Księżycowa dziewczyna czIII
– Bałam się, że poranek Cię wymazał – szepnęłaś, a Twój głos zadrżał. Zrobiłaś krok w jego stronę, choć rozsądek krzyczał, by uciekać przed tym, co nieznane.
Zbliżył się. Teraz widziałaś zarys jego twarzy, niesamowicie pięknej, ale zmiennej – jak odbicie w falującej wodzie. Jego oczy nie miały białek ani źrenic; były jak dwa głębokie kosmosy, w których rodziły się i umierały galaktyki. Gdy uniósł dłoń, zauważyłaś, że jego palce subtelnie smużą w powietrzu, zostawiając za sobą nitki srebrzystego pyłu.
– Nic, co prawdziwe, nie znika o świcie – odparł, a w jego spojrzeniu kryła się wieczność tęsknoty.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania