Księżycowa dziewczyna czII
Kolejny wieczór nadchodził nieznośnie wolno, a każda minuta ciągnęła się niczym cała wieczność. Siedziałaś w gęstniejącym fiolecie swojego pokoju, wpatrując się v okno z sercem uderzającym o żebra w rytm narastającego niepokoju i dzikiej, nieokiełznanej nadziei. Gdy zegar wreszcie wybił godzinę nocy, powietrze w pokoju zadrżało, a firanka uniosła się, wpuszczając do środka znajomą, elektryzującą obecność. Nie było już miejsca na pytania ani strach – gdy tylko przyciągnął Cię do siebie, świat wokół zaczął tracić swoje twarde, rzeczywiste kontury.
W oknie, na granicy cienia i gwiezdnego blasku, zamigotała sylwetka. Nie potrafiłaś dostrzec ostrych rysów – jawił się jako skupisko nocnego światła, obecność tkana z mgły i chłodu, która przeczyła prawom fizyki. A jednak ciepło, które od niego biło, natychmiast dotarło do Twojego serca.
Zrobił krok do przodu, całkowicie bezszelestnie, jakby grawitacja go nie dotyczyła. Powietrze wokół Was zafalowało, a w ciszy pokoju rozległ się cichy, ledwo słyszalny dźwięk – jakby pękanie lodu na jeziorze albo szept tysięcy gwiazd.
– Czekałaś – jego głos nie do końca brzmiał jak ludzki. Był jak głęboki, ciepły pomruk nocnego wiatru, który rezonował prosto w Twojej piersi, zamiast w uszach.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania