniej. Naciągnął szyję z westchnieniem. Miał wrażenie, że chyba przećwiczył swój kark.

— Boli cię? — zapytała Tahira, widząc krzywą minę brata. — Za dużo biegasz po tym poligonie. Powinieneś wrócić do domu. W koszarach na pewno się nie wysypiasz — stwierdziła i tupnęła teatralnie drobną nóżką.

Nie mogła znieść myśli, że Daren tak rzadko nocuje w rodzinnej chacie. Gdy nie widziała go zbyt długo, przeżywała katusze ogromne i byłaby już dawno straciła zdrowy rozum, gdyby nie zapewnienia kamratów, że brat jej żyw. Czasem łapała się na myśli, że gotowa ze złości na niego samego, rozkochać się w którymś z jego przyjaciół, mając w tym nadzieję, że wtedy częściej będzie wracał.

— Nie, moja kochana, to tylko zmęczenie — odpowiedział. — Nic mi nie dolega.

 

Naprzeciw nich na zydlu siedział Elred, który zasępił się na wcześniejsze wspomnienie Beniamina. Dobrze pamiętał tego gminnego proroka. Był jednym ze starszych w oddziale, jego brązowe włosy już dawno przyprószyły się siwizną, policzki i czoło doczekały się niejednej zmarszczki. Jego majestat był wysoki jak każdego wojownika, ramiona szerokie, zaś lico poważne, doświadczone, zdradzające, że wiele już wie o świece. Jednak krzepkości ciała mógł mu zazdrościć niejeden młody. Widział też i wiele bitew. Znał mechanizmy wydarzeń, jakie je często poprzedzały i starał się też węszyć nieco dalej niż koszary i miasta Deangoru. Słyszał więcej, co działo się w kraju i za morzem.

W pamięci zaś miał rozmowy różne, jakie nieraz podsłuchał.

 

— Więc uważacie, że będzie wojna? — zapytał podchwytliwie, ale odpowiedziała mu cisza, którą jedynie zakłócał dźwięk uderzanych glinianych mis.

 

Wojownicy patrzyli jeden na drugiego, aż odezwał się Brand, żołnierz siedzący między Darenem a Elredem, obdarzając współtowarzyszy przeciągłym spojrzeniem niebieskich oczu. Był wojownikiem półkrwi, ponieważ matka jego była elfką i po niej odziedziczył urodę — włosy w kolorze młodego zboża i jasną cerę z pociągłą twarzą i wydłużonymi uszami. Sylwetkę miał niezwykle szczupłą, w mniemaniu Remki, jego dobrego druha, nawet wręcz był "niemożliwe chudy", jak zresztą przystało na kogoś, kto miał w sobie elfią krew.

 

— Tak. Ja tak przynajmniej uważam. — Trzecia z dziewcząt, panna o egzotycznej jak na wojowniczki urodzie, pisnęła ze strachu. — Orków jest coraz więcej. Sam Remka mówił, że widział mały oddział w lesie. — Zwrócił się w stronę najniższego z żołnierzy.

— Nie będę się tłumaczył, co robiłem w krzakach — odpowiedział na to mężczyzna z kozią bródką.

— Nawet nie próbuj! — Daren prychnął pod nosem, siostra jego zaś zacisnęła usta. — Brand ma rację. W górach Jemendi smoki są coraz żywsze i groźniejsze. Wiosną już stoczono cztery potyczki z tymi gadami.

— Powiadają, że w jednej z nich zginął Willhart Beardyn — wtrącił się nagle inny z wojowników.

Wszyscy zwrócili na niego swe oblicza. Był to jegomość ubrany najzacniej z całej gromady. Koszulę pod kolczugą miał jedwabną, wyszywaną złotą nicią, na pelerynie zaś, zamiast smoka, miał on wyszytą różę. Na palcu prawej dłoni lśnił się piękny, złoty pierścień ze szmaragdem. Prezentował się dostojnie i nikt, kto by go ujrzał, nie miałby wątpliwości, że syn to być musi z rodu wysokiego.

— Brednie opowiadasz, Mohirze z Fitzellonów! — warknął Fandi i spojrzeniem nienawistnym obdarzył kamrata. — Willhart jest zdrajcą i ukrywa się na Południu.

 

Imię dawnego ucznia wzbudziło nagle nostalgię w myślach starszego Elreda, pojął wnet bowiem, że ostatnie jego spotkania miały miejsce w roku, gdy w Ulteret odbył się pogrzeb pierwszego syna króla Thondra. Podrapał się po głowie. Nie rzekł jednak nic i tylko obserwował swych towarzyszy. Każdy z nich miał w sobie po stokroć odwagi i werwy, żaden jednak rozumu nawet za złamaną monetę. Skorzy byli do bitew, ale niektórzy sobie sami by do gardeł skoczyli.

 

Z drugiej zaś strony, wspomniał, że gdyby zło jakieś któremuś by zagrażało, zaraz by reszta ze zdwojoną siłą na wroga parła.

— Nikt już dawno nie widział sir Willharta — odezwał się nagle milczący do tej pory Therwill.

Puścił dłoń Niny, która spojrzał nań oczami pełnymi obawy. Stanął przed nimi wszystkimi i słońce rozświetliło czerń jego włosów i odbiło się od srebrnej, lekkiej zbroi. Elred wspomniał później, że jego kapitan przypominał mu nieraz właśnie młodego Beardyna. Oboje mieli w sobie iskrę, która sprawiała, że wszyscy im ufali.

— Nieznane nam, czy go smok spalił, ork zatłukł, czy schował się w cieniu księżnej Alandy. — I tu wzrok jego na sekundę padł na Mohira, jakoby go oskarżał, że ten sam może chowa dawnego sprzymierzeńca. — Nie w naszej on mocy ani gestii. Rozkazy mamy przeto inne. Winniśmy wzmożyć patrole na zachodnich flankach.

— Therwillu! Mości panowie! — zawołała Nina i oczy jej zaszkliły się niczym bursztynowe paciorki. — Naprawdę zmierzacie w stronę Gordorii?

Zaraz też zganiła siebie w myślach, wzrok spuściła i mięła jedynie poły swej welurowej sukienki. Zachowała się głupio. Przecież doskonale znała, że jej ukochany i jego druhowie byli rycerzami w służbie Deangoru. Jak mogła sądzić, że dziewczęcymi jęknięciem byłaby w stanie ich zatrzymać?

— Taka jest wola księcia Elhida — odparł, a wojownicy poruszyli się niespokojnie.

 

Daren głęboko westchnął, na co Tahira znów poczęła zasypywać go pytaniami, czy nic mu nie dolega. I kiedy czule przyłożyła dłoń do czoła brata, który próbował się od niej odsunąć, Remka, ten najniższy, wstał gwałtownie i ku trzeciej z dziewcząt się zbliżył. Wąsikiem w bok dwa razy poruszył, raz jeszcze w stronę Tahiry spojrzał i z malowaną premedytacją na twarzy zwrócił się do dziewczęcia o jej plany wieczorne wypytując.

 

Po chwili wszyscy zajęli się jedzeniem i jeno słychać było szczęk łyżek i rozmowy wszelakie.

Andres, najmłodszy, siedział struchlały, że znowu to palnie głupstwo i inny z kamratów na niego fuknie, Mohir założył ręce na piersi i z pożałowaniem przypatrywał się wszystkim, zaś Fandi w dłoń chwycił fujarkę i począł na niej wygwizdywać melodię. Zadrżał co niektóry, była to bowiem pieśń żałobna, podobna do tej, co ją śpiewano przed trzydziestoma laty. Młody Biddon usłyszał ją wtedy i z pamięci próbował wiele razy te nuty odtworzyć.

Po kilku chwilach, gdy kończyli posiłek, ujrzeli zbliżających się dwóch wojowników z innego oddziału. Byli zaaferowani własną rozmową do tego stopnia, że nie zauważyli, jak blisko podeszli do miejsca popasu kamratów. Dało się słyszeć ich głosy:

— Mówili w Przystani Czterech Wiatrów, że rebelia idzie — opowiadał pierwszy.

— Wiedzże, szybko jej nie będzie — syknął ciszej drugi z mijających. — Lato ma się ku końcowi, jesień rozmiękczy pola, zima zaś niechybnie będzie tego roku sroga.

— Tak mówią — rzekł jego kompan i nasunął na siebie kaptur. — Ale król słabego zdrowia, następca tronu bojaźliwy. Może to i szansa?

— Milcz, waść! — ponownie ozwał się drugi i spostrzegł nagle, że baczne oko Therwilla ku niemu łypie. Mówił więc głośniej. — Znaszli przecież pana Therwilla, syna młynarza, który wychował się u zielarki. — Po tych słowach zwrócił się do stojącego rycerza nieopodal Niny. — Waszmość objął dowodzenie w swej kompanii? — zapytał głośno, a ton jego pełen był kpiny.

Teraz również Remka podniósł się i choć dziewczyna łapała go za rękaw, krok zrobił w stronę tych, co ich naszli.

— Przypiliło, panie, czy szukasz okazji do potyczki? — warknął do mężczyzn.

Therwill zacisnął pięść. Czuł się jako wilk na łańcuchu, co go męki dosięgły i nie wiedział co począć. Ani to w planach nie miał konfliktów, ani też nie chciał wyjść na tego, co mu obrony trzeba. Mierzył więc ze drżeniem wojowników, jakby chciał oddmuchać tę szarańczę natrętną. Wiedział on bowiem, że bliżej im wiary w moc Południa niż Północnej Burzy.

— Butny twój żołnir — mówił jegomość w kaptur. — Zdaje się, że hulaka z niego, skoro ma czelność tako się zwracać do samego hetmana. — I odsłonił herb, jaki na piersi mu widniał.

— Mój to rab — rzekł chłodno Therwill. — Nic tobie do niego.

— Może i nie mi — kłapał dalej tamten i wyprostował się. Jakoś mu nie w smak było spotkanie z tym oddziałem. — Zważ jednak jedno słowo moje do króla, że syn młynarza nie potrafi powstrzymać swych mołojców i wrócisz do młyna.

 

W grupę przyjaciół wstąpiła nagle wrogość do tych dwóch, co przyszli im przeszkadzać. Remka, który pierwszy zazwyczaj był do burd i zresztą już mierzył się wzrokiem z przybyłymi, wysunął ze skórzanej pochwy miecz. Daren widząc to i świadomość mając, że wystarczy tylko iskra, aby najniższy z nich największą zuchwałością się wykazał, doskoczył zaraz ku niemu i zablokował kompana ręką.

Therwill odrzekł, a głos jego, choć cierpliwy, jeszcze większe rozdrażnienie wśród wojowników z obcego oddziału powodował:

 

— Co królowi doniesiesz, twoja sprawa, tako jak moja, gdy wspomnę, że może waść zamieszany w zdradziecką intrygę.

Mężczyzna zagotował się wręcz i twarz cała jego pokryła się czerwienią. Widać po nim było, że człowiek to był przekonany o własnej godności i spokojne słowa niższego od niego rangą kapitana przysporzyły go złość wielką. Zmrużył oczy i pomyślałby kto, że biada temu, co go obrażać raczy. Po chwili jednak odezwał się na to:

— Na zamku nikt nie uwierzy bandzie nisko urodzonych mołojców. — W tej chwili nawet łagodny Elred nerwowo poruszył dłońmi, jakby chciał za broń chwycić. — Kto za tobą stoi? Jeden z Tomeddonów, co się ich nie zaprasza na żadne przyjęcia? — Spojrzał on na Remkę, którego ledwa wstrzymywano już od rzucenia się na hetmana. — Fandi Biddon? Wszyscy wiedzą, że Biddonowie na starość tracą rozum. A to kto? — Jego wzrok skierował się na siędzącego po cichu Andresa, który liczył, że nikt go nie zauważy. — Beardyn. Ostatni z rodu, jeśli nie liczyć jego kuzyna. Spójrzcie, jakie chuchro! Nie dziw, że ich dynastia nie przetrwała na tronie. Kogo tam jeszcze masz w swojej drużynie nieudaczników?

Jego wypowiedzi wtórował śmiech druha, który z nim podążał. Żaden jednak z tej dwójki nie rzekł nic więcej, bo Daren sfolgował ramię i niczym rozjuszone zwierzęcia, oboje rzucili się na wojowników.

Remka, jako żywszy, dopadł pierwszy i pięść ciężką wymierzył w policzek zakapturzonego. Przyjaciel zaś zanim, podsunął swój miecz ku jego głowie i tonem srogim oznajmił:

— Wąchaj, waść, tę klingę, bo to ostrze Romandinów już nieraz krwią spłynęło.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Jak obiecałam, zabrałam się do lektury jeszcze raz, od pierwszego rozdziału. Na początku odniosłam wrażenie, że jest lepiej niż w prologu, niestety potem znów się pogubiłam. Starając się zrozumieć rozmowę, zapomniałam od razu wszystkie przedstawiane postacie. Możliwe, że to styl jest po prostu dla mnie za trudny, niemniej zdecydowanie łatwiej by było moim zdaniem wszystko ogarnąć, gdyby najpierw pobieżnie przedstawiono wszystkie siedzące tam osoby, a później już pozostawiono czytelnikowi tylko skupienie się na rozmowie. Możliwe też, że moje jeszcze późniejsze zagubienie wynika z faktu, że nie dałam rady przebrnąć przez prolog, tamten był jednak dla mnie strasznie ciężki, chaotyczny i niejasny, za dużo różnych historii zostało przedstawionych jedna, po drugiej, kiedy przywykłam, że prolog jest jedną konkretną sceną. Niewykluczone, że rozwiązaniem mogłoby być podzielenie go na Prolog I i Prolog II, ja w swoim nieco większym dziele tak właśnie zrobiłam, choć oczywiście jeszcze nie wiem jak to zostanie przyjęte, niemniej spotkałam się już z takim zabiegiem w kilku wydanych książkach.
    Jednak jeszcze się nie poddałam i zamierzam Korreadan przeczytać, choćby nie wiem co, bo mimo wszystko to są mniej więcej moje klimaty, pozdrawiam ?
  • Tail 10 miesięcy temu
    Trzymam kciuki, byś się nie poddała. Zabrakło mi już pomysłów na ponowne przerabianiem początku, bo za każdym razem stosuję się do proponowanych zmian i przychodzą kolejne opinie, że te zmiany, mimo że wcześniej sugerowane również są złe. Odniosłam się do tego w swoim komentarzu pod prologiem.
    Korreadan przede wszystkim jest pracą wielowątkową, rozprawiającą nie tylko o jednej grupie bohaterów, a kilku, którzy wyruszą niezależnie od siebie, chociaż pewne ich motywy będą zbliżone i będzie coś, co ich łączy. Dlatego zmieniłam koncepcję, jaka początkowo była na watt - każdy wattpadowy rozdzał dotyczył jednego wątku i wzajemnie były przeplatane, na to, by były po 3 rozdzialiki dotyczące jednej grupy, czy jednego zdarzenia. Dzięki temu, miałam nadzieję, że mnogość bohaterów i mnogość sytuacji będzie się łatwiej czytać, gdy dłużej spędzimy z nimi czasu.
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Tail jak najbardziej zamierzam dalej próbować, tak wersja, jak opisałaś pierwotny zamysł, z tego, co widzę, lepiej by mi odpowiadała ?
  • Rafał Łoboda 10 miesięcy temu
    Piszesz całkiem sprawnie, choć szyk przymiotników i rzeczowników czasem pomieszany, ale to bardziej dla konwencji. To, niestety, tyle co mi się podobało.

    Skakanie z jednej narracji do drugiej. Raz jesteśmy w głowie jednego pana, dwa zdania później w głowie innej pani. To tylko pogłębia panujący chaos.
    Za dużo bohaterów. Idealny sposób, żeby czytelnik nie przywiązał się do żadnego. Postanie wprowadza się po kolei, albo w małych grupkach, inaczej nie sposób ich zapamiętać.
    Przyznam, że nie przepadam za high fantasy. Jest zbyt pełne schematów, które odnajduję i tutaj: smoki, elfy, nieskazitelni (przynajmniej na arzie) bohaterowie, główny zły. Zbyt wiele razy widziałem książki, które kopiowały Tolkiena i zasada jest jedna. Nie jesteś Tolkienem. Tylko Tolkien jest Tolkienem. Czekam, aż pokażesz coś nowego, jakieś interesujące ujęcie zgranego motywu, bo na razie nic tu mnie nie zaciekawia.
    Pozdrawiam
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Ja sama nawet przeskokow nie zauważyłam, to znaczy, że jesteś bardziej uważnym czytelnikiem ode mnie. Co do kwestii "Tylko Tolkien jest Tolkienem"... Uważam, że gdyby każda książka miała wnosić coś nowego, nikt już by niczego nie napisał. Zresztą to jest pisanie powiedzmy, że amatorskie, nie pod publikę - to znaczy, że autorka pisze taką historię, jaka jej się podoba. Jak lubi taki schemat, pisze taki schemat, ja też osobiście go lubię, chociaż nie kryje, że wolę postacie na ogół bardziej nagatywne w roli protagonistow ?
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Chociaż tak btw, by było fajnie, gdyby autorka jakoś się do naszych wypowiedzi odniosła
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Dobra, cofam, już widzę, że jednak jest odezwa przy prologu ?
  • Tail 10 miesięcy temu
    wiem, że nie jestem Tolkienem i nie aspiruję o taki przydomek. Korreadan zaś, może wykorzystuje rasy, które już znamy i pewnie dla wielu były one przybliżone właśnie przez Tolkiena, ale są to rasy, które występują nie tylko u niego. Tych, które są jego autorstwa, nie tykałam. Co do przedstawiciela zła, może mógłbyś założyć, ze celowo jest przedstawiany jako straszna wizja, bo może ma własne powody, które go tłumaczą. Nie musi być od razu Sauronem, który zwyczajnie jest zły.
    Pozwól mi wyjść ze schematów, bo o ile od nich zaczynam, to kończę w zupełnie innym miejscu.
    Co do narracji. Prześledziłam kilka artykułów na ten temat i o ile przeskakiwanie z jednej głowy do drugiej w jednym akapicie jest błędem, czego staram się nie robić / poprawiać, o tyle prowadzenie narracji w sposób, ktory ja prowadzę nie jest nazwany nigdzie nieprawidłowym. Mogłabym obrazować wydarzenia z postrzegania np. tylko Therwilla. Ale wtedy mimo narratora wszechwiedzącego, nie mogłabym przedstawiać sprawy z postrzegania pozostałych wojowników,a oni też mają swoje pięć minut w tej historii. Mogłabym pojsc w Martina i prowadzić podział narracji na rozdziały. Ale czy muszę kogoś kopiować, by osiągnąć encyklopedyczną historię?
  • Rafał Łoboda 10 miesięcy temu
    W "Tylko Tolkien jest Tolkienem" chodziło mi o to, co widzę po prologu i pierwszym rozdziale. Mamy głównego złego, trzecią erą, dziwnie podobne do tolkienowskich nazw, styl pisania high fantasy, elfy, orki i smoki. Pewnie, wszystko może się zmienić później, ale czytelnik nie będzie czekał do strony n-tej, aby coś takiego zobaczyć. Pierwszy rozdział jest najważniejszy, bo definiuje całą opowieść.
    Co do narracji, to wybacz, ale będę trwał przy swoim. Chcesz mieć więcej punktów widzenia to podziel rozdziały chociaż na fragmenty odddzielone *** i wtedy przestawiaj narrację. Uprawiasz tutaj trochę mniejszy "head hopping" albo idziesz już w narratora wszechwiedzącego, którego osobiście nie polecam, bo utrudnia wczucie się w bohatera.
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Lubię te schematy i nazwy też mi się podobają, ale dobra, 3 erę bym też zmieniła
  • Rafał Łoboda 10 miesięcy temu
    Isteri'Luene
    Dokładnie, ważne, żebyś lubiła co piszesz. Schematy nie są złe same z siebie. Są złe, gdy nie dodajesz do nich nic nowego.
    Nazwy mają tą przykrą cechę, że każdemu kojarzą się inaczej. Dla mnie zdecydowanie Tolkien, ale komus innemu może nie.
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Rafał Łoboda No dokładnie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania