Poprzednie części:  Koszmarny Dzień — Rozdział 01

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Koszmarny Dzień — Rozdział 05

Tak czy inaczej, niczym ninja i szpieg w jednym szybko zaprowadził Chenle do jego pokoju. Dopiero jak Jisung zamknął drzwi pokoju za nimi. Mógł w pełni odetchnąć z ulgą. Teraz pozostało mi tylko pomyśleć, co ma teraz dalej robić. Na pewno nie miał zamiaru zostawić go nago. To nie wchodziło w grę. Chociaż to było nieco kuszące.

 

── Poczekaj chwilkę. Zaraz coś znajdę dla ciebie do ubrania ── spojrzał Jinsung się na niego z poważnym wyrazem twarzy, zaraz też „wskoczył" do swojej garderoby, by znaleźć coś, co będzie odpowiedniego rozmiaru, dopiero po kilku minutach przypomniał sobie o jednym zestawie, który okazał się dla niego sporo za duży, więc postanowił spróbować.

 

── Raz kozie śmierć... ── pomyślał Jisung, wyjmując różowy kombinezon, który miał wyhaftowanego królika z boku.

 

A na kapturze posiadał królicze uszy z króliczym ogonem na tyle. Przełknął głośno ślinę, bo już był pewien, że Chenle za cholerę nie zgodzi się, żeby to założyć. Jednak nic inszego nie posiadał na ten moment, w swoich zbiorach ubraniowych. Co nie napawało go optymizmem, ale innego wyboru pod tym względem nie miał.

 

── Ile jeszcze? ── usłyszał zirytowany głos Chenle, dobiegający z jego pokoju.

 

── Jeszcze moment, już idę! ── odpowiedział Jisung, z lekko drżącym tonem głosu, który chciał jak najbardziej ujarzmić.

 

Wychodząc ze swojej garderoby, niczym jakby miał iść na ścięcie. Przez chwilę Jisung nie chciał patrzeć mu prosto w oczy. A to dlatego, że zdawał sobie w pełni sprawę. Co on zaraz mu powie, jak zobaczy to, co obecnie trzymał w swoich rękach, maglując to niemiłosiernie w nich.

 

Jednak innego wyboru niestety nie miał. Gdyby miał, pewnie co innego to by teraz tego różowego kombinezonu nie miał. Tak czy inaczej, nie było mowy, aby mógł wcisnąć się w któreś z jego ubrań. Bo były po prostu na niego one były za małe. Nie ważne, jakby na nie, z której strony by patrzył. Nie było mowy, aby były na niego dobre, bo przecież był od niego niższy i drobniejszy.

 

Więc ubrania, były dostosowane do jego wzrostu, a nie do jego. A co za tym idzie, nie było mowy, aby na niego pasowały. Może jeszcze by ciuchy Hyuny, ale na pewno nie jego, tego był pewny. Westchnął tylko cicho, zdając sobie sprawę z tego, co zaraz się zacznie. Jak tylko pokaże mu, co dla niego przygotował. A na pewno nie było to coś, co by mu pasowało.

 

── Znalazłem coś, ale nie wiem, czy będziesz chciał to założyć... To jest jedyne, które może być w odpowiednim rozmiarze dla ciebie ── powiedział Jisung, blednąc i robiąc się czerwony na zmianę.

 

Co musiało dość podejrzanie wyglądać, ale tak się niestety teraz czuł, że miał ochotę zemdleć, aby tylko nie musieć widzieć jego reakcji. Serce waliło mu tak głośno, że zapewne bez problemu mógłby je usłyszeć. Chenle spojrzał się tylko na niego tym piorunującym wzrokiem i miną, którą tak dobrze znał. A która do tej pory przyprawiała go przerażenie.

 

Podczas tego, jak pieczołowicie chował ten kombinezon za swoimi plecami. A ręce zaczęły mu się pocić z nerwów do kompletu. Z jednej strony, chciał mu już to mu dać, z drugiej strony, jednak wahał się, aby tego jednak nie robił. Nazbyt dobrze wiedział, jak bardzo nie tolerował koloru różowego. A co za tym idzie, powinien sobie już przygotowywać dla siebie grób, bo bez bitwy się nie obędzie.

 

── Nie zdecyduję, dopóki mi tego nie pokażesz ── oznajmił po chwili Chenle, dalej mu się uparcie przyglądając.

 

Nie mogąc zrozumieć jego dziwnego zachowania, które nie bardzo mu jednak pasowało. A co za tym idzie, coraz bardziej miała ochotę własnoręcznie wyrwać to mu z rąk, aby się temu przyjrzeć. W końcu Jisung, nie mając innego wyboru, wyciągnął zza swoich pleców różowy, króliczy kombinezon i pokazał mu go. Modląc się w duchu, aby go nie ukatrupił na miejscu za niego.

 

Sam przecież poprosił go o pomoc, więc teraz nie powinien odrzucać jego pomocy. Z powodu głupiego różowego kombinezonu, z króliczymi uszami i ogonem, który mu właśnie miał zamiar wręczyć do jego rąk własnych. Tak, jakby mu było po drodze, robienie mu tego na złe, jeśli tak sądził. Dlatego postanowił rzucić się do kontrataku słownego, aby nie myślał, że się tak łatwo podda.

 

── To tylko na tę chwilę, abyś mógł w spokoju dotrzeć do siebie ── próbował się Jisung bronić, bo tylko to mu pozostało.

 

A przecież bez walki nie mógł się poddać. Na chwilę, w pokoju zapanowała zupełna cisza. A atmosfera stała się o wiele gęściejsza niż była na samym początku. Po jego zachowaniu wywnioskował, że miał ochotę coś mu powiedzieć. Ale chyba mu się odwidziało i ugryzł się w język, aby tych słów na głos nie wypowiedzieć.

 

Chenle walczył ze sobą samym, bo wcale mu się nie uśmiechało zakładanie go na siebie. Jednak z drugiej strony, nieświecenie nagim kroczem na oczach Jisung'a było również lepszym rozwiązaniem. W końcu nie wytrzymał, bo jednak musiał cokolwiek na jego słowa odpowiedzieć.

 

── Nie ma mowy! Nie założę tego! Nie ma żadnej opcji! ── powiedział nagle Chenle, odsuwając się od niego, jak najdalej mógł.

 

── Założysz i koniec, kropka! ── oznajmił Jisung na jego słowa, zbliżając się z miną psychopaty w jego kierunku, nie mając zamiaru mu ot, tak odpuścić, tego był w stu procentach, pewny.

 

── Po moim trupie! ── skwitował Chenle, nie mając zamiaru zrobić z siebie klauna i pośmiewiska na całą Gildię, tak jakby ktokolwiek go miał, poza Jisung'iem w nim zobaczył.

 

── Jeśli myślisz, że ci odpuszczę, to się kochaniutki pomyliłeś i to mocno! ── warknął Jisung, zachowując się niczym swój własny ojciec, kiedy był wkurzony.

 

Tak też rozpoczęła się jego gonitwa po pokoju za Chenle, która wyglądała dość dwuznacznie. Ale Jisung miał to zupełnie w gdzieś i nie zwracał na to zupełnie uwagi. W końcu podstawił mu nogę i wyrżnął się na puszysty różowy dywan, rozkładając się jak żaba na nim. Z triumfalnym uśmiechem na twarzy Jisung unieruchomił go, aby mu już więcej nie uciekł.

 

Chociaż jak wiadomo, Chenle za żadne skarby nie miał zamiaru leżeć grzecznie na dywanie. Zaraz też zabrał się za zakładanie kombinezonu. Trochę to trwało, bo szamotał się niemiłosiernie. Jakby co najmniej walczył o swoje życie, które jakoby miał mu zaraz odebrać. Teraz to już na serio przesadzał i coraz bardziej zaczynał go irytować.

 

── Przestań wierzgać, bo to ci nic nie pomoże! Masz jakąś awersję do różu, czy co?! ── huknął na niego Jisung już porządnie wyprowadzony z równowagi.

 

── A nawet jeśli, to co? ── wydyszał Chenle, rozeźlony, nie zdając sobie sprawy z tego, co właśnie powiedział.

 

── Masz do wyboru dwie opcje. Pierwsza to grzecznie założysz ten kombinezon i dam ci spokój. Druga, jak go nie założysz, to się do ciebie dobiorę, bo taki apetyczny jesteś! A więc słucham, którą opcję w takim razie wybierasz? ── dając mu ostatnie Jisung ultimatum, aby mógł zdecydować, co mu bardziej odpowiada.

 

A oczy błyszczały mu niebezpiecznym blaskiem. Błyszczały mu tak samo, jak jego ojcu jak się wkurzył. Więc widok zapewne był piorunujący, ale i niebezpieczny. Chociaż nie zdawał sobie z tego faktu sprawy. Bo nie robił tego wcale specjalnie ani nie naśladował swojego ojca.

 

Teraz dla Jisung'a liczyło się tylko to, aby wpasować go w ten durny kombinezon. Międzyczasie, powoli zaczynając wędrować dłonią po jego nagim ciele. Dając mu do zrozumienia, że jeśli tego nie zrobi, to może tego gorzko pożałować. Czego na tę chwilę jednak nie planował, ale to była jego wina, a nie jego.

 

Ktoś z boku, by powiedziałby, że Jisung postradał zmysły. Wciskając dorosłego mężczyznę, w ten ociekający słodyczą kombinezon. W końcu zrezygnowany Chenle założył do końca kombinezon. Bo nie miał zamiaru skończyć jako ten na dole, w tak nieodpowiednim momencie.

 

Chociaż wcale mu się to nie podobało i modlił się w duchu, aby nikt go nie zobaczył tak ubranego. Doskonale wiedząc, że pozostali Strażnicy Mistrzyni Gildii, ani jej Zastępczyni, nie zostawią tego tak łatwo i będą się z niego nabijać przez dłuższy okres. A tego na serio chciał uniknąć, ale z drugiej jednak strony wolał to, niż aby widzieli go zupełnie nagiego.

 

Chowającego się po ciemnych zakamarkach korytarzy niczym jakiś zboczony upiór. Czyhający na niewinnych wędrujących, tychże cudnym pałacowym korytarzem. Przez tę całą walkę stracili zupełnie rachubę czasu i Jisung nie wiedział kiedy, ale zasnęli przytuleni do siebie.

 

Tylko dlatego, że wymęczyła ich bitwa o durny kombinezon. Gdyby go nie powstrzymywał rękami i nogami. Tak by się pewnie nie skończyło, a co za tym idzie, mógłby bez problemu Chenle udać się do siebie. Tego był w stu procentach, pewny, ale jak widać, wolał walkę z nim, aniżeli myśleć racjonalne.

 

Tak czy inaczej, teraz było już za późno i miał Jisung zupełnie gdzieś co powiedzą inni. Bo jakby kto nie patrzył, on i sam również Chenle doskonale wiedzieli, co się tutaj tak właściwie w sumie stało naprawdę. Nie wspominając o tym, że Jisung był zmuszony wysuszyć włosy Chenle, jego własną suszarką, co nie napawało go zbytnio optymizmem.

 

Nim się spostrzegli, zasnęli snem kamiennym, z którego nawet strzał z armaty, by ich tak łatwo nie wybudził. A co dopiero rozzłoszczony ojciec Jisung'a, który na pewno wpadłby w szał, gdyby ich teraz razem zobaczył. Na szczęście do tego jak do tej chwili nie doszło, co było im mocno na rękę. Jednak nie znaczyło, że wcześniej czy później i tak do tego pewnie dojdzie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania