Poprzednie części:  Koszmarny Dzień — Rozdział 01

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Koszmarny Dzień — Rozdział 04

Nie mówiąc już, że miał zamiar obedrzeć WinWin'a ze skóry. Poślizgnął się, chcąc go dorwać i gdyby nie Chenle pewnie leżałby jak długi z twarzą w wodzie. Mimo że był to środek dnia, zaczęło się robić ciemno. A wokół wkurwionego Chenle pojawiła się znajoma aura i ogniki.

 

Wziął go na ręce i tylko wysyczał do ucha WinWin'a, mijając go: „Teraz ci się udało, ale następnym razem oberwiesz!". Kiedy dotarli, cali przemoczeni do Gildii. Wszyscy, których mijali, pytali się ich, co się stało. Najbardziej bał się reakcji jego ojca. Jednak teraz to nie było, prawdę mówiąc, ważne. Po tym, jak został odeskortowany do jego pokoju.

 

Ogarnął się i przebrał i zmył makijaż. Wziął też gorącą kąpiel na wszelki wypadek. Słychać było, jak jego ojciec zrobił raban, ale szczęśliwie Hyuna wszystko mu wyjaśniła i obyło się bez większego dramatu. A WinWin na miesiąc dostał szlaban na konstruowanie czegokolwiek w swoim warsztacie. Pod tym względem Jisung był w stu procentach, zadowolony. Chociaż wolałby, aby dostał dożywotni zakaz.

 

***

 

Obiad minął bez zakłóceń, lecz coś mu podpowiadało, że to nie koniec atrakcji jak na ten dzień. Chociaż nie powinien jeszcze nic mówić, bo ten dzień jeszcze się nie skończył. A co za tym idzie, wszystko jeszcze było możliwe. Co wcale nie poprawiało mu humoru, ale jak wiadomo, musiał trzymać rękę na pulsie, ale jednego był pewny, najgorsze już miał za sobą.

 

Pierwszy raz w życiu czyhał na niego robot terminator. Jak z tych filmów SCI-FI, co mu wcale się nie podobało, tego był w stu procentach, pewny. Słońce zachodziło za horyzont, kiedy Chenle wreszcie uspokoił się zupełnie. Tak mało brakowało od jeszcze większej destrukcji, niż tej, którą by zrobiło urządzenie WinWin'a.

 

Nadal pamiętał ten incydent sprzed lat, tak jakby wydarzył się co najmniej wczoraj. Jednak teraz było inaczej, miał Jisung'a, więc nie musiał już się tak bardzo o to martwić. Chociaż nadal gdzieś w głębi siebie bał się, że to wydarzy się ponownie. Po kolacji udał się w stronę łazienki, aby wziąć porządny prysznic.

 

Kiedy do niej dotarł, zdjął ubranie z siebie i wszedł pod prysznic zupełnie nagi. Ustawiając, temperaturę wody, na odpowiednią, bo przecież zimnego prysznica brać się nie będzie. Westchnął cicho, kiedy woda dotknęła jego gołej skóry. Spuścił głowę, opierając dłoń o ścianę kabiny. Odgarnął swoje długie włosy do tyłu, które opadły mu na twarz.

 

Spoglądając pustym wzrokiem, w przestrzeń przed sobą. Krew krążyła w jego żyłach szybciej za każdym razem, gdy tylko o nim pomyślał. A obiecał sobie, że nigdy więcej nie będzie przez to przechodził. Zrezygnowany, zajął się swoim przyrodzeniem, bo inaczej by się nie uspokoił.

 

Cichy jęk spełnienia rozległ się po łazience, lecz został zagłuszony przez płynącą wodę. W tym momencie nienawidził siebie jak nigdy dotąd wcześniej. Jak mógł coś tak obrzydliwego (w jego mniemaniu) robić, rozmyślając o Jisung'u. Jego ojciec, jak nic by go ukatrupił, gdyby się o tym dowiedział, co on wyprawiał.

 

Kiedy o nim myślał, lecz nic na to poradzić nie mógł, tak bardzo go pragnął, że aż to było żałosne. Westchnął cicho i wyszedł z kabiny, wycierając się puchatym, różowym ręcznikiem. Chciał wysuszyć włosy, lecz okazało się, że suszarki nie ma na swoim miejscu, tak jakby rozpłynęła się w powietrzu. To już było nieco dziwnie, bo jak dobrze pamiętał, kładł ją w tym samym miejscu co zawsze.

 

Zaraz też ręcznik, którym przed chwilą się wycierał, wyparował również niczym, jak kamfora. A co za tym idzie, to już było ponad jego siły. A nie miał bladego pojęcia, kto byłby tak pokręcony, żeby mu takie numery robić. Jednak zdawał sobie sprawę, że w tym miejscu wszystko było możliwe, ale wiedział jedno, że Gildia nie była nawiedzona. Więc to musiała być sprawka kogoś żywego, tylko w takim razie kogo?

 

── Co jest, do cholery?! ── rzekł do siebie Chenle, kiedy zorientował się, że szlafrok i ręczniki również zniknęły i nie ma po nich ani jednego śladu.

 

Skołowany nie wiedział, co ma już, do diabła zrobić. A tym bardziej, w jaki sposób dotrze do swojego pokoju, nie mając się czym zasłonić. Przemykał niczym szpieg z krainy deszczowców, chowając się w ciemnych zakamarkach Gildii. Do czasu, gdy ujrzał zadowolonego Jisung'a, wracającego z kolacji.

 

Podążającego w kierunku swojego pokoju. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że nadejdzie ten dzień. A raczej jak teraz noc, że nie będzie nie miał innego wyboru, tylko poprosić go o pomoc. A tylko nic nieświadomy chłopak, będzie ostatnią deską dla niego ratunku.

 

Chociaż tego prawdę mówiąc, nie planował wcale. Wcale mu się to nie podobało, lecz nie mógł przecież tkwić goły w takim miejscu. Wcześniej, czy później ktoś inny go nakryje. A wtedy będzie porządna chryja, że się chowa w zakamarkach, aby kogoś zaatakować, bo taki jest zdesperowany.

 

Na samą myśl, aż mu się niedobrze zrobiło. Zważywszy, że już widział, jak jego ojciec dostaje szału. A Chenle dobrze wiedział, że lepiej nie wkurzać go. Bo wtedy staje się nieobliczalny, a pod tym względem przebija nawet lidera strażników. A jego trudno przebić, pod tym względem prawdę mówiąc.

 

Chociaż lepiej byłoby żadnego z nich nie wkurzać. Po zjedzeniu kolacji i pożegnaniu się Jisung opuścił jadalnię, aby skierować się do swojego pokoju. Do czasu, gdy światła w korytarzu zaczęły mrugać i gasnąć, aby zapalić się co chwilę ponownie. Nie wiedział, co się dzieje, więc włączył mu się tryb przetrwania.

 

Skradając się na palcach, brnął dalej, chociaż miał zamiar wziąć nogi za pas i poszukać Ojca lub Hyuny. Cienie na ścianach i podłodze odprawiały dziwne tańce. Miał tego już prawdę mówiąc, porządnie dość. Bał się jak cholera, bo nie wiedział, z czym ma do czynienia.

 

Nagle poczuł na sobie czyjś wzrok, ale nie był w stanie dociec, do kogo on należał. Dreszcze przeszły mu po całym jego ciele, kiedy na to wszystko spoglądał. A, które za żadne skarby nie chciały go zostawić w świętym spokoju. Próbował dociec, kto mu się tak mocno przygląda, ale nie był w stanie niczego dojrzeć.

 

A im bardziej się rozglądał, tym bardziej światło było wysysane przez coraz bardziej otaczającą go ciemność, niczym jak woal. Nim cokolwiek zrobił, poczuł jak ktoś go łapie i zasłania usta, wciągając w zupełną otchłań. Chciał Jisung wrzeszczeć, ale to nie pomagało. Więc jedyną opcją, jaką miał było szamotanie się i próba wyrwania się z uścisków tego czegoś.

 

A i to było poniekąd nie do wykonania. Bo taką krzepę to coś miało, że pierwszy raz miał z czymś takim do czynienia. Jednak tak czy inaczej, musiał coś zrobić, bo przecież nie mógł temu czemuś na więcej pozwolić, tego był w stu procentach, pewny. Jednak jak miał to zrobić, jak nawet nie wiedział, z czym ma do czynienia? Co wcale nie upraszczało jego położenia.

 

── Nie wrzeszcz! Nic ci nie zrobię. Wybacz, że cię wystraszyłem, ale nie miałem wyboru! ── usłyszał Jisung znajomy głos w ciemności, a zajęło mu trochę czasu, nim zorientował się, kim ta osoba była.

 

── Chenle, czyś ty już zupełnie postradał zmysły?! Prawie na zawał zszedłem przez ciebie! Co się stało? ── pisnął Jisung po tym, jak go uwolnił i doszedł do siebie, po tym, co się stało.

 

Niedługo po tym, odwrócił się w jego kierunku i spojrzał się na niego. Automatycznie zamierając, a głos uwiązł mu w gardle z wrażenia. A to dlatego, że stał przed nim. Ociekający nieco wodą. Kompletnie nagi, a po jego zachowaniu wywnioskował, że był niezbyt zadowolony z tego faktu.

 

Dopiero po chwili, dotarło do niego, że otaksował go od góry do dołu. Nie mogąc oderwać wzroku, od jego seksownego, umięśnionego ciała. A jego wzrok, utknął na dolnej części jego ciała. Zatrzymał się na jego przyrodzeniu, na którego widok, nieco się speszył.

 

── Jak już pewnie zauważyłeś, jakiś idiota zrobił mi paskudny kawał i nie mogę wrócić do swojego pokoju. W takiej formie jak widać. Podejrzewam, kto to mógłby być, ale nie jestem w stu procentach. Czy to na pewno tak osoba... A najgorsze jest to, że twój pokój jest najbliżej, więc będę wdzięczny za pomoc, pod tym względem ── odparł Chenle, zaczynając się nieco trząść z zimna.

 

Gdzie się on do diabła patrzy?! Karcąc się w myślach Jisung, prawie nie słuchając tego, co on mówił do niego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że musiał się powstrzymywać od rzucenia się i dobrania do niego. A to wcale proste nie było, zważywszy, że nie miał zupełnie niczego na sobie.

 

Więc miał ułatwioną sprawę i nie musiał z niego ściągać ubrań. Nie miał nawet bladego pojęcia, jak bardzo on Jisung'a teraz kusił, ale musiał myśleć racjonalnie i nie pozwolić, aby jego żądze z nim wygrały. Bo to nie było dobre miejsce, na takie rzeczy, jakie teraz zaczęły przemykać mu po głowie.

 

── Zaraz coś wymyślę ── wystawił Jisung głowę z ciemności, rozglądając się czy nikogo nie ma na korytarzu i czy droga jest wolna.

 

── Dobra, tylko szybko! ── dodał po chwili Jisung, nie widząc żadnej przeszkody na drodze.

 

Będąc mocno zdeterminowany, aby mu pomóc. Wiedział, że Chenle nie ma innego wyjścia i prawdę mówiąc. Pewnie nie przewidywał, że będzie zmuszony prosić o pomoc właśnie jego. Znowu zrobiło Jisung'owi się zimno, na myśl, co zrobiłby ojciec, gdyby tylko zobaczył go w takiej sytuacji.

Następne części:  Koszmarny Dzień — Rozdział 05

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania