Ku równości! #5 - Powrót

— Czego tu szukasz smarkulo?

Dwójka mężczyzn o szlachetnych rysach twarzy. Gniewny wzrok, zaczerwienione policzki, jeden z nich konwulsyjnie czkał. Odwaga nieco uleciała z Riyi, zdała sobie sprawę, że jej pierwszymi w życiu oponentami są ludzie, którzy mogą ją dotkliwie skrzywdzić. Troska o własne zdrowie była jednak niczym wobec jej chęci pokazania światu, że potrafi walczyć, że nie pozwoli, by krzywdzono innych na jej oczach. Wykonała krok do przodu, w zasadzie tupnęła chcąc niejako przestraszyć napastników i zadziornie rzuciła słomianym kapeluszem w dal, odsłaniając swe oblicze.

— Co zamierzaliście zrobić tej kobiecie? — rzekła donośnym, poważnym głosem.

— Głupie, hik, pytanie — odpowiedział czkający. — Wolne mamy, zabawiamy się, co nie?

— No jasne — odpowiedział wesoło drugi z nich zupełnie ignorując powagę zapytania Riyi.

Nie miała zamiaru gadać z tymi oblechami, ale liczyła trochę na reakcję przechodniów, których mogłaby zainteresować kłótnia. Czuła się pewnie, ale wbrew całej swojej porywczości chciała zachować jakąś rezerwę, znaleźć jakieś rozwiązanie, które by tak jej nie narażało. Kobieta nie wyglądała na przerażoną, ale zdecydowanie nie mogła odejść. Nadal jeden z nich trzymał ją za ramię, przygniatał do ściany. Nikt jednak nawet się na nich nie obejrzał. Ludzie wychodzili z karczmy, mijali ich o parę kroków, ale zdawało się, że usilnie odwracają wzrok. Riya czuła, że nie może tego przeciągać. Musiała działać nim będzie za późno.

— Puśćcie ją, bo skopię wam dupy! — wykrzyczała, chcąc sprawić wrażenie groźnej.

— Co zrobisz? — roześmiał się jeden z nich, chwiejący się blondyn. — Wracaj już dziewczynko do domu, a nie się pchasz do spraw dorosłych.

Czkający zawtórował mu szyderczym śmiechem i obu, jak się zdawało, tak to rozśmieszyło, że opuścili gardę, a przyciśnięta do ściany kobiety zdołała się wyślizgnąć z uchwytu i szybko uciekła, zostawiając zupełnie niezorientowanych w sytuacji napastników sam na sam z Riyą. Dziewczyna mogłaby teraz odpuścić, w końcu ofiara zdołała ujść bez szwanku i to w sumie dzięki niej, ale duma i gniew nie pozwalała jej zostawić tych dwóch śmiejących się gamoni w spokoju.

— Wymierzam wam karę w imię Iris Białej Lilii! — wykrzyczała biegnąc w stronę czkającego mężczyzny.

Trwało to ledwie parę sekund. Sprint, wyhamowanie, cios w szczękę. Upadł od razu, blondyn chciał zaatakować, ale Riya umknęła, zdołała w parę kroków znaleźć się za jego plecami i uderzyła nogą z całych sił. Opryszek przewrócił się na czkającego, obaj, przytłoczeni niespodziewanymi ciosami i ilością promili we krwi zdawali się być bezradni i niezdolni do podniesienia się z bruku. Riya jednak cały czas zostawała w gotowości, w bokserskim chodzie przeskakiwała lekko w miejscu z nogę na nogę. Opłaciło jej się to. Blondyn szybko się podniósł, nim jednak zdołał wyprowadzić jakąś kontrę potężny sierpowy w głowę ponownie wytrącił go z równowagi. Riya czuła się świetnie, adrenalina buzowała w jej organizmie, ulga, poczucie zwycięstwa przysłaniały tak błahą kwestię, jak „co będzie dalej?”. Odsunęła się nieco, cały czas miała na oku jęczących z bólu upojonych napastników, którzy niemrawo pełzali po chodniku, chcąc jeszcze wstać na równe nogi i najprawdopodobniej oddalić się ze wstydem.

— Ty nie wiesz, kurewko, kim jestem… — Wypluł z siebie blondyn, powoli się podnosząc. — Jak straż tu przyjdzie, to już po tobie.

Riya zupełnie się tym nie przejęła i z niespodziewanym luzem kopnęła klęczącego mężczyznę prosto w klatę, co po raz kolejny posłało go na deski.

Przechodzący ludzie nieco się zainteresowali bójką, lecz jedyne, co robili, to gratulowali jej wspaniałej walki. Dziewczyna czuła się co najmniej zdziwiona taką reakcją mieszkańców, lecz z drugiej strony napawało ją to dumą i aż miała ochotę krzyczeć z radości, celebrując swoją wygraną. „Nie wiem, o co chodzi, ale czuję się świetnie!” – pomyślała, dziękując pewnemu starcowi, który jako pierwszy wyszedł z tłumu i zwrócił się do niej z gratulacjami.

— Ten chuj też pójdzie do pierdla — wtrącił się czkający, siedząc grzecznie na bruku i nie mając już zamiaru dalej walczyć, pomimo tego, że w przeciwieństwie do swojego kolegi był jeszcze w całkiem dobrej formie.

Riya, nie okazując żadnej litości przegranemu, podeszła i wymierzyła szybkiego kopa w szerokie, pomarszczone czoło. Mężczyzna nawet się nie bronił, padł więc od ciosu i wydawało się, że póki co będzie siedział cicho. Riya zdążyła po tym odebrać kwiaty od zachwyconej jej postawą starej kobiety i odzyskać swój kapelusz, który przyniósł dla niej jakiś szczerbaty dzieciak, który uważnie obserwował jej heroiczną walkę. Zabawa i euforia zapewne trwała by w najlepsze, lecz wszystko przerwała interwencja korpusu poszukiwawczego, czyli Willa i Egidy, którzy nieźle się zmachali przechodząc praktycznie całą ulicę, by odnaleźć kapryśną zaginioną.

— A więc tu jesteś… — wyrzekł Will, patrząc na nią karcącym wzrokiem. — Żeby taką głupotę…

— Martwiłam się — weszła mu wpół zdania Egida.

— Nie przejmujcie się, ja tylko… — Riya miała już ochotę wszystko wytłumaczyć, lecz przerwał jej krzykliwy głos czkającego mężczyzny.

— Panie strażniku! Proszę, hik, aresztować to dziecko. Niech pan spojrzy — Podniósł się nieco i wskazał palcem na leżącego nieprzytomnie blondyna. — Zaatakowała nas. Wie pan kim jest mój towarzysz?

Pytanie było retoryczne, jednak Will pofatygował się i ignorując spojrzenie Riyi przyjrzał się poobijanej twarzy mężczyzny.

— Radny miasta, Christoff Wouzbauer…

— No właśnie — wyrzucił z gniewem mężczyzna. — To była napaść. Napaść, panie strażniku. Atak na polityka, radnego. Skandal, proszę, hik, pana. Niech pan działa. Ta kryminalistka musi zawisnąć!

„Zawisnąć” – te złowrogie słowo obiło się parę razy w myślach Riyi. Egida była równie zszokowana, złapała ją za dłoń, która niespodziewanie drżała z przerażenia. Wszystko runęło. Cała jej pewność siebie, radość, wiara w słuszność swoich czynów. Przegrała z immunitetem, prawem, któremu bezlitośnie był oddany Willa. Nie miała prawa już wierzyć, że ten obcy człowiek zaryzykuje dla niej, pozwoli, by rozsądek, przyzwoitość wzięła górę nad zasadami, dzięki którym zaszedł tak daleko.

Will milczał. Spuścił wzrok, powoli podszedł do Riyi.

— Ty tam! — wskazał na stojącego nieopodal starca. — Wezwij tu strażników, niech się zajmą panem Wouzbauerem i jego towarzyszem. Ty natomiast… — zawahał się przez chwilę, niechętnie wypowiedział dalsze słowa. — W imieniu świętych i niepodważalnych praw Republiki Wargonii aresztuję cię pod zarzutem napaści na urzędnika państwowego.

Złapał ją za nadgarstek, przysunął do siebie.

— Idziemy na posterunek — powiedział zimnym, nieprzyjemnym tonem.

— Dobrze, panie strażniku! Dobrze! — pokrzykiwał mężczyzna. — Niech dostanie to, na co zasłużyła!

Will spuścił głowę, przeszedł koło niego, Riya posłusznie szła za nim, nie dała się ciągnąć, nie opierała się. Egida po chwili ruszyła za nim, ze łzami w oczach przykleiła się do boku odzianego w kurtkę herbu Mew mężczyzny.

— Panie Will, co pan robi? — rzekła z desperacją w głosie. — Proszę ją zostawić, ona… Niech wyjaśni, proszę. Nie powinna być jeszcze karana. Ja nie…

— Spokojnie — wyszeptał. — Riya nie zawiśnie. Wyciągnę was z tego.

Riya najpewniej to usłyszała, lecz nie chciała sobie dawać nadziei. Wiedziała, że się wkopała w niezły burdel i nawet jeśli Will postara się, by uniknęła jej kara, to i tak wina będzie się dalej za nią ciągnąć. Gdyby to był zwykły człowiek, nie polityk, nie ktoś szlachetnej krwi… Dziewczyna, choć miała wcześniej tego świadomość, zdała sobie dobitnie sprawę, że bardziej od sprawiedliwości liczy się pozycja, a na szlachetne ideały nie ma miejsca w świecie praw i kar, które nie dotyczą wszystkich.

— To nieźle sobie poczynasz, siostro — rzuciła niespodziewanie Egida, chcąc nieco rozładować atmosferę, choć ją też przygniatał smutek i zdezorientowanie. — Wystarczy cię z oczu spuścić i już od razu bijesz możnych.

Riya mimowolnie się uśmiechnęła, doceniając wsparcie siostry. Miały rozpocząć nowe życie, a ona od razu sprowadziła na siebie i siostrę kłopoty. Być może tak ułożyło się przeznaczenie, lecz było to zdecydowanie zbyt okrutne, by wierzyć, że musiało tak to się potoczyć.

— Dziękuję — szepnęła Riya, łapiąc młodszą siostrę za rękę.

 

***

 

Posterunek okazał się być jedynie starą basztą, gdzie oprócz nich siedział jedynie sędziwy strażnik z długą, srebrną brodą uplecioną z wymyślne warkocze. Siostry zostały posadzone przy samym wejściu na niezbyt wygodnych, chwiejących się krzesłach, natomiast dorośli rozmawiali w kącie pomieszczenia, przy pochodni i stole pełnym jedzenia. Od grubych, ceglanych ścian było czuć chłód i wilgoć, podłoga była nierówna, twarda i pokryta w wielu miejscach jakimiś dziwnymi plamami. Zdecydowanie nie było tu zbyt komfortowo i trudno było sobie wyobrazić, szczególnie Egidzie, że wartownicy mogą przepracować w takim miejscu całą karierę. O ile jednak młodsza z sióstr, zapominając nieco o całej nieprzyjemnej sytuacji, skupiła się bardziej na otoczeniu, tak Riya niecierpliwie chwiała się na krześle, próbując podsłuchać rozmowy.

— Nie ma paszportu, nie możemy jej skazać.

— Za napaści mogą być wieszani nawet wieśniacy, nie uda się jej tak ułaskawić.

Dyskusja nie była zbyt dynamiczna, jednak w głosie Willa słychać było zaangażowanie, chęć znalezienia rozwiązania. Mówił, gestykulował, próbował znaleźć jakieś wyjście razem ze swoim rozmówcą. Riya nie za bardzo wiedziała, co czuć. Nie czuła na sobie żadnej winy, dobrze wiedziała, że postąpiła słusznie, lecz w przypadku Willa był to konflikt zasad z moralnością, sympatii z jednakowym traktowaniem, egzekwowaniem kar. Czuła, że tak naprawdę nie sprowadziła na siebie zagłady, lecz sprawiła kłopot człowiekowi, który ją uratował, który w tak krótkim czasie zrobił dla niej tyle dobrego. Owszem, cieszyła się, że uratowała tamtą kobietę, ukarała nadużywających swoich przywilejów urzędników, lecz przeklinała zarazem swą lekkomyślność, która sprawiła, że Will tak mocno się stara, tak bardzo ryzykuje swoją pozycję, by znów ją uratować.

— Panno Riyo, proszę podejść — zawołał ją sędziwy strażnik.

Dziewczyna nieśmiało podeszła, ustała koło siedzącego przy stole Willa, splotła palce, trzymając ręce wzdłuż ciała.

— Nazywasz się Riya, tak? — Starzec zmierzył ją wzrokiem. — Masz jakieś nazwisko, herb?

— Nie, proszę pana — powiedziała cicho, ze skruchą w głosie.

— Nie musisz tak formalnie, nie jestem już nawet oficjalnie strażnikiem — odrzekł, odchylając się nieco na krześle. — Skąd zatem pochodzisz?

— Z Mirska.

— Ach, z Mirska… — Strażnik pogłaskał swoją brodę. — Dawno mnie tam nie było. Ładna wioska, z tego co pamiętam… Rodzice. Jak się zwą twoi rodzice?

— Wout i Justa. Bez nazwisk — dodała po chwili.

— To oczywiste — Schylił się na chwilę, wyciągnął skądś, najpewniej z szuflady pod stołem, pergamin, kałamarz i pióro. — Siedemnaście lat, tak? — Kiwnęła głową w odpowiedzi. — Dobrze… — Zapisał coś na pergaminie. — Myślę, że już mam wszystko, co trzeba…

— Możemy wyruszać? — Wtrącił się w końcu Will, który z dziwnym dla siebie zniecierpliwieniem obserwował tę rozmowę.

— Tak, czym prędzej, tym lepiej… — Strażnik wstał, podpierając się dłońmi o blat. — Załatwię dla was powóz. Poczekajcie chwilę, niedługo wrócę.

Sędziwy mężczyzna powoli się oddalił, jeszcze przed wyjściem dał Egidzie cukierka (w takim wieku łatwo pomylić drobnej budowy nastolatki z dzieciakami) i pozostawił pechową trójkę w zatęchłej, zimnej baszcie.

— Gdzie jedziemy!? — Zapytała głośno Egida, słysząc wcześniej końcówkę rozmowy.

— Wracacie do domu — odrzekł tajemniczo Will.

 

***

 

Droga ponownie wiodła przez las. Jechali szybko, woźnica nie oszczędzał koni. Było popołudnie, słońca dawało się we znaki. Powóz był jednak dość przestronny i przewiewny – nadmierny gorąc siostrom nie groził. Czas podróży spędziły w niezręcznej ciszy. Riya wolałaby porozmawiać z Willem, dowiedzieć się, o co chodzi, co on planuje, ale jechał przed nimi, na swoim własnym koniu. „Wracamy, ale przynajmniej w luksusie” – mruknęła ironicznie Egida, starając się rozładować napięcie. Słowa te jednak nie rozpoczęły konwersacji i zagubiły się szybko gdzieś w miarowym stukocie kół. „Co ja powiem matce?” – zastanawiała się Riya, choć było to jedno z jej najmniejszych zmartwień. Nadal przecież nie uporządkowała swoich emocji, nie zrozumiała całkowicie swojej sytuacji. Przylgnęła leniwie do ściany powozu, wyglądała za małe okienko, szukając czegoś na czym mogłaby zawiesić oko, ale monotonia kolejnych mijanych drzew tylko ją usypiała. Była zagubiona, czuła się beznadziejne, po raz kolejny nie mogła nic zrobić ze swoim losem. Przez swoją porywczość skazała się na bezsilność i wolę innych. Chyba już tylko od Willa zależało jak potoczy się jej dalsza przygoda. Oczy jej się kleiły, powieki mimowolnie opadały, siedzenie zdawało się pochłaniać ciało. Przysnęła. Obudziła się już w domu, posadzona na krześle, kompletnie zdezorientowana i wkurzona…

— O, już się obudziła! — głos matki jako pierwszy skupił jej uwagę.

Siedzieli przy stole. Matka, ojciec naprzeciwko, Egida po lewo, a z prawej Will.

— Co tu się…? — zapytała Riya, próbując w jakiś sposób sobie wyjaśnić, co się wydarzyło, gdy ona sobie drzemała.

Matka uśmiechała się od ucha do ucha, ojciec siedział z założonymi rękoma, jakby zupełnie nie skupiony na toczącej się rozmowie, a Egida tylko spoglądała na siostrę z zwyczajnym dla niej obojętnym spojrzeniem.

— Pan Will właśnie nam opowiadał, jak na was wpadł… I o tym, co zrobiłaś w Vrunie — odrzekła spokojnym tonem Justa.

— Ja… — Riya poczuła się niezręcznie. — Przepraszam, nie chciałam…

— Nie, nie, nie — machnęła ręką matka. — Słusznie postąpiłaś. Pan Will też tak uważa.

— N-naprawdę? — odwróciła się w jego stronę.

— Nie do końca, ale wiem, co tobą kierowało — odrzekł uprzejmie. — Niemniej, to nie jest główny powód mojej wizyty tutaj. Pani Justo, Panie Wout — Will wstał, spojrzał poważnym wzrokiem na siedzących naprzeciwko niego. — Proszę mi powierzyć swoje córki. Tylko w ten sposób mogę umorzyć ich winę. Dam im dach nad głową, wezmę odpowiedzialność za wszelkie ich czyny, za waszą zgodą i za zgodą waszego pana postaram się, by zostały pełnoprawnymi obywatelkami i otrzymały paszporty upoważniające je do życia w mieście i podjęcia pracy, dzięki której, jak sądzę po ich czynach, spełnią swoje marzenia. Proszę was, ja, Will, syn Agada, o łaskę i zrozumienie. Ten incydent wynikł z moich działań, więc mym obowiązkiem jest wzięcie odpowiedzialności za życie Riyi i jej siostry.

W tamtej chwili Riya nie wiedziała, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko los sobie z niej zakpił. Ten człowiek, szlachcic herbu Mewy, stał dumnie przed parą prostych wieśniaków, błagając ich o podjęcie słusznej decyzji. Wszyscy byli zdziwieni, zszokowani. Nawet Egida wpatrywała się w tamtym momencie w Willa jak w niepoprawnego zbawcę, człowieka absurdalnego, który nadstawia karku w imię uprzejmości, cudzego życia. Ojciec wstał, wyszedł z pokoju, Justa, zbierając myśli, powiedziała w końcu:

— Rozumiem. Moja córka do tego doprowadziła… Ja naprawdę nie wiem, co powiedzieć panie Will. To trudna decyzja. I bolesna.

Emocje nieco opadły, zapanowała cisza, lecz Will nadal stał, a jego ręce niespodziewanie złożyły się w błagalny gest.

— Nie wierzę, że właśnie to robię, ale musicie mi zaufać. Tylko w ten sposób wasze córki…

— Hej, sama mnie przecież wypchnęłaś z domu! — Riya wstała, walnęła pięściami o stół. — Żadna tam trudna decyzja. Już ją przecież podjęłaś!

— Co!? — stłumione zapytanie Wouta dobiegło z sąsiedniego pokoju.

— Córko! — zaprotestowała matka. — Wiesz przecież, że to nie tak… Przecież… To był twój pomysł i…

— Mogłaś mi chociaż buty założyć jak spałam, mamusiu… — wtrąciła się Egida ironicznym tonem.

— Więc? — powiedział Will, siadając z powrotem na krześle i trochę nie wierząc w to, co właśnie usłyszał.

— Zaufam panu. Proszę się nimi zaopiekować — powiedziała, nieco niechętnie schylając głowę.

— A na pewno nie chcesz wyjść za Bverena? — Ojciec szybko wbiegł do pokoju.

— W życiu — odburknęła Riya. — Pan Will jest dobrym człowiekiem. Jestem gotowa, by został naszym… eee… opiekunem.

— Mogę do pana mówić „tatusiu”? — zapytała Egida, patrząc w jego stronę.

— Nie — odrzekł, uśmiechając się serdecznie.

Dalsza część tego specyficznego spotkania minęła dość sprawnie. Biedny Wout próbował jeszcze protestować, ale niewiele mógł już zdziałać. W międzyczasie Will wyjawił, że siostry zamieszkają u niego na strychu, a dokładniej w domu jego narzeczonej. Wobec tego zasadne stało się wzięcie ze sobą bagażu. Riya miała do zabrania jedynie dwie skromne suknie i parę butów, Egida natomiast miała nieco bardziej rozbudowaną garderobę, lecz nie zabrała ze sobą wszystkich swoich kreacji. „Nie wiem, może narzeczona ma jakieś stare ubrania, które mogłaby wam pożyczyć” – te słowa ostatecznie przekonały młodszą z sióstr do oddania się pod opiekę Willowi.

Wyruszyli niedługo potem. Egida skorzystała z okazji i ostatecznie pożegnała się z rodziną, Riya natomiast nie czuła się zobowiązana, by raz jeszcze obiecać matce, że spełni swoje marzenie, stanie się niezależna itd. Z ojcem natomiast wymieniła jeszcze parę słów na progu chaty. „Będziesz ze mnie dumny, tato” – rzuciła zamiast pożegnania. To była obietnica i pewne zobowiązanie. Na pewno nie miała już ochoty wracać do domu z podkulonym ogonem. Następnym razem jak wróci do Mirska będzie już kimś. Będzie już osobą, którą zawsze chciała się stać. Musiała wierzyć, że tak się stanie.

Wsiedli do powozu i odprowadzani przez wzrok wielu gapiów wyjechali ostatecznie z wioski i po raz kolejny skierowali się w stronę lasu.

— W co ja się wpakowałem… — westchnął pod nosem Will.

„Ciekawe jak zaopiekuje się nami tatuś?”, „Weź przestań tak go nazywać! To obleśne!” – jakby w odpowiedzi przeszedł mu koło uszu ten niezbyt dyskretny dialog.

Tak czy owak wszyscy zgodnie wiedzieli, że następne dni będą niezwykle interesujące. Głupie działanie Riyi ostatecznie niezwykle pogmatwało jej życiową sytuację i plany, ale z ulgą przyjęła do wiadomości, że jednak jej głowa jest bezpieczna. Była już naprawdę zmęczona i po całej tej plejadzie skrajnych emocji nie marzyła o niczym innym, jak o ciepłym, wygodnym łóżku.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Szpilka pół roku temu
    "Mężczyzna nawet się nie bronił, padł więc od ciosu i wydawało się, że póki co będzie siedział cicho."

    Warto "póki co" zastąpić innym wyrazem, bo to paskudny rusycyzm i potocyzm tępiony przez polonistów 😉

    "Riya zdążyła po tym odebrać kwiaty od zachwyconej jej postawą starej kobiety i odzyskać swój kapelusz, który przyniósł dla niej jakiś szczerbaty dzieciak, który uważnie obserwował jej heroiczną walkę. Zabawa i euforia zapewne trwała by w najlepsze,"

    Jedno "który" warto wyrzucić, cząstkę "by" z osobową formą czasownika piszemy razem.

    "te złowrogie słowo" - to złowrogie słowo, bo to rodzaj nijaki, łączy się z zaimkami - to, tamto, owo.

    "Posterunek okazał się być jedynie starą basztą," Od tego akapitu masz strasznie dużo "było" - pokombinuj coś, żeby powyrzucać, bo brzydko wygląda.

    Oj prawda, bardziej od sprawiedliwości liczy się pozycja, Riya miała pecha. O! Panie Buczybór, fajnie się czyta, a o to chyba chodzi, żeby czytelnik się nie nudził 😉
  • Pan Buczybór pół roku temu
    Dziękuję za komentarz :) Błędy poprawię wkrótce
  • illibro 2 miesiące temu
    Podoba mi się to otwarte zakończenie. Chyba, że to nie koniec:) Na początku tej części czułem się, jakbym był w jakiejś grze komputerowej typu Mortal Kombat.
    Dobrze się to czyta i ma to w sobie jakąś głębie. Całkiem dobrze wychowany ten Will
  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    weź, nie bierz mnie na sumienie... Koniec? W sumie tak. Póki jeszcze jestem nieogarniętym, pisarskim leniem, to koniec :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania