Korreadan - Rozdział 2.2. O królu Wadenroghu

Bazyl odszedł przed kwadransem, oznajmiwszy wcześniej, że planuje jeszcze zwiedzić bibliotekę pałacową. Zwyczaj ten był celebrowany przez maga już od setek lat, jakby wciąż nie mógł nasycić się księgozbiorem w Milintharii. Mawiał przy tym, że czary najprawdziwsze nie w zaklęciach i urokach się dzieją, lecz w starych manuskryptach, gdzie dzieje magiczne zapisano. Powłócząc szarą szatą, podążył niemalże bezgłośnie, jeno stukot jego jasnej laski w oddali znikał powoli i choć widać już go nie było, kto znał ten dźwięk, wiedział, ze to Pierwotny odwiedził Kryształowy Pałac. Saahne została więc sama, przypatrując się dwórkom, które z uśmiechem twarze do słońca wystawiały. Ich śpiewom rozkosznym towarzyszyły odgłosy skowronków, które wzlatywały nad półkami iskrzącej się fontanny i raz po raz zanurzały dzióbki w spływającej wodzie. Wszystkie dziewczęta wydawały się spokojne i radosne, jakby zupełnie nie zdawały sobie sprawy, że zbliża się noc, kiedy znów niebo rozświetli się blaskiem Błękitnego Księżyca. A potem zaraz utopi się w mroku, jaki Gord zarzuci niczym płaszczem nad krainami Korreadanu.

Lecz jak miały sądzić, iż zło takie nadejdzie, kiedy ufne w potęgę rodu Firy nie przejmowały się światem poza dworem?

 

Królowa zaś nie spieszyła się z powrotem do wnętrz Kryształowego Pałacu, gdzie spodziewała się zastać króla. Nie to, że obawiała się rozmowy z własnym mężem. Targała nią niechęć. Każda chwila, jaką miałaby poświęcić na rozprawy z Wadenroghiem na temat jedynej córki, była dla niej uciążliwością, której nie potrafiła znieść. Od stuleci przyzwyczajała się do własnych planów, nie akceptując wizji, gdzie spełnić by się nie miały. Wadenrogha jednak nigdy w ów ideę nie wtajemniczyła, wszak, był od stuleci miał być on jedynie mężczyzną u jej boku, by żaden z członków Rady Kryształowej nie orzekł, że władza się Saahne nie należy. Nie należały mu się zatem względy wiedzy i uczestniczenia w przeznaczeniu, które bogowie już z dawna wobec Korreadanu ułożyli. Kurczowo chwytała się koronki na dekolcie sukni. Nawet jeśli nie trzeba jej zawiadamiać męża o grze między nią a Panem Ciemności, tak winna mu była wyjaśnienia, cóż stać się miało przyczyną, dla której jedyna córka z królewskiego łoża opuści mury rodzinnego zamku. Już tak dawno postanowiła wydać Arissę za mąż, iż była wprost przekonana o świadomości króla w tej sprawie i nie zachodziła nigdy w głowę, żeby się o tym z nim rozmówić. Teraz jednak po dyspucie z Magiem Pierwotnym, zrozumiała, że Wadenrogh nigdy nie usłyszał tego od niej.

 

— Pewnikiem Rada Kryształowa go powiadomiła — szepnęła sama do siebie, kiedy o tym pomyślała.

 

Nie miała powodu sądzić inaczej, skoro przekonanie członków rady prawie tydzień jej zajęło. Poczuła, że zalewa ją fala gorącego potu. Musi mu wreszcie wyznać, co kierowało jej decyzją w tej sprawie.

Przysiadła na marmurowej półce fontanny, nie zważając na bryzgające krople opadającej wody. Chłodny zefirek owiał szyję królowej, wzbudzając dreszcz. Przymknęła oczy i raz jeszcze próbowała cofnąć się pamięcią setki lat w tył, do chwili, kiedy Bazyl obiecał jej koronę Milintharii, choć wcale nie była jej prawowicie należna.

 

— Pragnęłaś pokoju i sławy — rzekł jej wtedy. — To ci dałem za to, żeś pokonała Gorda, boga śmierci, który Korreadan na kolana chciał rzucić. Za koronę przyjdzie ci jeszcze jednak zapłacić, gdy Błękitny Księżyc uwolni Mrocznego Pana z jarzma.

 

Zatem stało się, myślała. Przed trzydziestoma laty niebo zalśniło błękitną poświatą i gwiazdy ułożyły przeznaczenie mego dziecka.

 

Wiedziała dobrze, że Wadenrogh nie zrozumie i nie przypuszczała nawet, że jej tłumaczenia pomogą mu pojąć, jak ważne jest, by poślubiła księcia z rodu Tomhira. Zawierz Bazylowi, to mu rzec jeno mogła, bo więcej nawet nie planowała wyznawać. Czyż mogła wyjawić prawdę, że sprzedała królewnę jeszcze przed jej narodzinami za władzę i potęgę?

Podniosła się i ruszyła do pałacu, zostawiając za sobą poddanych, którzy hołd jej oddali ukłonem.

Mknęła szerokim korytarzem. Z podłużnych, łukowatych okien lał się brzask słońca niczym migotliwe wodospady nękające pałac. Kryształowe witraże promieniały i błyskały, ujawniając kunszt artystów, którzy je stworzyli. Gdyby kto sądził, że dwór w Milintharii jeno z nazwy był Kryształowy, to by się zadziwił. Wystarczyłoby mu raz przejść się wzdłuż ścian komnat, by poznać, że kruszec ten piękny zdobi wszelkie możliwe ornamenty budowli. Wreszcie też, ci, którzy dwór znali, pożądali podobnego. Jego bogactwo onieśmielało podróżnych i zachwycało władców, którzy zazdrośnie spoglądali na srebrzyste dachy i kryształowe dekory.

Dumnie więc królowa przechodziła, rada, iż włada tym o to przybytkiem. Mijała kolejne rzeźbione w bielonym drewnie drzwi, zastanawiając się, jakimi to słowy winna Wadenroghowi rzecz o zbliżającym się wyjeździe córki oznajmić. Z każdym krokiem upewniała się sama o podjętej decyzji. Poślubi wojownika i obdarzy go synem. Zrodzi się nowa potężna dynastia, myślała niespokojnie. A jeśli Gord pozna prawdę, że Łzy nie ma w Ariamis i ku Arissie zwróci swe spojrzenie?

Nie odważyła się na to pytanie sobie odpowiedzieć. Wsłuchiwała się w dźwięki pałacu. W komnatach zwyczajowo uwijali się przed kolacją elfowie z Sandu. Wieczernica z królową była niczym święto, które celebrowali z najwyższym namaszczeniem. Ci, którzy zostali dopuszczeni do stołu, przygotowywali zdobne szaty i prosili o przyrządzenie kąpieli. Służący więc przemykali potajemnie i w ciszy, by ani Kryształowej Pani, ani też własnym włodarzom w niczym nie przeszkodzić. Każde więc puknięcie i szelest każdy, jakie zza ścian dochodziły, o radości Sandujczyków znaczyły. Jeden tylko nagle dźwięk, który zbliżał się nieopodal zakrętu w stronę skrzydła z siedzibą króla, brzmiał, jakby nie pasował do godziny popołudniowej.

 

Ktoś biegł.

 

Delikatny, ale spieszny stukot bucików zdradził, iż dziewczę to jakieś. Królowa zatrzymała się zaraz przed zakrętem, skąd z bocznej nawy dobiegał hałas. Wpatrywała się w blade ściany, na których cienie i blaski tworzyły harmonijny taniec, wykorzystując tchnienie powietrza, które wpadała między kolumnadą. Po chwili ujrzała jedną z dwórek, o śmiałej urodzie i poplątanych włosach, których czerń tak wyraźnie odbijała się od białych powłok, którymi obleczone były mury korytarza. Lico jej zdobił niezdrowy rumieniec, dech zaś miała ciężki, jakby przeraziło ją coś strasznego.

 

— Wasza Wysokość! — jęknęła dziewczyna, kiedy nieomal wpadła na Saahne. — Proszę mi wybaczyć, Pani!

Królowa obrzuciła pannę krótkim spojrzeniem, dostrzegając nierówno związany gorset i odwrotnie założoną jedwabną pelerynkę. Intensywna zieleń oczu patrzyła przez chwilę bojaźliwie na władczynię, lecz po chwili błysnął w niej triumf.

Wystarczyło, by wiedzieć, co stało się przyczyną wstydliwego pośpiechu.

— Zejdź mi z oczu — syknęła czarodziejka, próbując opanować swą złość.

 

Dwórka niepewnie dygnęła i uciekła szybciej, niż biegła wcześniej. Saahne nerwowo zaczerpnęła powietrze, zaciskając usta. Ruszyładalej, chociaż jej krok przybrał teraz na sprężystości. Każdy kolejny odcinek korytarza pokonywała w coraz większym wzburzeniu i niedowierzaniu. Sługa, który ją minął, skłonił się tak nisko, że czołem by prawie musnął kamienną podłogę. Gest ten jednak nie wpłynął na nastrój królowej, która czuła się, jakby ta mała uderzyła ją w twarz. Doskonale zdawała sobie sprawę, że z tego samego miejsca czmychnęła, do którego ona teraz się udawała.

Przed komnatą Waderogha stała straż, przyodziana w błękitne płaszcze, które spływały po lekkiej, srebrnej zbroi. Dwóch rosłych mężów o twarzach hardych, ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie. W chwili gdy Saahne doszła do drzwi komnaty Wadenrogha, z trudem opanowała się, by nie pchnąć ich zaklęciem, tak bardzo pragnęła ich ukarać za śmiałe ukrywanie zdrad.

 

Miała wrażenie, iż słyszy ich myśli.

 

Naśmiewają się ze mnie. Widzieli, kto chwilę temu stąd wyszedł i co działo się w sypialni króla.

 

— Wasza Królewska Mość, Jego Wysokość Król prosił o niewpuszczanie nikogo do jego bawialni — rzekł stanowczo jeden ze strażników.

Uniósł podbródek i starał się nie patrzeć prosto w oczy królowej. Hełm zakrywał większość jego twarzy i Saahne nie mogła ocenić, czy zwraca się do niej doświadczony rycerz, czy też pachołek, choć podbródek szeroki zaciśnięty był jak chwilę wcześniej.

— To nie król jest panem w pałacu. Otwórz drzwi! — odrzekła mu, a głos jej zimny rozniósł się echem w korytarzu.

 

Mężczyzna niepewnie spojrzał na drugiego, jednak skłonił się i nacisnął mosiężną klamkę. Drewniane skrzydła skrzypnęły, a spomiędzy nich wyłoniła się łuna ciepłego światła. Saahne wkroczyła więc do komnaty, idąc ramię w ramię z rycerzem, który zapowiedział jej obecność.

 

— Długo ci zajęło, Kryształowa Pani, by dotrzeć w moje skromne progi — zaczął Wadenrogh, gdy służba wprowadziła czarodziejkę do jego salonu.

 

Spoczywał w olbrzymim fotelu wyrzeźbionym z jednego kawałka dębu. Mimo tej pozycji, jego barczyste ramiona i mimika zdradzały, że był pewnym siebie czarodziejem. Saahne do tej pory sądziła, iż zmizernieje on w czasie, gdy nie dostarczała mu rozrywek. Tymczasem każdego wieczoru, gdy schodził do jadalni na kolację, uśmiechał się serdecznie i wcale nie sprawiał wrażenia, aby tęskno mu było do łoża swej małżonki. Teraz prezentował się tak samo. W złotych włosach, przyciętych za uchem, z równym zarostem i przebiegłością w oczach, zdawał się nie przejmować brakiem jej miłości.

 

— Bywałabym częściej, gdyby mnie wciąż wzrok twoich dziwek nie odprowadzał, mężu — odrzekła mu królowa.

— Czego się spodziewałaś, moja pani, kiedy nie zamierzasz praktykować małżeńskich zobowiązań? Oczekiwałaś, że będę skomlał u twych drzwi, błagając o atencję Kryształowej Pani? — Zaśmiał się. Bawił go zmieniający się wyraz twarzy żony. — Zakładam, że przybywasz, bo pragniesz mi oznajmić o ożenku twojej córki?

— Naszej córki, Wadenroghu — poprawiła go Saahne.

 

Miała wrażenie, że ogromna kula podchodzi jej pod gardło. Mierzyła męża wzrokiem, kiedy zasiadła na szerokim szezlongu, wyszywanym srebrnym haftem, przypominającym kwiecie lilii. Często tak mówił o tej dziewczynie, jakby próbował jej udowodnić, że inni jego potomkowie stanowili mu większą pociechę.

 

— Przestań mnie okłamywać, moja droga. Czy myślisz, że przez ostatnie trzydzieści lat byłem na tyle głupi, by wierzyć, że moją jest Arissa? — Głos króla wyraźnie zadrżał, a twarz teraz tak inna, spowiła się gwałtownie czerwienią.

Wyciągnął rękę, jakby chciał złapać powietrze i zacisnąć. Na czole pojawiły się kropelki potu. Wysunął się bliżej, wpatrując się w niebieskie oczy królowej, które dzielnie staczały z nim pojedynek. Zaskoczona drgnęła, lecz nie mogła pozwolić, by zauważył, że poczuła się nieswojo.

— Bredzisz — żachnęła się Saahne i spokojnie oparła się na poduszkach.

 

Jej jasne włosy spłynęły po oparciu niczym struga wody i przez chwilę czarodziej wpatrywał się w ich migoczący blask. Wyglądał, jakby zastanawiał się nad czymś ciężko. Dłonią gładził się po brodzie, a wzrok jego zmętniał, jakby duch i rozum odpłynęły daleko.

Wspominał wizję, którą już z dawna dostrzegł w bryzgach wodospadu w pałacowym ogrodzie. A dostrzegał w niej kobietę, której twarz była mu niewyraźna i przez to nieznana. Włos jednak miała długi i srebrny, uśmiech słodki i oczy niczym szmaragdy, wpatrzone w dal. U boku stał smok o złotej łusce, spętany mocą ciemną i mroczną, ryczący wściekle.

Jakże teraz Saahne przypominała mu tę istotę, kiedy spoglądała na niego z widoczną nienawiścią.

 

— Nie z naszej ona mocy się zrodziła — warknął wreszcie Wadenrogh, po czym wstał z siedziska.

 

Saahne zatrzęsła się, chociaż w komnacie było ciepło i przyjemnie. W kominku, który zajmował pół ściany, przyjaźnie trzaskał ogień, jakby sam wygrywał tę rytmiczną melodię. Salon prezentował się dostojnie, kiedy płonąca łuna okalała pleciony, gruby dywan przy szezlongu i zdobione misternie meble.

Król chwycił gliniane naczynie stojące na podeście przy wysokim oknie i nalał do pucharka pitnego miodu. Tkwił tak chwilę, wpatrzony w widok za oknem i nerwowo przekładając pomiędzy palcami nóżkę kielicha. Wciąż wszystko analizował, wciąż w myślach mu biegały wizje i pomysły. A jeśli to nie żonę swoją widział? Pochylił się, opierając się jedną ręką o kamienny blat.

 

Dopiero teraz Saahne dostrzegła, że jej mąż schudł, co wieczorem maskował szerokimi szatami. Ramiona zgarbiły się nieco, a podbródek poszarzał od zarostu. Płowe włosy układały się niezdrowo, choć gdy weszła, prezentowały się nienagannie. Kiedy jednak przyszło im rozmawiać o tym, co trapić miało ich oboje, ujawniła się jego słabość. Oto była cena za ukrywanie własnych trosk i nieszczęścia.

 

— Gdybyś jeszcze miała w sobie, choć krztę miłosierdzia i przybyła tu wcześniej zapytać, czy mam wolę wydać jedyną potomkinię rodu Firy za śmiertelnika!

Światło ognia ślizgało się po kamiennej posadzce, ścigając się z cieniem poruszającego się gwałtownie Wadenrogha.

— Jest długowiecznym — stwierdziła, patrząc na niego z politowaniem. — Gdy złączy ich noc poślubna, jeśli tego zapragnie, Arissa obdarzy księcia Elhida prawem do nieśmiertelności. Przywilej małżeństwa z czarodziejską rodziną królewską. Sam o tym doskonale wiesz.

 

Mężczyzna zagryzł wargi. Błękit jego oczu łypał gniewnie na małżonkę, która wyprostowała teraz plecy i kontynuowała grę spojrzeń. Robiła to już od lat. Syciła się chwilami, kiedy mściła się za jego przewinienia, choć sama go o trwogę nieraz przyprawiła.

 

— Zatem moje słowo już nic nie zmieni. Czemu więc przychodzisz? Chełpić się, że odbierasz mi dziecko? Jakbyś nie uczyniła tego już wcześniej, kiedy pilnowałaś jej nieustannie, jakbym mógł ją skrzywdzić. — Znów obrócił się w stronę okna i upił wina. Nie było jeszcze wieczoru, a za sobą miał już piąty kielich. — Trzymałaś to dziewczę w złotej klatce niczym prywatną zabawkę, jakbyś liczyła, że świat nigdy się o nią nie upomni. Nie pozwalałaś mi czuwać nad jej kołyską, odbierałaś mi Arissę, ilekroć brałem ją na ręce. Policzę na palcach jednej ręki, ile razy mogłem ułożyć ją do snu. Jakże więc dziwisz mi się, iż sądzę, że nie moja krew w niej płynie? — Rzucił kielichem na podłogę, a głuchy łoskot odbił się od ścian. — Bazyl przysłał ci zwitek z zaklęciem, z którym udałaś się na wzgórze, a gdy wróciłaś, niedługo potem oznajmiłaś, że jesteś przy nadziei. To dziecko nie zrodziło się dzięki mocy Adgara. Gdyby tak było, gdyby nasza świetlista magia miała wpływ na płodność samej władczyni czarodziei, to czy nie uważasz, Saahne, że ten pałac nie pękałby w szwach od tupotu stóp naszych spadkobierców? — mówił dalej Wadenrogh, krążąc wzdłuż komnaty. — Zrodziła się dzięki mrocznej magii. Jest w niej mrok, który nie z naszych dusz pochodzi.

 

Urwał na chwilę, jakby z brzmieniem swego stwierdzenia, pojął wnet coś, co wcześniej pokoju mu nie dawało.

Każde słowo król przed momentem wypowiadał jak w amoku. Głos jego modulował, skroń mu drżała, dłonie się trzęsły. Lecz oto nadszedł dzień, gdy wreszcie przestał być cieniem wielkiej władczyni. Oto rzekł jej to, co przez lata chciał jej powiedzieć. Czuł się dumny, choć był świadom, że Saahne nie podzieli jego rozumowania. Komnatę oplotła cisza. Zdawało się słyszeć każdy oddech, każdy ruch piersi tych dwoje. Zza okna dochodził śmiech podanych, lecz oni tego nie słyszeli, pogrążeni we własnych myślach.

Wybuch był niczym grom z nieba jasnego, które przy pogodzie zaskakuje.

 

— Oskarżasz mnie, że byłam ci niewierna? — oponowała Saahne. — Śmiesz twierdzić, że cię oszukiwałam? Tak bardzo mnie nienawidzisz, iż posłużysz się nawet Arissą, by wskazać, jak wielce nieszczęśliwy jesteś w tym małżeństwie? — Podniosła się z siedziska i stanęła naprzeciw króla, ukazując swe gniewne lico. — Zatem dobrze, że będzie daleko stąd, u boku wojownika, który podobnież kocha ją nad życie. I zrodzi mu niejedno dziecko, i przeżyje z nim setkę jak nie tysiące wiosen, stając się matką dynastii, która sprowadzi ład i porządek w Korreadanie. Tak, jak mówiono o nas.

 

Wadenrogh rzucił się w stronę królowej, a jego potężna dłoń zacisnęła się na krtani kobiety. W jej oczach malowało się zdumienie, nigdy bowiem mąż do tej pory nie wpadł w taki gniew. Próbowała odepchnąć go dłońmi, ale ramię miał mocne. Była jedynie w stanie osunąć się na kanapie.

 

— Masz szczęście, że złączyła nas magia i krzywdy zaklęciem wyrządzić ci nie mogę. Inaczej już dawno cierpiałabyś katusze. — Puścił Saahne i odsunął się od niej, patrząc na swoje ręce, bo i jego zdziwiła własna odwaga. — Od trzystu lat tkwię w małżeństwie, które jedynie zabija mnie od wewnątrz. Prędzej więc skonam, niż pozwolę, byś urządziła podobny los Arissie.

— Byłbyś może szczęśliwszy, gdybyś się nie łajdaczył i pod mój dach nie przywiózł nieślubnego bachora! — Głos jej ugrzązł i chrypiała po zacisku Wadenrogha.

Czarodziej w mgnieniu oka oprzytomniał i zaraz też bezwiednie opadł na fotel. Jasność widzenia jakaś mu nagle wróciła.

— Więc o Winterheda ci chodzi, Wasza Wysokość? O mego syna, którego od piersi umierającej matki wyrwałem…

— Była dziwką jak wiele z tych, które tu zaglądają, kiedy sądzisz, że o nich nie wiem — przerwała mu Saahne.

 

Brzydziła się tym określeniem, mając świadomość, że każda z tych dwórek w jego mniemaniu była lepsza od niej, królowej Milintharii. Miały jedną umiejętność więcej.

Potrafiły się wić pod mężczyzną.

 

— I do pałacu zabrałem, by nadać mu tytuły, które należne by mu były, gdybyś ty, Kryształowa Pani, nie była jałowa? Taką krzywdę ci wyrządziłem, która miałaby stanowić prawo do odbierania mi córki? — dokończył z dziką satysfakcją w głosie.

— Nic nie rozumiesz, głupcze — mruknęła Saahne.

 

Szybko w głowie liczyła, czy winna tłumaczyć Wadenroghowi powody, dla których wysyła księżniczkę do Deangoru, wreszcie jednak zwątpiła sama w sensowność tej rozmowy. Przetarła zaczerwienione od ucisku gardło. W kąciki oka zaszkliła się łza, którą natychmiast zgubiła pod powieką.

W końcu też odwróciła się i bez słowa opuściła komnatę, nie spoglądając na męża. Nie potrzebowała jego zgody. Gdyby tylko chciała, mogłaby pozbyć się z pałacu wszystkich dziewcząt, które mu się oddały. Mogłaby oskarżyć jego bękarta o zdradę i zesłać do więzienia, czy też skrócić o głowę. Wreszcie, i samego Waadenrogha mogłaby zniszczyć.

Wtedy jednak jej własny brat upomniał by się o koronę Milintharii, którą mu podstępem odebrała. A ta była dla niej zbyt cenna.

 

Tymczasem Wadenrogh z westchnieniem schylił się, by podnieść leżący na ziemi kielich. Dotknął jego zimnej ścianki i dreszcz oblał ciało króla. Wiedział, że nagła odwaga, jaka w niego wstąpiła, była powodowana ilością wina, które już wysączył, nie mógł jednak odmówić sobie nalania po raz kolejny. Z nieukrywanym zadowoleniem obserwował, jak czerwony napój zapełnia czarkę i błyska w wpadającym świetle słońca, stanowiąc obietnicę błogości.

Od długiego czasu przeczuwał, że Saahne będzie mu wciąż stawać na drodze do szczęścia. Kolejny łyk upewniał go w pomyśle, który jego myśli właśnie nawiedził. Miał bowiem swoją jedyną szansę, by udowodnić żonie, że byłby w stanie jej zaszkodzić.

Odstawił naczynie na kamienny podest przy oknie, gdzie stało wcześniej, po czym przeszedł przez komnatę, by otworzyć drzwi. Rycerze wyprostowali się natychmiast na baczność.

 

— Przyprowadźcie mi namiestnika Winterheda! — rozkazał do straży. — Potrzebuję pilnie się z nim rozmówić!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Króla też już lubię i bardzo jestem ciekawa tej intrygi, sam rozdział mi się podobał, ale masz parę błędów z początku, czy bardziej drobnych uchybień stylistycznych.
    1. "jaki Gord zarzuci niczym płaszczem". Powinno być "jaki zarzuci niczym płaszcz" lub "jakim zarzuci niczym płaszczem", chyba bardziej ta pierwsza wersja mi się wydaje poprawna
    2. Dzieją się i dzieje - to nie są teoretycznie powtórzenia, więc właściwie nie mam się czego czepiać, ale jednak na Twoim miejscu bym spróbowała jedno zamienić (chociaż sama konstrukcja tego zdania szalenie mi się podoba)
    3. "wizje gdzie spełnić by się miały" - wiem o co chodziło w tym zdaniu, można się domyślić, ale czysto technicznie jest niejasne.
    4. Owa * idea, wbrew pozorom słowo "ów" się odmienia, ale mało osób o tym pamięta, więc to nie jest wielki błąd
    5. Nie należy, nie należały - obok siebie, ewidentnie powtórzenie
    6. Widziałam tam coś w stylu "względu uczestniczenia" i jakoś do końca mi nie gra, ale to już może być moje własne odczucie
    To tyle, idę do kolejnego, fajnie, że wstawiłaś ?
  • Tail 10 miesięcy temu
    Dziękuję za uwagi, siądę niedługo do poprawek :p
    MIło, że lubisz króla, w pierwotnej wersji poświęciłam mu mało miejsca, przy korekcie dostał większą rolę, mam nadzieję, że jej nie zmarnuje :P
    Poprzednio wszyscy nie znosili Saahne i bardziej żałowali postaci Wadenrogha, niż go lubili ;p
  • Isteri'Luene 10 miesięcy temu
    Tail Ja czekam na niego więcej! ❤️
  • Clariosis 10 miesięcy temu
    O, wrzucasz dalej. :) To dobrze, bo się w sumie martwiłam, że jednak porzuciłaś stronę.
    Powiem Ci, że rozdziały zaczyna czytać się coraz lepiej - naprawdę już wiadomo o co chodzi, akcja skupia się na odpowiednim wątku w jednym momencie, zamiast na kilkunastu w jednym, to duży plus. Mam wrażenie, że to głównie dlatego, że te dalsze rozdziały już tak bardzo nie oberwały "dobrymi radami" od czytelników, że zmień to, zmień tamto, przesuń a, usuń b, dodaj c. Kawałki są długie, ale bardzo ładnie opisujesz i wprowadzasz odpowiednią atmosferę, przez co nie staje się to nużące. Język też stał się o wiele bardziej czytelniejszy, archaizmów nie jest tak dużo.
    Ciekawe z nich małżeństwo. ;) Obydwoje ukrywają przed sobą prawdę, przez co się kłócą. Saahne nie traktuje męża poważnie i ze wzajemnością, ciekawe jednak do czego to doprowadzi. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania