Poprzednie częściKu równości! #1 - Początek

Ku równości! #2 - Krok

— Nie, nie, nie! — Riya cofnęła się, przyparła się do ściany. — Nie m-ma mowy!

— Riya, córko… — Wout powoli zaczął się zbliżać w jej stronę — Uspokój się. Pogadajmy normalnie, bez krzyków.

Dziewczyna spojrzała na niego z wyrzutem. Nerwowo stukała palcem w deskę za sobą, rozglądała się, szukała jakiegoś wyjścia. Justa i Egida siedziały przy stole, obserwowały całą sytuację. Siostra, co było łatwe do przewidzenia, niezbyt przejęła się rewelacją obwieszczoną przez ojca, natomiast matka starała się zachować spokój, w ciszy wszystkiemu się przyglądała, choć po części rozumiała reakcję córki.

— Nie zbliżaj się… — Riya chwiejnym ruchem wskazała w stronę ojca, jakby mu groziła. — Myślałam, że się rozumiemy, a ty mi proponujesz coś takiego…

— Przecież to tylko propozycja — Wout starał się powstrzymywać swoje nerwy. — Wiesz dobrze, córko, że mi zawsze zależy na twoim dobrze. Słuchałaś mnie w ogóle? Możesz być szlachcianką, żyć w luksusach… Kochanie, ty też uważasz, że byłaby to rozsądna decyzja, prawda?

Wzrok głowy rodziny skierował się w stronę Justy. Wstała z krzesła, podeszła do córki. Ta się jednak przesunęła wzdłuż ściany, nie dawała się do siebie zbliżyć. W kącikach oczu Riyi zbierały się łzy – nie płakała, powstrzymywała się, nie mogła sobie pozwolić na taką słabość. Była roztrzęsiona, jej ruchy nie były płynne – nie wiedziała, co robić, trudno jej było się skoordynować.

— Nie chcę decydować za naszą córkę — powiedziała wreszcie Justa. — Nie naciskaj na nią, Woucie. Niech to przemyśli.

Riya spojrzała w stronę matki. Opamiętała się trochę, odkleiła się od ściany.

— Nie chciałem tego robić — przyznał Wout, odsunął się trochę. — Przepraszam, myślałem, że moja córka jest trochę dojrzalsza i nie będzie nam robić awantury…

Gniewał się. Tłumił to w sobie, ale czuł rozczarowanie. Lord mu zaufał, przyjął jego obietnicę, a tymczasem wszystko poszło, tak jak zawsze. Kochał córkę, ale nie mógł czasem przeboleć, że nie zawsze jest mu posłuszna, że rzadko kiedy podąża za wytyczonym tokiem myślenia, zachowania, nie przyjmuje pewnych ogólnych praw i zależności. Widział przecież w przeszłości, jak podobni jej, niepokorni i niezależni przepadali, nie mogąc się dostosować do społecznej hierarchii.

— Jestem dojrzała — powiedziała spokojnie Riya. — Mam swoją dumę i nie pozwolę, by ktoś decydował za mnie. Nie mogę sobie pozwolić na to, by być zależną od jakiegoś upośledzonego panicza!

Dziewczyna stała dumnie, łzy już jej ciekły po twarzy, ale nie była smutna – całe te zagubienie i szok już z niej uleciały. Patrzyła na rodziców z ogniem w oczach, z energią, z wiarą w swoje postanowienie, swój sposób życia.

— Zapytałem cię przecież o zdanie… — odrzekł Wout, nie chcąc odpuścić.

— Ale oczekiwałeś tylko jednej odpowiedzi, prawda? — odpowiedziała kąśliwie Riya. — Myślisz, że moje ideały są warte mniej niż fortuna lorda? Nie, ojcze. Moja wolność jest cenniejsza od dostatniego życia.

— Uuuuu — Egida obróciła się na krześle, patrzyła na trzy postacie stojące na środku pokoju. — Robi się gorąco…

— Ideały!? — wybuchnął Wout. — Żartujesz sobie. Masz siedemnaście lat, nic nie wiesz o życiu i mówisz mi, że kierujesz się „ideałami” z jakichś bajek. Absurd!

— Kochanie… — Justa podeszła do męża, złapała go za rękę.

— Być może jeszcze nic nie wiem o świecie, ale nikt mi nie wmówi, że to, w co wierzę jest bez sensu — odrzekła stanowczo Riya. — Rozumiem już ojcze, że chcesz bym była szczęśliwa, ale coś takiego nie zapewni mi radości. Tylko moja własna ścieżka – wolność i niezależność mogą mnie uszczęśliwić!

Na krótką chwilę zapadła cisza. Wszyscy się rozglądali po sobie, Riya z pewnym niepokojem wyczekiwała solidnej reprymendy, ale nic takiego nie nastąpiło. Justa szepnęła coś na ucho mężowi, ten jednak tylko wbił wzrok w podłogę i złapał się za głowę.

— No nie wierzę — wyszeptał pod nosem. — Na Miautatesa, jesteś absolutnie nie do zrozumienia.

Wyrwał rękę z uścisku żony, powolnym krokiem podszedł do Riyi, która szczerzyła się jak głupia, choć jeszcze chwilę temu była całkowicie spanikowana i wystraszona jak zwierzę. Położył ciężką dłoń na jej barku okrytym tkaniną sukni.

— Dobrze, dobrze — powiedział delikatnym tonem. — Rozumiem, moja córka jest niezależna, sama podejmuje decyzje, jestem naprawdę dumny, naprawdę. Niech bogom będą dzięki za taką pierworodną…

— Ty tak na serio? — zapytała lekko zdezorientowana Riya.

— Oczywiście, że nie! — wydarł się niemalże koło jej ucha.

Wziął dłoń, usiadł przy stole, spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na Egidę, która sennie mrugała oczyma.

— Egido kochana, a może ty? — zapytał najmilej jak potrafił. — Tobie by pasowało dworskie życie… Lubisz przecież te sprawy. Miałabyś złota pod dostatkiem i mogłabyś całe dnie spać i służba by cię we wszystkim wyręczała.

— Za stary jest — odrzekła bez zastanowienia.

— Że Bveren? — zdziwił się Wout. — Jak on ma tylko dwadzieścia… ten, no…

— Nie w moim typie. Za brzydki — dorzuciła po chwili Egida.

— Przecież nie widziałaś go nigdy, skarbie — wtrąciła się Justa.

— Jakbym zobaczyła, to bym wzrok postradała. Za brzydki. Wiem to — wyrzekła z kamienną twarzą.

Wout głośno westchnął, jego głowa z hukiem opadła na stół. Poddał się. Stracił wszelkie siły i cierpliwość. Jego dzieci, duma życia, największe osiągnięcie – dobiły go, zgniotły. Już nawet nie Riya, ale Egida. Spokojna, poukładana, posłuszna Egida – nawet ona nie zechciała przyjąć propozycji życia w luksusie.

— Idźcie już spać, dziewczynki — Justa podeszła do męża, podniosła mu głowę. — Nic ci nie jest?

— Masz rację, niech idą spać — odrzekł cichym, łamiącym się głosem. — Zaklinam się na bogów, że jeszcze chwila tej niedorzeczności i dołączę do dziadka Stefanusa, tam, pod drugiej stronie…

— Słyszałyście, dziewczynki… — Justa spojrzała w stronę córek. — Idźcie już do pokoju, ja się zajmę ojcem.

Tak więc Riya odeszła do swego azylu w atmosferze całkowitego zwycięstwa. No, może to lekka przesada, ale chyba nigdy wcześniej nie czuła tak wielkiej satysfakcji po wygraniu jakiejś dyskusji. W zasadzie nie wygraniu, a po doprowadzeniu do remisu po wykończeniu drugiej strony, ale według niej nadal się to liczyło jak sukces. Egida aż tak się tym nie przejmowała, w gruncie rzeczy zwrócono się do niej w akcie desperacji, więc nie miała czym się martwić. Ostatecznie obie siostry dość szybko położyły się do swoich łóżek i nie zajmując się zbędną dyskusją szykowały się do snu.

Była pełnia, do pokoju wpadało wiele białego światła. Riya wychyliła się na chwilę, zwróciła się w stronę okna, by zerknąć na księżyc, na gwiazdy, które jaśniały na granatowym niebie. „Dusze bohaterów, niczym niebiańskie światła tlą się na bezkresie wieczności górującej nad światem” – takie właśnie noce były dobre, by przypominać sobie cytaty z legend, frazesy, które kierują życiem. Riya nigdy nie miała książek, nie umiała pisać, ale potrafiła zapamiętywać, z uwagą wsłuchiwała się w przekazywane przez matkę historie. Powtarzała je sobie wielokrotnie, często spędzała wieczory porządkując zdania w myślach. Wszystko po to, by przetwarzać, przyjmować, kierować się czynami bohaterów dawnych czasów. Kiedyś, jak sobie wielokrotnie obiecywała, gdy już nauczy się pisać i czytać, spisze to wszystko, albo przynajmniej znajdzie jakiś gotowy egzemplarz. Jednak to marzenie, tak jak praktycznie wszystkie jej pragnienia, wykraczało daleko poza Mirsk, poza dom rodzinny, poza to, co mogą jej zapewnić rodzice. Owszem, na jej obecnym etapie to tylko gdybanie, nierozsądne myśli nastolatki, ale czuła, że moment realizacji kiedyś nadejdzie. Czuła, że będzie kiedyś w stanie zrobić duży krok do przodu, porzucić wszystko za sobą i iść do przodu.

— Riya, śpisz? — Drzwi, choć niezamknięte, uchyliły się lekko i wyłoniła się zza nich znajoma sylwetka. — Możemy porozmawiać?

Dziewczyna wstała z łóżka, usiadła na nim, szepnęła, że „tak, jasne”.

— Wiedziałam, że Egida już będzie spać… — Justa usiadła obok Riyi naprzeciw łóżka młodszej córki. — Nadal nie wiem jak ona to robi. Magia po prostu.

— Dla mnie to już normalka — odparła Riya. — Jesteśmy jak ogień i woda bądź co bądź.

— Tak, to prawda — Uśmiechnęła się Justa, choć nie było tego zbyt dobrze widać w ciemności. — Wierzę, że właśnie tak to się układa w życiu. Jeśli masz dwójkę dzieci – muszą być różne. Tak chcą bogowie.

— To ten, chciałaś sprawdzić co u mnie, tak?

— Tak, oczywiście — Justa odgarnęła opadające jej na czoło brązowe, kręcone włosy. — Dzisiejszy wieczór był naprawdę intensywny…

— Jak się trzyma ojciec? — zapytała Riya, próbując ukryć troskę w głosie.

— Zasnął od razu — odrzekła miło Justa. — On chyba najgorzej to przeżył.

— Zawiódł mnie — westchnęła. — Po prostu się poczułam, jakby mnie zdradzono, jakby w ogóle mnie nie znał i nie wiedział, że ja…

— Rozumiem — Matka objęła córkę. — Wiesz, nigdy ci o tym nie mówiłam, ale mój dom jest daleko stąd…

— To znaczy? — Riya spojrzała na rodzicielkę, na jej schyloną głowę.

— Uciekłam z domu — przyznała spokojnym głosem. — Miałam wyjść za kogoś, nie miałam wyboru jak ty, więc się wyrwałam. Żyłabym pewnie w nędzy, całkowicie zapomniana, gdyby nie łut szczęścia. Twój ojciec, Wout… on dał mi drugie życie.

— To… — Riya zastanowiła się przez chwilę, zwróciła wzrok ku gwiazdom — było bardzo odważne, mamo. I ciężkie. Nie dziwię się, że nie chciałaś o tym mówić...

— Jeszcze parę lat temu żałowałam tej decyzji — odsunęła się troszkę, spojrzała na córkę. — Wstyd mi za to, ale wracałam myślami do przeszłości, chciałam zrobić krok do tyłu, liczyć na powrót do dawnych lat…

— Ale nie zrobiłaś tego.

— Dzięki wam — odrzekła Justa, zerknęła jeszcze na chrapiącą Egidę. — Dzięki tobie, córko. Twoja wytrwałość, miłość… Nie mogłabym tak po prostu cię zostawić, by wrócić tam, gdzie już nie ma dla mnie szczęścia.

— Jejku — powiedziała Riya, analizując słowa matki. — Nigdy bym nie sądziła, że miałaś tak burzliwe życie. Jesteś przecież taka spokojna, matko, opanowana… Ale taka ucieczka to zupełnie…

— Jak ty — Uśmiechnęła się Justa. — Przejrzałam cię. Widziałam dzisiaj, że już wyrastasz z naszej małej wsi, rodziny. Chcesz odlecieć, ale „klatka świata za ciasna jest dla kobiety mężniejszej od rycerza”.

— Mamo… — odrzekła Riya, nie ukrywając wzruszenia. — Ja wcale nie, ja nie mogę…

— Możesz — Matka położyła dłoń na jej barku. — Wiedziałam, że źle cię będzie do tego namawiać, ale sumienie by mnie gryzło, gdybyś w końcu odeszła, nie mogąc mi tego powiedzieć.

— Czemu to akceptujesz? — zapytała Riya. Zaciskała dłoń na kołdrze, jej ręka drżała. — Wiesz przecież, że to niebezpieczne i…

— Ja też wierzę w legendę Iris — przerwała jej Justa. — Wiem, że będziesz miała ciężko, ale nic więcej nie mogę ci dać. Zawsze możesz wrócić, poddać się, ale czy odmówiłabyś ojcu, gdybyś naprawdę tego chciała? Jestem twoją matką, wiem równie dobrze jak ty, że twoje marzenia umrą, jeśli nie pójdziesz dalej.

— Tylko co mam robić? — Riya starała się mówić cicho, choć chciało jej się krzyczeć. — Masz mnie. Myślałam o tym. Ale gdzie mam pójść? Co wziąć? Jak sobie poradzę?

— Vruna. Pamiętasz? Niedaleko stąd, za Ciemnym Lasem. Tam będziesz mogła zacząć. Jeśli wyjdziecie teraz, powinniście trafić tam o poranku.

— Powinnyśmy?

— Egidę też weź — Justa ponownie się uśmiechnęła. — Jej też to na dobre wyjdzie, a za leniwa jest, by sama się ruszyć.

— Mowy nie ma! — odrzekła stanowczo Riya. — I co mam ją nieść przez całą drogę? Przecież się nie zgodzi na coś takiego.

— Lekka jest, dasz radę.

— Hej! — Riya próbowała protestować.

— Poczekaj chwilę. Przyniosę rzeczy na drogę.

I poszła. Riya zaś wstała, podeszła do drugiego łóżka i zaczęła rozumieć, że wzięcie Egidy to nie jest wcale taki głupi pomysł. W worek jej nie zapakuje, jeszcze by się oplątała w swoje roszpunkowe włosy, ale wziąć ją w ramiona… to się może udać.

— Proszę — Matka wręczyła Riyi dobrze związany, lniany worek przewiązany sznurkiem, który można zawiesić sobie swobodnie na barku.

— Co ty tam upchnęłaś? — zapytała dziewczyna, łapiąc zawiniątko i ostrożnie przenosząc je z jednej dłoni do drugiej.

— Jest mapa, trochę prowiantu — wszystko, żeby przeżyć noc i kawałek następnego dnia, póki nic nie wykombinujecie.

— Widzę, że jesteś specjalistką w tych dziedzinach — odrzekła ironicznie Riya. — Dobrze, że się nie rozbierałam. Mogę wyjść od razu.

Trudno jej było w to uwierzyć, ale faktycznie to robiła. Opuszczała dom, w końcu robiła ten pierwszy, mityczny krok ku osiągnięciu swoich celów. Co prawda miała ze sobą zbędny balast, ale to tylko szczegół. Z drugiej strony Egida to ogarnięta osoba, więc jeśli się nie obrazi na nią do końca życia może być pożytek z jej towarzystwa.

— Ciężka… — Riya podniosła w końcu śpiącą siostrę. Tak zwany chwyt małżeński – widziała kiedyś w wiosce, jak ktoś tak niósł przyszłą żonę do prowizorycznego ołtarza.

— Chyba dam radę — powiedziała z ledwo widocznym trudem przekraczając próg pokoju z Egidą w ramionach i pakunkiem na plecach.

Chrapanie ojca roznosiło się po domu, Justa już czekała przy otwartych drzwiach, by po raz ostatni pożegnać córkę. Riya szła powoli, zupełnie tak, jakby celebrowała każdy z kroków stawianych jeszcze w granicach domu. To było trudne, ale wiedziała, że tego chce. Musiała stawić czoła swojemu dotychczasowemu życiu. Musiała zaakceptować wszystko i wszystko porzucić. Taka była jej wola, jej pomysł – dążyła do tego od kiedy pierwszy raz usłyszała o Iris Białej Lilii.

— Wiem, że to nagłe… — powiedziała Justa, obejmując córkę. — To bardzo trudne dla mnie pomagać ci w czymś takim, ale taka wola bogów. Chcę, żebyś była szczęśliwa.

— Mamo… — Riya uroniła łezkę. — Obiecuję, że jeszcze tu wrócę. Czegokolwiek bym nie osiągnęła, kimkolwiek bym się nie stała zawsze będę chciała raz jeszcze się z tobą spotkać.

Justa puściła ją, przesunęła się, poczekała w wejściu, aż Riya przejdzie parę kroków na zewnątrz. Słomiany kapelusz, znoszona suknia, którą zawsze podwijała, gdy pracowała na polu – jej córka wyglądała tak zwyczajnie jak zazwyczaj, lecz tym razem robiła coś dużo większego i ważniejszego niż codzienne obowiązki. Nawet Egida kołysząca się na jej ramionach sprawiała wrażenie ducha, który zaraz zniknie, by dosięgnąć nieba.

— Kocham cię — powiedziała Justa. — Bezpiecznej podróży!

Riya oddalała się coraz bardziej, nie było już jej dobrze słychać, ale zapewne odpowiedziała matce. Machała jeszcze na pożegnanie, aż znikła całkowicie za polem, tam, gdzie rosło jeszcze wysokie, nieścięte zboże. Justa wróciła do środka, zamknęła pokój córek po raz ostatni i wróciła do swojego łóżka, życząc sobie, by Wout zrozumiał rano, co się wydarzyło tej nocy.

***

 

Gdy tylko dziewczyna weszła do lasu przyśpieszyła kroku. Nigdy nie wierzyła w bajki o licznych stworach czających się w kniei, ale była na tyle rozsądna, by wiedzieć, że podróżowanie przez las nocą nie jest całkowicie bezpieczne. Trudno jej było oszacować jak daleko już odeszła od wioski, ale sił póki co jej starczyło, więc nie miała zamiaru się zatrzymywać. Wyglądając przez okno ciemność wydaje się być urokliwa, wypełniona blaskiem księżyca i gwiazd, ale wśród gęstwiny drzew, które niczym sklepienie odseparowują od nieba, zaczynasz rozumieć dlaczego ludzie chronią się we własnych konstrukcjach, przy blasku świec. Widoczność była słaba, Riya musiała liczyć na nieliczne przebłyski księżycowego światła i własną intuicję, by nie przewrócić się o korzeń lub nie uderzyć w pień lub gałąź. Co prawda poruszała się po wytoczonej, często uczęszczanej ścieżce, ale w całym tym mroku łatwo się zgubić, postradać trasę, dać się zwieść różnym dźwiękom, które, zdaje się, ciągle się zbliżają. Riya była obeznana w przyrodzie, miała z nią dużo kontaktu, więc potrafiła rozpoznać każde huknięcie sowy, trzepot skrzydeł nietoperza, czy też kwiki dzików będących gdzieś w oddali. Nie budziło to w niej strachu, a raczej dodawało pewnej otuchy, gdy już nie mogła całkowicie polegać na wzroku. Żywy, głośny las zawsze jest bezpieczniejszy, gdyż tylko cisza wskazuje na bestię, na strach, który toczy całą faunę.

Jeszcze zanim wyszła z domu zdążyła zerknąć na mapę. Droga jest prosta – wystarczy iść przed siebie, nigdzie nie skręcać. Gdzieś w połowie, jak wskazywał prowizoryczny rysunek, znajdowała się polana, gdzie można bezpiecznie odpocząć, nie bojąc się, że nagle coś cię zaskoczy. Egida co jakiś czas coś pomrukiwała, kręciła nosem, trochę się wierciła – widać było, że to kołysanie i chłód powoli przezwyciężają jej kamienny sen.

— Łaaa!

Korzeń. Zagapiła się, upadła, Egida zaliczyła twarde lądowanie. Riya szybko pozbierała się z ziemi, zerknęła szybko, czy nie uszkodziła sobie przypadkiem nogi. Siostra, co było oczywiste, leniwie podnosiła, masując obolałe plecy. Szok, jak się okazało, ustąpił bólowi i zanim w ogóle zaczęła się wypytywać, co się tu w ogóle dzieje, wyciągnęła rękę i obojętnie stwierdziła:

— Pomóż mi wstać, siostra.

Riya podała jej rękę i o głowę niższa dziewczyna w prostej, białej sukience wstała z gruntu. Zaczęła się rozglądać, obojętnym wzrokiem analizowała swoje położenie. Siostra, a przynajmniej tak to wyglądało z jej perspektywy, kiepsko udawała, że jest tak samo zdziwiona i zdezorientowana jak ona. Egida, zdając już sobie sprawę, że kompletnie nie wie, o co w tym chodzi, schyliła lekko głowę, chcąc ostatecznie uporządkować swoje myśli.

— Co to ma być!? — wykrzyknęła w końcu, niemalże podskakując w miejscu. — Gdzie jesteśmy!? Czemu JA tu jestem!? Co ty znowu wymyśliłaś!? — zbliżyła się do siostry, złapała ją za materiał na wysokość brzucha i zaczęła szarpać. — Riya, Riya, Riya! Mów! Odpowiadaj! Czemu…

— Ciii! — Riya przyłożyła siostrze palec do ust, a ta na chwilę zamilkła.

Wycie wilków. Na razie dość daleko. Ale zbliżają się. Była tego pewna.

— Co ty robisz!? — Egida odtrąciła palec. — Odpowiadaj, a nie…!

— Siedź cicho! — Riya schyliła się, przycisnęła siostrę, by ta też zbliżyła się do ziemi. — Wilki! Musimy się schować.

— Jakie wilki? — odpowiedziała, próbując wstać, ale siostra nadal trzymała ją za głowę. — Co ty robisz!? Puść mnie!

Za późno. Przed nimi. Jeden. Samotny. Pewnie zaraz przyjdzie reszta watahy. Ciemne, groźne ślepia. Ledwo widać w ciemności, ale był tam. Groźny, wygłodniały, szczerzący kły.

— Hej! Riya! Odezwij się! Co ty, kurde, robisz? Odbiło ci? Hej!

Nie mogła już nic powiedzieć. Ledwie wyfrunęła z gniazda, a już patrzyła śmierci w ślepia. Wilk zaczął się zbliżać…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Keraj 9 miesięcy temu
    Lubię wilki i wszystkie z nimi opowiadania, to ich dzikie spojrzenie. Z przyjemnością się czytało 5
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    Dzięki za komentarz
  • Keraj 9 miesięcy temu
    Czytałem 15 minut temu , sorry że dopiero teraz coś pisze
  • Shogun 9 miesięcy temu
    Cóż, akcja zaczęła się szybciej niż się spodziewałem, ale to dobrze :). Zobaczymy jak sobie poradzą z wilkiem/wilkami. Czekam na następny rozdział :D
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    No, nie chciałem rozwlekać sielanki. Dzięki za komentarz.
  • Dzisiaj jest dzień na odsłonę. Zrzućmy kurtynę i pokażmy swoje oblicze. Obok tytułu wpisujemy nic
  • illibro 9 miesięcy temu
    I zaczęła się akcja niczym akcja z "Biały kieł" Jacka Londona. Nie masz ochoty jakiejś książki na papierze zrobić, z okładką jakąś i numerem ISBN? Poczytałbym tego typu dzieła.

    Ps. "— Mamo… — Riya uroniła łezkę. — Obiecuję, że jeszcze tu wrócę. Czegokolwiek bym nie osiągnęła, kimkolwiek bym się nie stała zawsze będę raz jeszcze się z tobą spotkać."

    Tu chyba brakuje słowa jakiegoś
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    Ano racja - zabrakło słówka, więc poprawię...
    A do wydawania książek jeszcze mi daleko, także tego...
    Dzięki za komentarz

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania