Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Koszmarny Dzień — Rozdział 03
── Mówię o ojcu Jisung'a. Ostatnio codziennie przychodzi do mojego biura, zaczyna mi robić wykłady. Co mogę, a czego nie mogę robić z jego synem, a potem ot, tak wychodzi. Jego gadanie doprowadza mnie do szewskiej pasji, a co za tym idzie, przestałem już odpowiadać na jego pytania. Niech da mi wreszcie spokój! ── zakończył swój monolog Chenle, nie mogąc już dłużej, tego, co on wyprawiał zdzierżyć, chociaż próbował i to bardzo, ale jak widać, nic to nie dało.
── Moim zdaniem Baekhyun bardzo martwi się o swojego syna, dlatego jest taki nadopiekuńczy. A tym bardziej że od niedawna ma z nim kontakt. Nie dziwię mu się, że tak reaguje, chociaż przyznaję ci rację, trochę już przeholował pod tym względem ── Hyuna nigdy nie zapomniała dnia, kiedy Chenle wyznał miłość Jisung'owi i to na oczach jego własnego ojca, nie wspominając o reszcie Strażników, Mistrzyni Gildii i jej również.
Szczęśliwie tym razem obyło się bez koszmaru, który miał miejsce około dziewiętnaście lat temu. A mistrzyni gildii mogła odetchnąć z ulgą pod tym względem. Nie miała zamiaru kazać go zabić, bo Strażników Elementu Ciemności trudno spotkać. To samo tyczy się Strażników Elementu Światła.
W sumie wszyscy obecni odetchnęli z ulgą, poza ojcem Jisung'a. W sumie co on ma do niego? Poznał go dobrze, więc nie powinien tak świrować. Doskonale wiedział, że Chenle nie zrobiłby krzywdy jego synowi. A jednak uparcie, robił wszystko, aby tylko jego syn z nim nie był, tak jakby mu to nie odpowiadało. Co było według niego nieco dziwne, bo jakiś czas temu mówił coś innego na ten temat.
── A nawet jeśli, to powinien dać mi spokój, a nie cały czas mnie nachodzić! Nie czuję się komfortowo nawet we własnym gabinecie! Tak czy inaczej, mam nadzieję, że przemówisz mu do rozsądku i wreszcie da mi spokój ── odparł Chenle, a po chwili odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu Hyuny.
Zostawiając ją ze swoimi słowami rozbrzmiewający w jej głowie niczym echo, które nie miało zamiaru tak szybko minąć. Oczywiście, gdy tylko opuścił pomieszczenie, nie miał zamiaru wracać do swojego gabinetu. A tylko dlatego, że jeśli tam wróci, znowu będzie zmuszony wysłuchiwać kolejnych wykładów jego ojca, których już miał powyżej uszu.
W życiu by się tego nie spodziewał, że będzie musiał się do czegoś takiego posunąć. Stał oparty o kolumnę jednego z domków w ogrodzie. Zastanawiając się, co ma dalej zrobić, bo przecież całego dnia nie spędzi w tym miejscu, tego był pewny. Wcześniej, czy później pewnie i tu by go znalazł, a nie miał zamiaru, aby robił mu sceny na oczach gości.
── W jakim okropnym stanie się znalazłem. Nigdy bym nie pomyślał, że będę zmuszony ukrywać się w ten sposób przed ojcem Jisung'a. Jestem pewny, że bez problemu może mnie znaleźć tutaj w parku, z powodu tego, jak wyglądam ── mruknął do siebie Chenle, wzdychając cicho, spoglądając w niebo, szukając rozwiązania.
── Gdybym wiedział, że tak to się potoczy, nie zrobiłbym tego, co zrobiłem ── dodał po chwili Chenle, mając lekkie wyrzuty sumienia.
Gdy pomyślał, że to nie tylko on ma problemy, ale i on również je miał. Aż podskoczył, kiedy usłyszał za sobą radosny, męski głos wymawiający jego imię, którego za żadne skarby się wcale nie spodziewał. Odwrócił się i ujrzał go, jak do niego podchodzi, z uśmiechem wypisanym na twarzy, ale po chwili zdał sobie sprawę, że głos mu się nie zgadzał.
A co za tym idzie, nie mógł to być Baekhyun, ale widać był aż za bardzo przewrażliwiony. Przez moment serce podeszło mu do gardła, bo myślał, że to jego ojciec. Co wcale nie było dziwne, zważywszy, że od dłuższego czasu on ciągle go nachodził i nie dawał mu ani chwili spokoju, więc reagował mocniej niż normalnie. Nogi same Jisung'a prowadziły do przodu. Do czasu, kiedy usłyszał rozmowy innych członków Gildii, które bardzo go zainteresowały.
A to dlatego, że dotyczyły one Chenle, którego od samego rana nie widział. Podejrzewał, że musiało to mieć związek z jego ojcem, który zapewne ciągle siedział mu na głowie. Więc wcale się nie dziwił, że musiał się gdzieś przed nim schować. Jednak nie spodziewał się tego, że właśnie w takim miejscu go zobaczy! Nic dziwnego, że zawołał go po imieniu.
── Chenle, tutaj jesteś! ── krzyknął po chwili w jego kierunku Jisung, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, jak on na nie zareaguje, kiedy zbliżał się do niego, zauważył, jak podskoczył z wrażenia, nim odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył, kto do niego mówił.
── Coś czuję, że mój ojciec nieco przesadził... ── pomyślał po chwili Jisung, wzdychając przy tym głęboko.
A teraz stał już przy nim, spoglądając się na niego z troską wypisaną na twarzy. A Chenle te słowa, spuścił głowę z rozczarowaniem. Miał pewnie nadzieję, że będzie inaczej, ale przeliczył się pod tym względem. Już miał coś powiedzieć, lecz nie było mu dane. A tylko, gdyż ujrzał WinWin'a szarżującego na nich wraz z jego wynalazkiem pędzącym na czele, który (jak znał życie) znowu mu nawalił.
Inaczej teraz by go nie gonił, tego był w stu procentach, pewny. Teraz Chenle był już zupełnie pewny, że obecnie wolał gadanie jego ojca. Niż to coś, co się do nich właśnie zbliżało w zatrważającej prędkości. Co było o wiele bardziej niebezpieczne, niż jego własny ojciec, który po prostu się o Jisung'a martwił. Taka właśnie była prawda i nie bo sensu niczego do tego dopowiadać.
── Lepiej weźmy nogi za pas, jeśli nam życie miłe ── zwrócił się do Jisung'a po chwili Chenle.
── Po co? ── spytał Jisung, lekko skołowany nie wiedząc o, co mu tak właściwie chodzi.
Dlatego przez chwilę Jisung, nie rozumiał zupełnie o, co mu właściwie chodziło. A tym bardziej, czemu mają nagle brać nogi za pas, jeśli im życie miłe. Dopiero gdy spojrzał się, w tym samym kierunku co on zrozumiał o, co mu właściwie chodziło. Kiedy wypowiadał te słowa, a głos mu lekko drżał.
W życiu bym nie przypuszczał, że w takim miejscu trafi na tamtego zbzikowanego wynalazcę. A, któremu jak dotąd nie zabrano nie wiedzieć czemu, licencji na tworzenie tych robotów. Bo jak na jego miejscu, już dawno by mu ją zabrał i nigdy więcej nie oddał, tego był pewny.
── Uwaga! Z drogi! ── wrzeszczał WinWin, próbując złapać bezskutecznie robota, który z gracją baletnicy umykał mu wielkimi susami sprzed nosa.
A on biedny, nie był w stanie za nim nadążyć. Chociaż próbował, jak tylko mógł, lecz robot był od niego szybszy i zwinniejszy. WinWin doskonale zdawał sobie sprawę, że mu się ponownie dostanie, za to, że wypuścił go ze swojego warsztatu. Jednak im bardziej się starał, aby więcej żaden mu nie uciekł.
Tym częściej, jak na złość mu z niego uciekały, a on musiał je gonić, aby je wyłączyć. Co graniczyło z kompletnym cudem, aby tego dokonać. Jednego był pewny, one musiały robić to specjalnie, bo jak inaczej to mógł wyjaśnić? On sam miał już dość tych ciągłych gonitw, ale innego wyboru nie miał.
Wraz z WinWin'em, Jisung i Chenle puścili się biegiem i zasuwali prawie jak na miotłach, aby tylko ten robot ich nie dopadł. Nie będąc pewnymi czy on przypadkiem zaraz nie wybuchnie. Jak na złość uczepił się Jisung'a i Chenle dwójki i nie chciał zostawić ich w spokoju.
Z boku musiało wyglądać to komediowo, ale im do śmiechu wcale nie było. Odprawiając, taniec świętego wita, połączony z przeskakiwaniem przez przeszkody napotkane po drodze, wyglądali, jak para szaleńców. Nie mówiąc, że Jisung jeszcze miał odpowiednie ciuchy do akrobacji.
W porównaniu z Chenle, którym miał na sobie długą szatę aż do ziemi. Cały czas, jedynie modlił się, aby tylko mu się nie zaplątała między nogami, bo wtedy byłaby kompletna katastrofa. A tego wolał Jisung jednak uniknąć. Kątem oka widzieli, jak ludzie się na nich gapią, ale nic nie mogliśmy na to poradzić.
Miał ochotę ukatrupić WinWin'a za to wszystko, ale musiał z tym poczekać do czasu rozprawienia się z jego durnym robotem, który wziął ich za wrogów numer jeden. Robili uniki godne cheerleaderek, kiedy ich atakował. W tym czasie zapewne WinWin próbował go wyłączyć, lecz jak widać bezskutecznie.
Brakowało im tylko pomponów, aby skwitować to, co wyprawiali przed samym budynkiem Gildii na oczach wszystkich gości. W końcu ujrzeli przed sobą fontannę i nie mając innego wyboru, skoczyli susem prosto do niej, zarazem łapiąc po drodze powietrze do ust i zatykając palcami nos. Słychać było jedynie chlupot, kiedy wpadli w wodę. Jisung nie wiedział kiedy i jak, ale wyczarował im rurki, przez które mogli oddychać.
Czekając, tylko aby to paskudztwo zostawiło ich w świętym spokoju. To była jedyna opcja, jaka im teraz pozostała. W pewnej chwili usłyszeli potężny wybuch, który spowodował potężny podmuch wiatru, lecz nie mieli zielonego pojęcia, co go spowodowało. Bo nadal ukrywali się pod wodą, nie wychylając z niej nosa na powierzchnię. A to dlatego, że obawiali się, że to coś nadal na nich pikowało. A co za tym idzie, wcale im do śmiechu z tego powodu nie było.
── Ile razy mam ci powtarzać, żebyś uważał, co konstruujesz! ── było słychać wściekły, męski głos.
Należący do nikogo innego, lecz samego Lucasa, który musiał zostać wybawiony ze swojego gabinetu odgłosami dochodzącymi zza okna. Jednak to Hyuna unicestwiła to durne urządzenie. Słychać było, jak oboje nieźle ochrzaniają WinWin'a. Dopiero wtedy Jisung i Chenle zdecydowali się na opuszczenie ich tymczasowej kryjówki.
Niemałe było zdziwienie Lucasa i Hyuny, kiedy ich zobaczyli. Wyłaniających się z fontanny, niczym jak jakieś duchy. Przemoczonych do suchej nitki, okraszonych liliami wodnymi. Z żabą siedzącą na głowie Chenle, kumkającej radośnie swoje żabie arie. A najlepszy był fakt, że makijaż całkowicie Jisung'owi się rozmazał i wyglądał piorunująco.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania