Poprzednie częściKRES - Rozdział 1

KRES - Rozdział 8

– Rozgość się, proszę.

 

Bredo wskazał okryte haftowaną narzutą łóżko, na pierwszy rzut oka wyglądające na łoże małżeńskie, po bliższych oględzinach okazujące się niczym innym, jak rozbudowaną wersją jedynki. Tyle miejsca, ile zajmował obszerny mebel, starczyłoby dla trzech łóżek Lary. Przepych rezydencji męczył ją do tego stopnia, że nie potrafiła porządnie zebrać myśli, a na jej skroniach zbierały się drobne kropelki potu. Ile progów by tutaj nie przekroczyła, ile razy nie odwiedziłaby dysfunkcyjnej rodziny kapitana, tyle razy na widok fikuśnej strojności, wzbierała w niej gotująca się krew. Przepych - nawet u Breda wylewał się spomiędzy wszechobecnych hobbistycznych drobiazgów i psuł przyjemną atmosferę przytulności, jaka próbowała przebić się w pokoju dzięki wypełniającym go dziełom sztuki, żywym roślinom i rozłożonym przy bajecznym wezgłowiu poduszkom. Atmosferze szkodził również brak światła. Ciężkie kotary, podobne do tych bawialnianych, zwieszały się przed oknami, pomyślanymi tak, aby wpuszczać jak najwięcej ciepła i naturalnego światła. Nie dało się ukryć, że Bredo był typowym mrukiem, lubującym się przebywaniem we własnym towarzystwie, we własnej ciemnej gawrze, wraz z własnymi myślami.

 

– Mógłbyś tu od czasu do czasu przewietrzyć, poodsłaniać te kurtyny – mówiła, sadowiąc się na grubym materacu. – Już w twojej pracowni było duszno i śmierdziało farbą, ale tutaj prawie nie da się oddychać. Jak w jaskini trolla. Gdybym teraz rzuciła siekierą, pewnie zawisłaby w powietrzu.

 

– Nie żebym był uszczypliwy, ale nie wspominam twojego mieszkania jako miejsca będącego wzorem ładu i porządku. – Odgryzł się, udając, że układa już ułożone książki na wąskiej etażerce, a w rzeczywistości speszony obecnością Lary w jego sypialni. – Że już nie wspomnę o bukietach zapachowych – dodał.

 

Lara wydęła policzki i złączyła kolana. Bezwiednie bowiem rozkraczyła nogi niczym chłop jadący na kobyle. Zapomniała, że nie jest u siebie. Zapomniała też, w jakich warunkach przywitała ostatnio swojego gospodarza. Nie odezwała się, urażona wyraźnym przytykiem.

 

Jeśli chciał, potrafił odpowiedzieć wyjątkowo ciętą ripostą, która bodła bardziej, niż mogłaby przypuszczać. Nie lada zaskoczenie, zwłaszcza że odczytanie charakteru starszego z braci nie należało do czynności prostych. Samodzielne odkrycie, jakim tak naprawdę jest człowiekiem, wydawało się niemal nieosiągalne. Raz był taki, raz zupełnie inny. Niby pustelnik chowający się przed ludźmi, ale w jej towarzystwie najwyraźniej całkiem nieźle się bawił i potrafił prowadzić przyzwoity, błyskotliwy i na swój sposób zabawny dialog. Zupełnie tak, jakby z jednej strony lubił towarzystwo ludzi, z drugiej świadomie się od nich odcinał. Niemniej pamiętała również o jego wybuchowej stronie, zaprezentowanej bardzo obrazowo, niemal scenicznie, podczas pierwszego spotkania z Castonami.

 

– Mogę? – zagaiła, po części, by ukryć chwilowe zażenowanie, wytkniętym jej warunkom mieszkaniowym. Po części z potrzeby zaczerpnięcia świeżego powietrza. Źle czuła się w tym budynku.

 

Wstała, obeszła Breda i odsłoniła zasłony, zalewając pokój ciepłymi promieniami słońca. Z perspektywy osoby stojącej tuż przed umytymi na błysk szybami, okna wyglądały jak szklane drzwi. Miały takie same klamki, z tym że tylko od wewnętrznej strony. Nie pytając o pozwolenie, nacisnęła na jedną z nich, uchylając masywne okno na pełną szerokość. Mimo że powietrze na zewnątrz trwało w bezruchu, do wnętrza wtargnął świeży podmuch.

 

– Od razu lepiej – zaopiniowała, odwracając się uśmiechnięta do gospodarza. Nie chciała dać po sobie poznać, ile z tego, co wcześniej powiedział, wzięła do siebie.

 

– Zaraz zleci się tu całe robactwo z okolicy – podsumował jej szlachetny czyn z niepewnym wyrazem twarzy. Rozejrzał się nawet niespokojnie po pomieszczeniu, jakby lada moment miał pojawić się w nim rój bzyczących insektów.

 

Lara tymczasem, niewzruszona jego zachowaniem, lekceważąco zajęła wybrany wcześniej skrawek łóżka.

 

– Chyba trochę przesadzasz – stwierdziła chłodno. – Nie mów mi, że siedzenie w półmroku, w zawiesinie własnych oddechów i cholera wie czego jeszcze, sprawia ci przyjemność. Planujesz przemienić się tutaj w jakiś rodzaj demona, czy co?

 

– Nie tak to chyba działa. – Uniósł brwi. – Nie wydaje mi się również, żeby było to w ogóle możliwe.

 

– Nie tak działa, co? – dopytała, bo skupiła się akurat na wiszącym naprzeciwko, pejzażu, na widoku dzikich łąk zamkniętym pomiędzy dwoma ośnieżonymi szczytami.

 

– Przemiana w demona. Poza tym, tutaj tylko śpię i czytam. Większość dnia spędzam w pracowni.

 

– Mhm, bo tam jest dużo lepiej – zakpiła, wracając do niego wzrokiem. Ich spojrzenia na moment się spotkały. Przez cały ten czas musiał ją obserwować, bo w tym momencie prędko odwrócił wzrok ku zupełnie losowemu miejscu. – Poza dostępem dziennego światła i odmiennym bukietem zapachowym, oba pokoje praktycznie niczym się nie różnią – kontynuowała mimo wszystko. Mimo zaintrygowania reakcjami mężczyzny na jej osobę. – W holu poczułam, że macie dziś na obiad zasmażaną kapustę. Wiesz, jakie po tym ma się gazy? – Teraz znowu się na nią popatrzył. – Gdybym przyszła tutaj w porze wieczorowej, całkiem możliwe, że wynieśliby mnie stąd nogami do przodu.

 

– Domniemywam, że efekty działania zasmażanej kapusty znasz z własnego doświadczenia... Bo wyglądasz mi na ekspertkę w tymże temacie. – Uśmiechnął się szelmowsko, zadowolony z trafnej riposty. W końcu poczuł się pewniej.

 

W odpowiedzi otrzymał jednak spojrzenie tak zimne, że w sekundę mogłoby przeobrazić człowieka w bryłę lodu.

 

– Bogowie, Laryieno! Dobrze, już dobrze, zrozumiałem. Wyleciała mi z głowy twoja butna zuchwałość i zaskakująca bezpośredniość. Doprawdy... – Pokręcił głową zrezygnowany.

 

Podciągnął się na kulach i przekuśtykał przez środek pokoju, by zająć miejsce obok kompletnie nieporuszonej własną prostolinijnością kobiety, tak, że musiała teraz przekręcać szyję, aby móc z nim rozmawiać. Nie zaoponowała, gdy zajmował miejsce tuż przy niej, opierając kule o rzeźbiony przód łóżka, dając tym samym odpocząć zmęczonym rękom. Pochylił się, oparłszy łokcie na kolanach i splótł palce, nerwowo bawiąc się kciukami. Patrzył się w ziemię.

 

– Jestem, jaki jestem – zaczął niepewnie. – Lepiej mi, kiedy odcinam się od świata, ale wezmę sobie do serca zasugerowane wskazówki... Skoro tak ci na tym zależy.

 

– Nie powiedziałam, że mi zależy – żachnęła się natychmiast, choć połowa z tego, co usłyszała, brzmiała oczywiście całkiem żartobliwie.

 

– W porządku. – Przeciągnął się groteskowo. Jego garb, to jak Bredo był zbudowany, nie pozwalało mu swobodnie się wyprostować. – Mimo wszystko jestem rad, bo bądź co bądź, troska jest jakimś sposobem okazywania sympatii.

 

– Nie dopowiadaj sobie, Castone. Jestem tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że obiecałeś mi pomoc. Co prawda nic nie idzie dotąd po mojej myśli – przyznała szczerze – ale nie znaczy to, że powinieneś o tym zapominać. – Jej ton był karcący i oschły.

 

Strzepnęła z kolan nieistniejący paproch, zdumiona własną otwartością. Czuła, że Bredo żartobliwym tonem próbuje nieco rozładować atmosferę, ale nijak nie umiała się do niego dostosować ani rozluźnić. Rozdrażnienie kumulowało się w niej od wielu dni i nie potrafiła wyrzucić go z głowy. Wooley dodatkowo przypominało jej o wszystkich koszmarnych problemach, jakie miała.

 

– Przynajmniej jesteś szczera. – Nie omieszkał tymczasem zauważyć, zamiast przejść do kontrataku, który ona prawdopodobnie zastosowałaby po podobnej wymianie zdań. – Mogę służyć ci informacją i ewentualnie wspomóc finansowo – zaproponował.

 

– Skoro mowa o szczerości... Liczyłam na coś więcej niż informacje i pieniądze. – Zmieniony, nieco roszczeniowy ton zmusił rozmówcę, by intensywniej na nią popatrzył. – Wspaniale, że pławicie się tutaj w luksusach, ale nie znaczy to, że ja należę do ubogiego pospólstwa, które litościwie wspomaga się garścią miedzi dla złudnego spokoju własnego sumienia. Żyję tak, jak żyję nie dlatego, że jestem biedna, ale dlatego, że tak właśnie mi się podoba – wybuchła nieoczekiwanie.

 

Nie chodziło nawet o to, co powiedział Bredo. Chodziło o ten dom, o jego rodzinę, o chorobę małej dziewczynki, o niespełnione marzenia, o to wszystko, co gromadziło się w niej od rozmowy z rodzicami.

 

Bredo westchnął bezradnie.

 

– Dlaczego wszystko bierzesz zaraz do siebie?

 

– Bo się na mnie uwzięliście! Twoja rodzina się uwzięła. – Poprawiła się. – Żadna normalna kobieta nie wytrzymałaby w tym domu nawet jednego dnia... Ale twój ojciec ma na mnie haka i doskonale wie, że w przeciwieństwie do innych kobiet, nie mogę odmówić. Doprowadza mnie to do szału, przez co nie panuję ani nad sobą, ani nad swoimi emocjami. Jestem jak jajko wrzucone do wzburzonego oceanu. Raz nad wodą, raz pod jej powierzchnią, wstrząsana w środku ze wszystkich stron, drażniona przez gryzącą sól.

 

– Przepraszam – odparł krótko, nie wiedząc, jak inaczej mógłby zareagować.

 

– Na dodatek bez względu na to, czego bym nie powiedziała, ty odnosisz się do mnie z tą swoją irytującą uprzejmością. – Poskarżyła się. Nie rozumiała bowiem, dlaczego Bredo zachowywał się wobec niej w ten sposób. Nie rozumiała też, skąd nagle wziął się u niej ten słowotok. Wystraszyła się, bo nie potrafiła przestać mówić. – Nawet obrazić mnie porządnie nie umiesz. Zamiast tego rzucasz dowcipnymi aluzjami i delikatnymi przytykami na prawo i lewo. – Złapała głębszy oddech, bo aż zabrakło jej tchu. W jej głowie naprawdę działo się coś niedobrego. Lada moment mogła wpaść w histerię. – Przepraszam. Zaraz się uspokoję. – Spróbowała siłą przestawić umysł na racjonalne „ja". Oddychała rytmicznie. Skupiła się na wciąganiu i wypuszczaniu powietrza.

 

– Napijesz się czegoś? Mogę zadzwonić...

 

– Widzisz?! O tym właśnie mówię! – krzyknęła, niegotowa, by opanować nerwy.

 

– To czego oczekujesz?! – Bredo też się zdenerwował. Podniósł głos. Brzmiał inaczej. – Mam być taki jak mój ojciec?... A może taki jak Gyles?

 

– Nie – odpowiedziała pośpiesznie.

 

– To jaki mam być? Jak mam ci pomóc? Jak z tobą rozmawiać? Co mam mówić, żeby do ciebie dotrzeć? – mówił jednym ciągiem.

 

Poczuła drżenie dolnej wargi, zwiastujące koniec walki z Bredem i samą sobą.

 

– Nie wiem. – Z bezsilności schowała twarz w dłoniach.

 

Nie była wcale twarda. Nie potrafiła być. Znowu pomimo chęci i wielu postanowień, pogubiła się we wszystkim.

 

Gdy zaszlochała cicho, Bredo położył jej dłoń na ramieniu. Nigdy dotąd nie pozwoliła sobie płakać przed obcymi. Po prawdzie nie płakała jeszcze przed nikim, ale tym razem nie potrafiła się powstrzymać.

 

Bredo widząc, jak wstrząsają nią coraz silniejsze dreszcze, jak coraz głośniej zanosi się płaczem, wsunął rękę głębiej za jej plecy i bardzo delikatnie, obawiając się oporu z jej strony, przyciągnął ją do swojej piersi. Przechyliła się ku Castonowi niczym szmaciana lalka. Podkuliwszy dłonie pod brodą, przycisnęła twarz do szerokiej piersi. Mimo że zdawała sobie sprawę, jak bardzo Bredo był spięty, pomiędzy kciuki a palce wskazujące chwyciła chciwie skrawki jego koszuli. Bez skrępowania pozwoliła się objąć, czując, że jego gest był bardzo uważny i wyważony. Zapach męskich perfum zajmował umysł i uspokajał. Tak bardzo tego potrzebowała. Nie miała przecież nikogo, kto byłby dla niej oparciem. Nie chciała zaprzątać nerwów przyjaciółki swoimi problemami. Sybil miała własne, dużo większe zmartwienia. Poza nią nie zostawał jej kompletnie nikt, kto mógłby okazać szczere wsparcie. Jakiekolwiek wsparcie. Miłe słowa otuchy rzucane przez matkę nie wystarczały, skoro ta i tak postępowała zgodnie z wolą ojca. Czyżby Bredo, praktycznie obcy mężczyzna, jeden z Castonów, mógł okazać się wyczekiwaną latami podporą.

 

Nie znała dotąd Breda. Nie całkiem dosłownie. Tak na dobrą sprawę zapoznali się przecież kilka dni wstecz. W rzeczywistości jednak widywali się już jako dzieci. W pewnym sensie. W mętnych wspomnieniach widziała siebie, małą szczerbatą dziewczynkę w kucykach i falbaniastej sukience, bawiącą się pod murami garnizonu wraz z małym Gylesem. Widziała drugiego chłopca, siedzącego pod owymi murami, obserwującego ich dzikie popisy i niepoważne figle. Wiedziała, że to starszy brat Gylesa, znała nawet jego imię, ale sądziła, że nie bawił się z nimi, bo za nią nie przepadał, bo to wstyd, żeby taki duży chłopiec bawił się z dziewczynką. Tak również mówił jej Gyles. Zapobiegawczo więc nie wchodziła mu w drogę. Nieraz tylko pomachała na powitanie albo pożegnanie, nie zawsze licząc, że odmacha. Sporadycznie wręczyła mu zerwanego na łące kwiatka, aby trochę rozweselić jego wiecznie nachmurzone oblicze. Zdarzało się, że podzieliła się kawałkiem chleba z masłem, albo zerwanymi w sadzie czereśniami. To wszystko. Teraz, jako dorosła kobieta, zrozumiała, że nie bawił się z nią nie dlatego, że nie chciał, czy jej nie lubił. On po prostu nie mógł się bawić, nie będąc w stanie nadążyć za zdrowymi dziećmi.

 

– Przestałaś płakać...

 

Usłyszała.

 

– Skupiłam się na czymś innym – wymamrotała cicho, opierając czoło ponad mostkiem mężczyzny. Czuła się wykończona bezradnością i związanym z nią wybuchem.

 

Bredo bardzo łagodnie i chyba nie do końca świadomie wodził palcem po jej łopatce. Ani trochę nie przeszkadzało to Larze. Wręcz przeciwnie, było zaskakująco przyjemne.

 

– Na czym się skupiłaś?

 

– Niczym szczególnym – spąsowiała, czego na szczęście nie mógł zauważyć.

 

Zapadła ta specyficzna, niezręczna cisza, która lubi pojawiać się w najmniej oczekiwanych i pożądanych sytuacjach. Pewnie trwała od dawna, ale dopiero wracając do rzeczywistości, zdołała ją odnotować.

 

– Możemy jeszcze chwilę posiedzieć w ten sposób? – wyszeptała, aby przełamać kompletny brak dźwięków. Było jej niewygodnie, ale co z tego.

 

Przez moment milczał.

 

– Pewnie – odparł w końcu krótko.

 

Mimo wszystko odczuła silną potrzebę wyjaśnienia powodów nieoczekiwanej prośby.

 

– To nie tak, że chcę się przytulać czy coś – wypaliła głosem człowieka tłumaczącego się przed wymiarem sprawiedliwości.

 

A on ponownie odczekał, nim dał jej odpowiedź.

 

– Oczywiście... Rozumiem.

 

– Chodzi o to, że wyglądam okropnie, kiedy zaczynam ryczeć – dodała.

 

– Daj spokój. Nie może być aż tak źle.

 

– Poczekajmy po prostu, aż moja twarz wróci do normalności – poprosiła. – Nie chcę, żeby ktoś mnie taką oglądał.

 

Zaśmiał się niewesoło.

 

– Wiesz... Nie wydaje mi się, abym był osobą, przy której powinnaś obawiać się takich drobnostek. Uwierz mi, że na co dzień widuję rzeczy dużo gorsze niż czyjaś zapłakana twarz. Wystarczy, że spojrzę w lustro.

 

Nie odpowiedziała na tę bezlitosną szczerość. Miał przecież rację. Głupio było w ogóle się odezwać, wobec nietaktu, który popełniła.

 

– Bredo? – zagaiła kilka chwil później.

 

– Hm?

 

– Pomógłbyś mi dostać się do Pogranicza? – zapytała ostrożnie, wsłuchując się w ciche bicie serca.

 

– Pewnie – odparł bez zastanowienia.

 

Wyprostowała się. Nie dowierzając, szeroko otworzyła podpuchnięte powieki. Plecy zdrętwiały jej od nienaturalnej pozycji, w jakiej dotąd siedziała. Nogi, zabezpieczające ją przed spadnięciem z łóżka, od statycznego wysiłku zrobiły się jak z waty. Upadłaby, ale Bredo w porę złapał jej przedramiona. Wgapiła się w niego wielkimi oczami.

 

– Tak po prostu? – Nie dowierzała.

 

– To żaden problem, skoro i tak zamierzam się tam wybrać.

 

Zmarszczyła czoło. Była w końcu w stanie usiąść normalnie, bez wsparcia ze strony mężczyzny.

 

– I nie zapytasz mnie nawet, po co?

 

Wzruszył ramionami.

 

– A czy to ważne. To akurat coś, w czym bez problemu mogę ci pomóc. Sama mi powiesz, po co, jeśli uznasz, że powinienem wiedzieć. Jeśli nie... trudno.

 

– Bredo? – powiedziała, kierując wzrok na zielony ogród. Nie mogła dłużej unieść jego spojrzenia.

 

– Tak?

 

– Po co wybierasz się do Pogranicza?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania