Korreadan - Rozdział 2.1. O Rozprawie Saahne i Bazyla

Wśród gałązek gaju skąpanych w słonecznym blasku niosła się pieśń o nucie tak rozkosznej, że kto ją usłyszał, ten błogość samą odczuwał. Melodia niespiesznie przemierzała dróżki ogrodu, docierając w najdalej wysunięte zakątki, nie pozostając nigdy niezauważoną i zapomnianą. Nadawała ona głos rosie, która swoją świeżością opatulała kwiecie, przemawiała w imieniu ptactwa i wreszcie, szemrała wraz ze strumieniem. Mawiano, że sławą najpiękniejszego zakątka w Milintharii pysznił się południowy ogród Kryształowego Pałacu. Był to raj niezmącony ręką krótkowiecznych, dziki, pamiętający czasy, gdy w Korreadanie obudzono magię. Powietrze przesycała woń ziemi i liści. Wszystko zdawało się świeże i pełne potężnych mocy. To właśnie tę część parku, która chlubiła się swą zielenią i soczystością, okalającą niezbyt strome zbocze za pałacem, najbardziej umiłowali sobie Elfowie z Sandu i o nią dbali najgorliwiej.

Pośrodku, pomiędzy starymi drzewami, tworząc zjawiskową błękitną wstęgę, przepływał kamienisty strumień, który prędko w stronę murów opadał, jakie otaczały dwór Królowej Saahne. Puszyste mchy rosły dookoła, a dorodne krzewy i pnące winorośla piękniły się wokół. Zapach ich kwiatów był tak intensywny i odurzający, że towarzyszył on nawet alejkom, które znajdowały się poza tą stroną ogrodu. Tu i ówdzie, wśród traw wyłaniały się wąskie ścieżki, którymi boso przebiegali Sandujczycy. Było ich jednak niewiele. Dawni mieszkańcy Sandu, pragnęli zatrzymać w ogrodzie dzikość i nieokiełznanie przyrody, by jak najbardziej im przypominał utracone ziemie. Sercem jednak majestatycznego gaju był staw w małej kotlince, który srebrzył w słońcu, o wodzie tak krystalicznej, jakby była jedynie taflą przejrzystego szkła. Nawet skalista kaskada, która pięła się nad bajorkiem i sięgała szczytu zagłębienia, nie była w stanie zmącić gładkości jeziorka. Siklawa opadała poczciwie i natychmiast zasypiała, jeno jej wody ze stawem się łączyły.

 

Na marmurowej ławie, którą zdobiły srebrne ornamenty, siedział spokojnie starzec w jasnej szacie, a jego bielutki włos iskrzył się w świetle słońca. Był to mag zacnej postawy, o umyśle jeszcze mocniejszym i sercem dobrodusznym i kto go obaczył, zaraz też wiedział, że być to musiał sam Pierwotny. Powolnym ruchem dłoni głaskał swoją długą brodę, co mu piersi swobodnie dosięgała i wzrokiem tkliwym na wodogrzmoty spoglądał. Usta poruszały się bezgłośnie, kiedy wypowiadał zaklęcia, a nad powierzchnią bajorka poczęły się piętrzyć nagle pieniste postacie kołysane wzajemną walką. Były one równie przejrzyste co woda i z każdym uderzeniem, jakie sobie zadawały, z pluskiem znikały w głębinie.

 

— Wojna już dawno się skończyła, Bazylu, Magu Pierwotny.

Starzec westchnął, ręką machnął i postacie się rozpłynęły.

— Zatem głupcem jestem, że rozpamiętuję dawne lata — odrzekł na to. — Witaj, królowo.

Saahne wystąpiła zza drzewa, za którym przez chwilę stała, oglądając maga. Przechyliła głowę i głosem słodkim przemówiła dalej:

— Nie jesteś głupcem, jeśli w minionych zdarzeniach doszukujesz się sposobności, jak uratować się w przyszłości.

— Bogowie by rzekli, że stajesz się mądrzejsza ode mnie — stwierdził Bazyl i przesunął się na ławie, robiąc miejsce dla czarodziejki.

 

Przyjrzał się kobiecie. Choć przeżyła już setki lat, jej lico było absolutnie bez skazy. Jedwabista cera nie skrywała ni jednej zmarszczki, ni jednej rany, a usta nadal wyglądały na soczyste. Czas dla potomków rodu Firy nie miał znaczenia.

 

— W takim razie, Milintharii doczeka się kolejnych lat sprawiedliwych rządów — odpowiedziała. W długiej, srebrzystej sukni sunęła się po trawie niczym zwiewna chmurka. Zasiadła na ławie, jakby była ona jej własnym tronem. — Nie było cię prawie miesiąc. Musiałam zmagać się z Radą Kryształową bez twego poplecznictwa.

— Zakładam, iż poradziłaś sobie, Pani. — Głos Bazyla brzmiał pogodnie. — Doszły mnie już wieści o ślubie twej jedynej córki.

 

W oddali zaszumiały drzewa poruszone tchnieniem wiatru z zachodu, przywodzące zapach lilii wodnej. W kępie leszczyny słychać było trzepot trzmieli. Na ich ramiona bezwiednie opadały delikatne, białe płatki pnącza. Saahne wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, na której kilka z nich spoczęło.

 

— Kwiaty Euroginu zaczynają opadać — rzekła, jakby nie słyszała słów swego rozmówcy. — To znak, że w Korreadanie zaczynają dziać się złe rzeczy. — Wzięła głęboki oddech. — Owszem, poszłam za twoją radą. Zgodziłam się wydać Arissę za następcę tronu Deangoru.

— Cieszy mnie to, moja droga pani. Książę Elhid jest dziedzicem potężnego i dostojnego rodu. Obdarzonym bystrym wzrokiem i silnym ramieniem, choć obawiam się, że strach za często zagląda mu w oczy. Ale ten ożenek uszczęśliwiłby twoją córkę i wiele ras. Byłoby to jakby to nazwać... — zamyślił się mag.

— Masz na myśli, że ów małżeństwo stałoby się świadectwem Pradawnych Przymierzy? — weszła mu w słowo Saahne.

Bazyl kiwnął głową na potwierdzenie. W głowie pojawiła mu się nuta zdezorientowania. Pamiętał o przepowiedniach. Jedna mówiła, że tylko moc Kryształu, może przeciwstawić się mocy mroku, druga wspominała o więzach prawdziwej miłości, które ustanowią nową dynastię. Był przygotowany na obie możliwości, choć nie sądził początkowo, że proroctwo miało na myśli księcia Elhida. W pamięci wciąż miał swój sen sprzed ponad trzydziestu lat.

Sam jednak zaproponował, by zgodzić się na umowę pomiędzy krajem wojowników i czarodziejów.

— Żywię nadzieję, że nie pomyliliśmy się. Kiedy wróci mrok, ciężki los czeka nas wszystkich. — Starał się wezbrać w sobie pokłady dobrej wiary. — Pamiętaj też, proszę, moja droga przyjaciółko, że dzięki mnie zostałaś królową. Jeśli zatrzymamy zło, jakie może niedługo zejść na krainy Korreadanu, spłacisz swój dług — rzekł.

— Ale jeśli Gord odzyska Kryształ, nie będzie żadnej siły, która będzie mogła mu się wtedy równać.

 

Czarodziejska królowa zadrżała. Łza Błękitnego Księżyca od setek lat jawiła się jej jako wspomnienie nocy, kiedy zatriumfowała nad bogiem ciemności. Zdawała sobie jednak sprawę z trwogi, która przyjdzie, jeśli wróg wyciągnie rękę po magiczny artefakt.

 

— Gord przecież nie zna całej prawdy o Krysztale. — Mag brzmiał pewnie. — Nikt nie zna, prócz ciebie i mnie. Dopóki myśli, że Kryształ znajduje się w Świątyni, twoja córka jest bezpieczna, a my jesteśmy w stanie zorganizować armię potężniejszą niż ta, którą Pan Mroku stworzy. Czyż nie taki był nasz plan, Wasza Wysokość?

 

Saahne zasmuciła się nieco. Przymknęła oczy, a wachlarz gęstych rzęs musnął jej lico, co zbladło bardziej.

W noc, która zakończyła Wojnę Przełomu, Bazyl oznajmił jej, że pocznie dziecko, a jego potęga będzie tak wielka, by zadać ostateczny cios wrogowi Korreadanu. Wiedziała dobrze, że mag czekał na wzejście Błękitnego Księżyca, który wytyczać miał mu czas, kiedy Gord przekroczy granicę swej mrocznej krainy. To Bazyl przed trzydziestoma laty przesłał jałowej królowej zaklęcie, by z jej łona zrodziła się jedyna dziedziczka rodu Firy. Każdy krok przybliżać miał do zgładzenia boga śmierci i największego poświęcenia, od jakiego mag obiecał Saahne wybawić. Tamtego dnia zrozumiała, że lata spokoju nieubłaganie zbliżają się do końca. Wspomniała swoją córkę. Nie raz zastanawiała się, czy skomplikowany w jej mniemaniu plan starca się uda. Arissa wydawała się niezwykle delikatna, nie wykazywała też żadnych wyjątkowych zdolności magicznych. Na bogów, przecież to dziecko potrzebowało miesiąca, by nauczyć się zapalać świecę dłonią, a co tu mówić o tym, by stanęła do walki z synem Leiceretha!

 

— I twoja w tym głowa, by żadne z naszych dawnych postanowień nie zostało złamane — odpowiedziała.

 

Obróciła twarz do słońca. Delikatny wiatr muskał jej skórę i podrywał srebrzyste włosy, splecione w luźny warkocz, podtrzymany przez diadem ze szmaragdem. Nawet w otoczeniu roślinności, z dala od bogactwa swego pałacu, bił od królowej majestat, godny samych bóstw. Jedno jej spojrzenie wystarczyło, by pojąć, że w tak pięknym ciele drzemią siły potężne.

 

— Nim wróciłem do Milintharii, zwiedziłem przez chwilę Deangor. Książę Elhid pragnie w niedługim czasie wysłać poczet rycerski, który zabierze królewnę do Ulteret.

— Kiedy przybędą?

— Nie później niż za trzy tygodnie, pani. — Pierwotny założył ręce na piersi i wysunął nogi do przodu. Spomiędzy jego jasnej szaty widać było teraz skórzane, przetarte na palcach czółenka. Z uśmiechem poruszał stopą, jakby go to bawiło. — Jeśli książę posłucha mej rady, do Milintharii przybędzie drużyna jegomościów walecznych i wesołych.

— Oby byli roztropni i nie dopuścili, aby mojej córce spadł włos z głowy. — Królowa zmierzyła wzrokiem Bazyla, który wyciągał z szaty fajkę. — Na bogów, te ludzkie zwyczaje zupełnie ci nie pasują!

— Naprawdę? — zadziwił się starzec i z niedowierzaniem oglądał drewnianą lulkę. — Kiedy to naprawdę smaczne. Pozwala mi mieć lepsze wejrzenie na świat. Ręczę za wojowników, panna będzie bezpieczna.

 

Mówili więc dalej o sprawach podróży. Czarodziejska królowa słuchała chętnie, co działo się w szerokim świecie i z otwartym umysłem przyjmowała do siebie propozycje drogi Bazyla.

 

— Kontynent winien szykować się do walki — powiadał. — Pragnąłbym, aby wraz z królewną szedł głośny nakaz, by krainy się zbroiły. Wielką wiarę w tym pokładam więc w drużynie, która z Arissą wyruszy.

— Pod czyj sztandar pójdą? — pytała Saahne.

— Stworzą wielkie wojsko Korreadanu. Jeśli przyjdzie potrzeba, sam obejmę przywództwo, kiedy armie zejdą się pod Ariamis. Tam bowiem zakładam, że dojdzie do ostatecznej bitwy — oznajmił niespiesznie i zaciągnął się dymem.

Czarodziejka wstała, poprawiła suknię.

 

Stała tak przez chwilę dumna, spoglądając dojrzałymi oczyma na pałacowy ogród, gdzie pomiędzy drzewami rozbrzmiewały serdeczne śmiechy nieświadomych niebezpieczeństwa mieszkańców krainy. Wypełniali zabawą ostatnie tygodnie błogości. Wiele poświęciła, by takie dni trwały jak najdłużej. Stała się władczynią potężną, chłodną i wyrachowaną, ale uważała, że do tego była uprawniona. Darowała Korreadanowi wszystko, co miała i mieć mogła.

 

— Wiedzieliśmy, że to nastąpi — westchnęła czarodziejka. To stwierdzenie już dawno ciążyło jej na sercu. — Myślałam jednak, że minie jeszcze wiele lat nim przyjdzie nam się rozstać. Cóż więc nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić cię na kolację, Bazylu, Magu Pierwotny.

— Jeśli twoi kuchmistrze podadzą bażanta z czosnkiem, jakiego miałem przyjemność próbować w Młynie Handiego, nawet bez zaproszenia przybędę. — Wstał więc i on. Teraz w pełnej krasie, niewiele się różnił od mędrców zasiadających w Radzie Kryształowej. Choć wyższy, zgarbiona odrobinę sylwetka zdradzała, że był istotą, która po świecie kroczyła od zarania dziejów. Chwycił laskę, opartą do tej pory o ławę i spojrzawszy ostatni raz na sadzawkę, zapytał. — Czy nadal potomkowie rodu Firy czytają przyszłość z nurtu wody?

— Owszem. Choć często mam wrażenie, że to jedynie moja wyobraźnia — odparła królowa. — Inaczej już dawno wiedziałabym, jak uratować Łzę Błękitnego Księżyca.

 

Udali się w stronę pałacu, odprowadzani śpiewem elfów, którzy z rozrzewnieniem wspominali utraconą stolicę. Każda pieśń niosła słowa o bogactwie Sandu, sławie Samun - Adamin i wreszcie też o dobroci Kryształowej Pani, która przyjęła Sandujczyków pod swój dach. Kiedy mijali elfów, ci zapadali w ciszę i sunęli się bezgłośnie wśród traw jak cienie. Nie chcieli mącić spokoju Saahne. Czcili ją bowiem niczym boginię i w swych własnych wierzeniach zrównali ją z samą żoną Adgara, która wszak matkowała czarodziejom.

 

Wreszcie wyszli z zakątka i znaleźli się na dziedzińcu, gdzie w ogólnej radości krzątały się damy dworu w towarzystwie królewny Arissy. Przechadzała się ona dookoła marmurowej fontanny, wpatrując się w spadającą wodę. Przygryzała wargi, to zaraz wzdychała i oczy przymykała. Była piękna i krucha niczym blask jutrzenki. Jedno spojrzenie na dziewczę wystarczyło, by każdy mógł przyznać, że stoi przed nim prawdziwa królewna, o której we wszystkich krainach kontynentu już mówiono. Wędrowcy pieśni układali o urodzie czarodziejki, że oczy ich nigdy większego skarbu nie ujrzały, zaś ci, którzy ich słuchali, szeptali, że dziw, że wielka królowa z Kryształowego Pałacu, nigdy w świat nie wysłała swej córki, skoro taką niesłychaną krasą się cieszyła. Mówili więc, że albo królewna jest niezwykle paskudna, albo wyrachowana i próżna.

Ujrzawszy matkę w towarzystwie swego Opiekuna, zawołała radośnie i podbiegła do nich. Stukot pantofelków uniósł się w górę i każda z panien zwróciła na królewnę uwagę. Saahne rozpostarła ramiona, zapraszając córkę do uścisku.

 

Z poczuciem ogromnej winy głaskała jedwabiste włosy dziewczęcia. Jakby mogła cofnąć się o setki lat, ponownie zdecydować o swym losie. Gdyby nie była wtedy zapatrzoną w siebie królewną przeświadczoną o swojej wspaniałości, bo znała słaby punkt Władcy Ciemności. Nie spodziewała się, że w dniach, kiedy przyjdzie jej rozstać się z córką, poczuje taki smutek.

 

— Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość — odrzekła, próbując ukryć wzruszony głos.

Dziewczyna spojrzała na nią wyczekująco. Odcięta od większości wieści zza granicy, pojęcia nie miała o planach, jakie jej własnej osoby dotyczyły.

— W Ulteret ogłoszono już twoje zaręczyny. Książę Elhid, o którym często tak wspominasz, pragnie, byś została jego żoną. Zdaje się, że to ten panicz, który kilka lat temu uratował cię, gdy omal nie spadłaś z konia — dodała z przekąsem.

 

Arissa zarumieniła się. Wyglądała niewinnie, gdy czerwień wkradała się na jej lico, a kącik ust unosił się delikatnie Zdawało się, że nie istniała siła, jaka mogłaby ją odmienić w kłopocie. Wiatr rozwiał srebrne włosy, które tak upodobniały ją do Saahne. Jakby to same światła Luriell połyskiwały w jej puklach.

 

— Och, matko. Proszę. To było uwłaczające. Nie mam pojęcia, dlaczego ten przeklęty rumak dał się wtedy porwać w takim szale. W oczach tych mężnych panów musiałam wyjść na niezdarną dzierlatkę. Jednakże sprawia mi ogromną pociechę, że książę o mnie nie zapomniał — odpowiedziała i wydostała się z oplatających ramion matuchny. — Wszak wymieniliśmy z sobą kilka listów, lecz nie spodziewałam się, że przyszły król wojowników naprawdę wybierze na swoją żonę królewnę, która nie potrafi utrzymać się w siodle.

Własny głos brzmiał jej w uszach wątło, jakby sama siebie się wstydziła i nadziei, jaką wiązała z młodym księciem.

— Przez te kilka lat, kochanie, poczyniłaś wiele postępów w swych naukach i zaręczam, że stajenni opowiadają, że wykazujesz się, niezwykłą zręcznością w czasie jazdy konnej — odpowiedziała jej królowa, próbując się nie roześmiać na wspomnienie nauk córki.

Dziewczyna nadal stała obok w zamyśleniu.

— A czy ten książę, moja droga, jest dla ciebie ważny? Czy darzysz go uczuciem? Wszak ślub już zatwierdzono, lecz może pragniesz innego mężczyzny? — zapytał Bazyl podejrzliwe.

— Przez mgłę pamiętam szarawe oczy i ramiona, w których się ocknęłam. A potem, gdy przebywaliśmy tutaj, w pałacu i gdy przez kilka wieczorów wspólnie podziwialiśmy światła Luriell, to czułam ogromne szczęście. Nie wiem, czy tak wygląda miłość, nigdy bowiem do tej pory nie kochałam, ale jeśli książę pragnie mnie jako swoją wybrankę, nie widzę powodów, dla których mogłabym mu odmówić — odpowiedziała, rumieniąc się ponownie.

 

Mówiła samą prawdę. Miała już trzydzieści wiosen, lecz wyglądem przypominała nastoletnią trzpiotkę i w opinii długoletnich czarodziejów zaledwie osiągnęła pełnoletność. Czymże przecież jest trzydzieści lat w obliczu wieczności, która czeka ją, jak każdego czarodziejskiego członka królewskiego rodu. Czuła się młoda i niedoświadczona, a przystojny następca tronu zrobił na niej ogromne wrażenie. Serce jej więc się radowało na myśl, że zostanie jego żoną.

 

— Zatem zostaniesz przyszłą królową Deangoru, moja droga. Wypełnimy wolę wojowniczej krainy.

 

Dziewczę raz jeszcze przytuliło matkę i pożegnawszy się, odeszła w stronę pałacu. Przez ramię rzuciła okiem wstecz. Dostrzegła jedynie uśmiech bliskich i uznała, że szczęście się do niej uśmiechnęło. Wszystko, czego pragnęła już od lat, to wybrać się w podróż poza Kryształowy Pałac.

Saahne jeszcze chwilę patrzyła na córkę. W głowie ciągle kołatała się myśl, w jaką to okrutną sprawę dała się wplątać setki lat temu. Oparła się o ramię Bazyla. On jeden tylko wiedział, co miała w myślach, gdy Arissa zniknęła za winklem. Myślał bowiem o tym samym.

 

— Muszę jeszcze powiadomić mojego męża — stwierdziła z przekąsem, na co Bazyl wybuchnął gromkim śmiechem, łapiąc się za brzuch.

— Byłem pewien, iż król Wadenrogh tkwi w błogiej niewiedzy!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Clariosis 10 miesięcy temu
    Muszę z radością stwierdzić, że przeczucia mnie nie zawiodły. (: Początek rozdziału - majstersztyk. Opisałaś tak uczucie melodii, że czytelnik potrafi sobie wyobrazić ją tak, jakby aktualnie słyszał. Tekst jest bardzo sprawnie napisany, nie ma takiego natłoku postaci i są one wcześniej odpowiednio przedstawione, dzięki czemu czytelnik może skupić się na dialogach i rozumie sens rozmowy. Widać dużą poprawę porównując z poprzednimi częściami, mam nadzieję, że taki stan się utrzyma, a nawet że będzie tylko lepiej. (:
  • Tail 10 miesięcy temu
    Uff. Kamień z serca, bo się bałam, szczególnie, że wydawało mi się, że nieco popsułam koniec ;D
    Naprawdę, mam teraz uśmiech od ucha do ucha. Pozwól,że odwiedzę Cię w najbliższym dla mnie możliwym terminie, czyli w sobotę ;p Aktualnie jeszcze do czwartku pracuję i w przerwach wrzucam sobie napisane już jakiś czas temu nowe wersje, w piatek mam zamiar leżeć i od soboty nadrabiać czytelnize zaległości tutaj i na portalu na literkę W ;;p
  • Clariosis 10 miesięcy temu
    Tail Właśnie koniec brzmi ciekawie, nieco komediowo, ale nadaje to odpowiedniego smaczku. (: Dobrze, że jednak dałam temu szansę, bo jednak szkoda by było zrezygnować z czytania jak widzę. Jest coraz lepiej i czuję, że już tylko się będzie poprawiać, zaczynam powoli czuć sedno historii, a to najważniejsze.

    O, czyli mam rozumieć, że będziesz chciała zajrzeć do mojej powieści? A zapraszam serdecznie, mam nadzieję, że się spodoba. (: Jeżeli mogę mieć też sugestię, to zapraszam do spojrzenia również na dysk google, bo mam tam odpowiednio sformatowane rozdziały w PDFie. (; Link jest w "o mnie" na profilu opowi, ale podrzucam i tutaj:
    https://drive.google.com/drive/folders/118l8KcGFMpsSKnF7s0rVrdKn3uHku0Tg

    Z którejkolwiek formy skorzystasz (PDF albo części na opowi), to mam nadzieję, że będę mogła liczyć na jakiś komentarz zwrotny. (;
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Bardzo miło się czytało ten rozdział i również uważam, że początek to majstersztyk. Natomiast, jak zwykle mam drobne "ale", mianowicie tyn razem szyk przestawny znikł właściwie całkowicie, choć nie ukrywam, że właściwie jestem za to wdzięczna, bo łatwiej się czytało.
  • Tail 10 miesięcy temu
    Jestem kiepska w systematycznym odpisywaniu na komcie. xD
    Dziękuję i cieszę się, że na razie Ci się podoba. Co do szyku przestawnego, to też mały zabieg, który urodził mi się w trakcie, że staram się dostosywać narrację to otoczenia i bohaterów. Częsci, gdzie jest swojski kraj wojowników, wacpanowie, miód pitny i inne sienkiewiczowskie naleciałości, mają więcej tego szyku i stylizacji niż rozdziały, gdzie pojawiają się majestyczni czarodzieje i elfowie. Nie wiem, czy to dobra koncepcja, ale kilka osób pochwaliło to, twierdząc, ze dzięki temu łatwiej im się wczuć w te różne wątki ;)
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Tail Do mnie to za bardzo nie przemawia, ale rozumiem zabieg
  • Tail 10 miesięcy temu
    Isteri'Luene Zobaczę, jak się przyjmie, najwyżej poleci kolejna korekta xD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania