Ku równości! #4 - Miasto

Noc minęła nadspodziewanie szybko.

Promienie słońca wkradały się przez uchylone wejście do namiotu. Riya przewracała się właśnie na drugi bok, powoli się wybudzała, próbując otworzyć zamykające się wbrew woli oczy. Egida drzemała gdzieś obok, zupełnie niewzruszona rozkwitającym porankiem. Las się zmienił. Dziewczyna w końcu wstała, odrzuciła koc, wyjrzała na zewnątrz. Śpiew ptaków, mlecze rosnące wokół, trochę dalej jeszcze inne kwiaty, bluszcz i mech oplatający stare drzewa – wszystko to wyglądało żywo, przyjemnie, uspokajająco. Zapomniała już zupełnie o przerażającym obrazie poprzedniego dnia, wyszła na polanę, wzięła głęboki oddech, chłonęła całą sobą przychylną jej naturę. Willa, jak zauważyła, nie było nigdzie w pobliżu, ale uznała, że nie jest to powód do niepokoju – musiał się widocznie na chwilę oddalić w jakimś celu. Postanowiła, że póki nie wróci, sama się zajmie jednym z najżmudniejszych i najniewdzięczniejszych zajęć, które jest konieczne, by wyruszyć w dalszą drogę – budzeniem siostry.

— Wstawaj! — szarpnęła Egidą jak workiem ziemniaków. — Ranek już! Rusz się!

— Bez śniadania nie wstaję… — mruknęła pod nosem w odpowiedzi.

Klasyka. „Z nią tak zawsze…” – przemknęło przez głowę Riyi.

— Wiesz przecież, że jesteśmy, no, w lesie… Nie ma jeszcze śniadania — próbowała dyplomatycznie przemówić do rozsądku siostrze.

— To idź zrób — odrzekła z lekką irytacją, przewracając się na drugi bok. — Ja jeszcze chwilę… pośpię…

Beznadziejny przypadek lenistwa. Riya nie miała teraz ochoty na użeranie się z jej kaprysami. Wzruszyła ramionami i wyszła na zewnątrz. „Pana Willa jeszcze nie ma, więc może spróbuję jednak coś zrobić…” – pomyślała, rozglądając się po polanie, szukając czegoś, co można by zjeść.

Dużo roślin, krzaków, kwiatów, jednak w praktyce nic jadalnego. Warzywa same w sobie w lesie zazwyczaj nie rosną, na grzyby za wcześnie, a na króliki, czy zające nie nauczyła się nigdy polować. Za jagodami też latać się nie opłaca, bo łatwo się zgubić, nie znając okolicy. „Nie ma co jeść” – pomyślała ze zrezygnowaniem, siadając na ziemi przy wygasłym dawno ognisku.

— O, wcześnie wstałaś… — usłyszała po chwili znajomy głos dochodzący z prawej strony.

Wstała, wyszła na powitanie Willowi, który, jak sądziła, przyniósł ze sobą coś do jedzenia.

— Wi… Łaa!

Twarz jej się zaczerwieniła, odskoczyła do tyłu co najmniej tak, jakby nadepnęła na węża.

— Co, aż taki brzydki jestem? — zapytał Will, spoglądając na oddalająca się od niego Riyę. — Staram się dbać o formę. Widzisz? — wskazał na swój odsłonięty sześciopak. — Same mięśnie, nic strasznego.

— U-ubierz coś po prostu — starała się wyjść obronną ręką z tej krępującej sytuacji. — Zaskoczyłeś mnie, no…

— Wrażliwa z ciebie dziewczyna… — powiedział żartobliwie, przeszedł koło niej jakby gdyby nigdy nic.

— Tam jest jezioro — wskazał za siebie na ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. — Możesz się umyć jak chcesz.

Riya czuła, że zapadnie się pod ziemię. „To tylko obcy facet w gaciach, czemu ja…” – myślała, starając się opanować pobudzone myśli. Nigdy tak na coś nie zareagowała. Właściwie to zachowanie było zupełnie nie w jej stylu. Nowy bodziec, nowa reakcja – tak to można tłumaczyć, ale Riya nie mogła przecież tego zaakceptować. Czy ją naprawdę ruszają takie drobnostki? Cała ta gadanina, pewność siebie, dążenie do marzeń… w zderzeniu z rozedrganą duszą w obcym środowisku raczej nie mają szans. Jest tylko zagubioną dziewczyną, która wierzy w obietnice z legend – trudny fakt, ale w głowie Riyi ta myśl coraz szybciej się urzeczywistniała.

— Dzień dobry, panie Will — usłyszała za sobą głos siostry, która najwyraźniej właśnie się obudziła, akurat wtedy, gdy ich dobroczyńca wrócił do obozu.

— Dzień dobry… Egida, tak? — zapytał, łapiąc się za głowę.

— Tak, Egida — odrzekła z uśmiechem.

Zanim Riya zdążyła pozbierać resztki swej godności, odwrócić się i wrócić w pobliże namiotu było już po wszystkim. Opanowanie siostry niespecjalnie ją zdziwiło – gdy jej zależało potrafiła grać osobę z wyższych sfer, skutecznie maskując wszystkie swe ułomności. Sprawą dziwniejszą było jej nagłe przebudzenie, wyjście z chęcią na powitanie i brak charakterystycznej senności w głosie. Riya mogła się tylko domyślać, jak do tego cudu doszło, co miała na celu Egida, albo przyjąć pewnie do wiadomości, że, podobnie jak w domu, z tajemniczą dbałością i zaangażowaniem przezwyciężała lenistwo, by stawić się na śniadanie. Tak czy owak, informacja ta nie przesłoniła Riyi nietaktownego w jej wykonaniu poranka. Usiadła w końcu koło siostry przy świeżo rozpalonym ognisku, oczekując aż Will wyjdzie z namiotu już odpowiednio ubrany i gotowy, by zaprezentować, co takiego będzie się piec nad kempingowym płomieniem.

— Królik — powiedział, nabijając mięso na rożen. — Pasuje paniom?

— Oczywiście — odrzekła z entuzjazmem w głosie Egida, wyprzedzając siostrę.

— Jasne, dziękuję z góry za posiłek — powiedziała Riya, siląc się na to, by brzmieć grzecznie i choć trochę dystyngowanie.

— Mistrzem kuchni jakby co nie jestem — kontynuował Will, siadając na przewróconej kłodzie i powoli obracając rożen. — Z przypraw mam tylko sól i pieprz, więc będzie raczej skromnie.

— U nas dużo bogaciej nie było — odpowiedziała Riya, rozluźniając nieco atmosferę.

— U nas to królików w ogóle nie było — dodała Egida. — Pierwszy raz będę jeść coś takiego.

— To dobrze, przynajmniej czegoś nowego spróbujecie na tej waszej wyprawie — odrzekł Will, lekko ironizując.

Niedługo później posiłek był już gotowy. Dziwnie tak było jeść rękami – nawet na wsi już się przyjął dość nowy wynalazek jakim były sztućce. Dla sióstr była to pewna forma krótkiego powrotu do błogiego dzieciństwa, które w sumie nie było aż tak odległe. Żadna z nich nie mogła przecież szczerze powiedzieć, że nie jest już dzieckiem.

— A ten, ile macie lat? — zapytał znienacka Will, obgryzając ostatnią kość pieczonego mięsa.

— Siedemnaście, za niedługo urodziny — powiedziała Riya, kończąc swoją porcję.

— Hmmm, chyba szesnaście — odpowiedziała w swoim zwyczajnym stylu druga z sióstr. — Jakoś tak.

— Czyli nie panie, ale panny… — Mężczyzna wstał. — Mój błąd. Dorośle wyglądacie. Przynajmniej ty, Riyo.

— Dziękuję? — odrzekła z pewną niepewnością.

— Nie trzeba dziękować — szybko rozwiał jej wątpliwości. — Myślę, że wiele osób powiedziałoby podobnie. Widać w tobie dorosły hart ducha, młoda panno.

Z tonu jego wypowiedzi trudno było wyczuć, czy mówi szczerze, czy tylko taką ma manierę, ale z jakiegoś powodu Riyę uspokoiły te słowa. Poczuła się w jakiś minimalny sposób doceniona, co w kontekście wszystkiego, co się działo od kiedy opuściła dom można uznać za mały sukces.

— Miło się jadło, ale czas nagli. Panny, szykujcie się, niedługo wyruszamy.

Wszedł szybko do namiotu, pogrzebał w stercie rzeczy ułożonych na jego końcu i wrócił po chwili, wręczając Egidzie bukłak.

— Tam jest jezioro. Pójdziesz napełnić?

— Nooo, mogę — odrzekła Egida, starając się ukryć niechęć.

— Pójdę z nią — oznajmiła Riya. — Lepiej jej nie puszczać samej.

— Hej… — Młodsza siostra starała się zaprotestować.

— Dobrze — odpowiedział Will, ignorując okrzyk dezaprobaty, która zdaje się w ogóle nie dotarł do jego uszu. — Tylko sprawnie i nie zgubcie się po drodze.

Egida zrobiła naburmuszoną minę, ruszyła naprzód wskazaną przez Willa drogą. Riya po chwili ją dogoniła, co nie było trudne, szczególnie, że żadna z nich za specjalnie się nie spieszyła.

Droga, ku ich ledwie wyczuwalnym zdziwieniu, okazała się dość krótka i prosta. Po prostu ścieżka w głąb lasu, żadnych skrętów, przeszkód, tylko kilkadziesiąt metrów do przejścia. Jedynym urozmaiceniem było lekkie zniżanie się terenu, co sugerowało jasno, że jezioro jest trochę niżej, a ich obóz znajduje się na pagórku. W końcu leśna gęstwina ustąpiła i znalazły się na szerokiej, kamienistej plaży porastanej tu i ówdzie przez różne zarośla. Jezioro było dosyć spore – na pewno większe niż bagna i bajorka nieopodal Mirska. Po drugiej stronie, naprzeciw nich, gdzie rozciągał się horyzont nie było już ciemnej, potężnej puszczy. Krajobraz tam, zaledwie kilkaset metrów od nich, zdobiły znajome, normalne pola uprawne. Riya, wytężając wzrok, zauważyła również domy, budynki, może spichlerze, które z jej perspektywy były nie wiele większe niż ziarenka ryżu. Widok ten był w pewien sposób pogodny i uspokajający. „Świat stoi otworem i wcale nie jest tak inny od wioski”, zdawały się do niej mówić te wszystkie złociste łany zbóż niknące w oddali.

— Ładnie tu, prawda? — zaczęła Riya, stając nad brzegiem jeziora.

— Normalnie — odpowiedziała Egida, zbliżając się do niej, schylając się, napełniając bukłak. — Nic nowego.

— Dla mnie wszystko tutaj jest nowe — odrzekła. — Chcę chłonąć ten świat, choćby był tak normalny jak nasz dom.

— Ech… Strasznie poetycko to ujęłaś, nie w twoim stylu — Młodsza siostra się wyprostowała, zatknęła bukłak korkiem. — Wracamy już?

— Chodź na chwilę do wody — zachęciła ją Riya. — Nogi sobie obmyjesz.

— Weź nie wspominaj — odrzekła z niezbyt przekonującym wyrzutem. — Następnym razem jak mnie porwiesz we śnie to weź dla mnie jakieś buty, kurde.

Riya uśmiechnęła się, wzięła siostrę za rękę. Weszły po kolana do wody. Była czysta, przejrzysta, łagodnie otulała ich nogi. Pewnie wielu podróżnych i mieszkańców tych ziem czerpało z tego jeziora. Słońce wznosiło się coraz wyżej, tafla błękitu mieniła się od rozgrzewających ją płomieni. Czuły się trochę jakby zanurzyły się w płynnym szkle, diamencie, który błyszczy, ozdabiając blaskiem okoliczną przyrodę.

— Zimna… — zaczęła marudzić Egida.

— Przesadzasz, przyjemnie jest.

— I tak lepsze to niż piasek pod stopami — podsumowała młodsza z sióstr.

— Przepraszam — zmieniła ton Riya. — Nie wiem, czy powinnam cię wciągać w moją decyzję. Jesteś na mnie zła, co nie? Wczoraj chciałaś mnie rozszarpać.

— Nadal chcę — mruknęła Egida. — Ale… chyba trochę ci wybaczyłam. Załatwisz mi jakieś buty i pójdę za tobą wszędzie.

— A nie chcesz wracać?

— Do wioski? Nudno tam strasznie… — uśmiechnęła się. — Lepiej już wracajmy. Pan Will pewnie się niepokoi.

— No, masz rację. Chodźmy.

Wyszły na plażę. Chłód wody zastąpiło ciepło i szorstkość kamieni. Egida szybko przemknęła na piasek, a potem na trawę porastającą skraj lasu, a Riya kręciła się po plaży nie mogąc znaleźć swoich butów.

— Kurczę, gdzieś tutaj je zostawiłam…

Miała ochotę szukać dalej, może wskoczyć do wody, jeśli to właśnie ona porwała jej własność, ale młodsza siostra szybko odwiodła ją od tego pomysłu. Nie miały czasu. Podróż czekała.

 

***

— Już niedaleko — rzekł Will po dobrej godzinie wędrówki.

Las już się przerzedzał, coraz mniej drzew przysłaniało widok. Mocny cień rzucany przez zawieszone wysoko nad ich głowami liście w końcu ustąpił i wyszli na odsłoniętą ziemię. Pola, przedmieścia, rolnicy przy pracy. Złote zboże opadające po machnięciach kos i sierpów, dzieci bawiące się w chowanego przy biedniej chacie. Widok sielski i znajomy, lecz to, co rysowało się dalej, przed nimi, było dużo ciekawsze. Wielkie, wznoszące się ku niebu mury, potężny bastion broniący wejścia i flagi powiewające na wietrze, które nawet z takiej odległości onieśmielały wzrok żywym błękitem. Dawne wspomnienia majaczyły w głowie Riyi. Była już tu, ojciec wziął ją parę razy, gdy była młodsza. Miała szczęście – dla kogoś z tak niezależnej i odciętej od świata wioski jak Mirsk wizyta w mieście to zaszczyt. Jednak nawet jako dziecko nie odczuwała tej specjalnie otoczki, która zbierała się wokół „prawdziwej cywilizacji”. Była wtedy, i jest również teraz, pod wrażeniem monumentalności Vruny, jej murów, domów, które niebawem ponownie ujrzy, ale nie wiąże się z tym wielkie, emocjonalne przeżycie. Teraz jedynie wie, że tutaj spełni się jej cel, tu się zacznie przygoda życia. Jedyne, co ją obecnie zastanawiało to cisza i spokój Egidy. Czyżby wielkie miasto, bądź co bądź, zalążek elegancji w ogóle nie pobudzał jej zmysłów? Nie chciała jednak tego z niej wyciągać – trochę bardziej interesująca była reakcja kolejnych przechodniów mijających Willa, który dumnie szedł parę kroków przed nimi. „A więc kurtka z herbem mewy naprawdę dużo znaczy…” – pomyślała, spoglądając na, chyba mogła już to przyznać, swojego towarzysza.

— Trzymajcie się blisko.

Dotarli już do bramy. Kontrola przed wejściem. Ustali w kolejce. Przed nimi były dwa wozy, starzec, kobieta z dzieckiem. W rękach trzymali jakieś niezbyt duże papiery. „Paszporty” – pomyślała Riya, przyglądając się powoli przesuwającym się naprzód ludziom.

— Przepraszam, nie mogę pani przepuścić.

Była już przed nimi tylko jedna osoba. Parę metrów odstępu, wyraźnie było słychać wymianę zdań.

— Proszę, mój syn jest chory — mówiła kobieta łamiącym się głosem. — Muszę się dostać do miasta.

— Pani paszport stracił ważność — odpowiedział sztywno, bez żadnych emocji strażnik. — Proszę wrócić, gdy będzie pani miała aktualne dokumenty.

Kobieta, trzymając kaszlącego syna w rękach, padła na kolana. Riya ledwie dostrzegała jej plecy, kręcone, czarne włosy i drżące ramiona. Egida odwróciła wzrok, trzymała się z tyłu, próbowała nie słyszeć błagalnych jęków tej nieszczęsnej matki.

— Błagam — wyrzekła, zalewając się łzami. — Proszę okazać litość, on nie przeżyje bez leków…

— Proszę się oddalić — powiedział strażnik stanowczym, opanowanym głosem. — Nie mogę pani przepuścić. Takie są przepisy.

Riya stała bezczynnie, choć miała ochotę wybiec przed Willa i stawić się za tą kobietą. Nie znała dokładnie sytuacji, nie znała tych restrykcyjnych przepisów, ale serce przemówiło. Nie mogła się pogodzić z myślą, że coś takiego dzieje się na jej oczach.

— Will, zrób coś! — Szarpnęła mężczyznę za rękaw, szepnęła, starając się, by nie zwrócić uwagi strażnika.

— Stój spokojnie — odrzekł niemiłym, groźnym, nieznanym jej jeszcze tonem.

Zamilkł.

— Na bogów, proszę wziąć chociaż mojego syna — wyrzekła, wylewając kolejne łzy. — Proszę go zabrać do szpitala. Błagam, ja mogę tu zostać, tylko niech on wejdzie.

Kobieta zbliżała się coraz bardziej do zakutego w zbroję mężczyzny. Dziecko w jej ramionach ciężko dyszało, sytuacja mogła być poważna, tak zła, jak mówiła. Strażnik jednak nie okazał miłosierdzia. Gdy tylko zapłakana matka zbliżyła dłoń, położyła ją na zimnym, połyskującym metalu nagolenników, ten od razu ruszył nogę, delikatnie, acz bezpośrednio ją odtrącił.

— Zabierzcie stąd tę kobietę — wyrzekł, obracając się do stojących w oddali żołnierzy.

Kobieta, choć pogrążona w rozpaczy, wstała sama, wzrokiem pełnym pogardy i nienawiści pożegnała strażnika i odeszła, wyrzucając po drodze swój nic nie warty paszport. Riya przez moment chciała ją zatrzymać, wziąć od niej tego chłopca, uratować go, lecz kiedy tylko postawiła pierwszy krok w kierunku przemykającej obok zrozpaczonej matki silna, przyodziana w skórzaną rękawicę dłoń ją powstrzymała.

— Hej, co ty robisz!? — powiedziała, powstrzymując się od krzyku.

— Stój spokojnie — odrzekł Will, zabierając dłoń. — Teraz nasza kolej.

Zimny bruk pod stopami zdawał się teraz być podłogą chłodnego, biurokratycznego piekła. Weszli do środka wielkiej bramy, wyłomu w murze. Riya kipiała gniewem, nienawiścią, lecz zdawała sobie sprawę ze swojego położenia. Nie mogła się teraz wyłożyć, skazać się na porażkę. Musiała się powstrzymać, patrząc w nijaką, zblazowaną twarz strażnika. Egida, jakby to wyczuwając, pociągnęła ją lekko za suknię, złapała za rękę. „Po prostu to przejdźmy” – zdawał się mówić ten prosty gest.

— Pan Will — W głosie strażnika pojawiła się nutka jakiejkolwiek emocji. — Nie musi pan okazywać paszportu, proszę wejść.

— One są ze mną — odpowiedział, kiwając głową na stojące za nim, trochę z prawej strony, dziewczyny. — Nie mają paszportów, ale będę za nie ręczyć.

— Podejrzana sprawa, ale ufam panu, kapitanie — wyrzekł mężczyzna. — Proszę przejść.

— Dziękuję — podał mu rękę, przeszedł obok. — Chodźcie — powiedział, jakby chciał trochę popędzić siostry.

Ich spojrzenia się spojrzały. Chłodny, obojętny wzrok strażnika i wściekle złote oczy pełne heroicznego idealizmu. Trwało to tylko sekundę, tylko Riya tak naprawdę się tym przejęła, ale było to dla niej znaczące. To była jej mała deklaracja wojny przeciw niesprawiedliwości tego wielkiego świata.

W końcu jednak wyszli spod przytłaczającego sufitu bramy i Vruna stała już otworem. Uliczki pełne życia, wozy przejeżdżające gdzieś od czasu do czasu, wysokie kamienicy i inne, mniejsze domy, skrywające się pod błękitnym, spadzistymi dachami. Egida wyszła trochę naprzód, dokładnie lustrowała rozpościerający się przed nią widok. Riya jednak miała inne myśli na głowie, dużo ważniejsze niż mieniący się błękitem pejzaż nieznanego miasta.

— Co to miało znaczyć? — podeszła do Willa, szarpnęła go za jego szalenie cenną kurtkę. — Czemu nie pomogłeś tej kobiece?

— Nie wszystkim można pomóc — powiedział spokojnie, oddalając się nieco od Riyi. — Uspokój się przede wszystkim. Twój gniew niczego nie zmieni.

— Denerwujesz mnie! — wykrzyknęła. — Myślałam, że jesteś dobrym człowiekiem. Niech zgadnę – takie były przepisy? To było zgodne z prawem, sprawiedliwe, tak?

— Nie rozumiesz — powiedział, zbliżył się do niej. — Jesteś tylko dzieckiem, które kompletnie nie zna świata. Pomogłem wam się tu dostać i dalej wam pomogę, tylko mnie słuchajcie. Zobaczyłaś właśnie jak wygląda prawdziwe życie, przyzwyczaj się.

Egida ze spokojem przysłuchiwała się tej konwersacji. Owszem, stała po stronie siostry, lecz, w przeciwieństwie do niej, stawiała rozsądek ponad emocjami. Nie chciała się wtrącać, choć, jak sądziła, mogłaby trochę pomóc. Riya musi sama się z tym zmierzyć – tak myślała.

— Nie akceptuję takiego życia. To okrutne, pozwalać na coś takiego. Poradzę sobie sama. Własnoręcznie zbuduję swoją przyszłość.

Sytuacja robiła się napięta. Will miał zamiar postawić na swoim, lecz powoli rozumiał, że nie będzie to takie proste. Riya nie kierowała się logiką, była zdolna do wszystkiego, nawet do własnej zagłady, by tylko postępować zgodnie ze swoim ideałem. On, jako jeden z dziedziców herbu mew, trochę rozumiał takie postępowanie, lecz to wszystko, co osiągnął, to jakim był człowiekiem, nakazywało mu stępiać naiwne marzycielstwo. „Rzeczywistość nigdy nie dostosuje się do twoich snów” – taka myśl często go nachodziła, gdy stawiał kolejne kroki na stromej ścieżce życia.

— Riya, uspokój się — Złapał ją za rękę. — Wiem, postąpiłem źle, też czuję smutek, ale nie można tak walczyć z obowiązującym porządkiem. Do niczego cię to nie zaprowadzi.

— Kłamiesz! — Wyszarpnęła swoją rękę, odsunęła się. — Nie czułeś żadnego smutku. W ogóle się tym nie przejąłeś. Twoja bezczynność była okropna!

Pobiegła. Nim Will zdążył się zorientować zniknęła w tłumie. Było naprawdę tłoczno, trudno było dostrzec jej sylwetkę umykającą wzrokowi.

— Niech to szlag… — wydusił z siebie Will. — Panno Egido, musimy iść za nią — zwrócił się do lekko przestraszonej, ospałej dziewczyny.

— Pobiegła w tamtą stronę — wskazała palcem.

— Wiem, widziałem. Dzielnica handlowa. Chodźmy, szybko — złapał ją za rękę, pociągnął za sobą, przyśpieszając kroku.

 

***

— Proszę mnie zostawić.

Kobieta, dwóch mężczyzn. Karczma, przynajmniej tak wynika z szyldu, zaraz obok. Zdyszana Riya. Obserwuje sytuację, gniew w niej narasta. Jeden z nich ją przytrzymuje, drugi łapie za twarz, próbuje pocałować, ona odchyla głowę, próbuje się wyrwać. Prosta mieszczanka, oni ubrani na bogato – gustowne pantalony, kamizelki. Uratuje ją. Tym razem nie da wygrać niesprawiedliwości. Pokaże temu okrutnemu miastu ile znaczy wola legendy, wola Iris Białej Lilii.

— Hej, wypuście ją!

Pewność siebie bijąca ze złotych oczu. Pełny gniewu wzrok skryty pod słomianym kapeluszem, którego, o dziwo, nie zgubiła razem z butami.

Zwrócili się w jej stronę.

Następne częściKu równości! #5 - Powrót

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Shogun pół roku temu
    Akcji nie za wiele, ale za to bardzo dobre opisy i dobra narracja. Czyta się płynnie i szybko. Tak, rzeczywistość jest często bardzo różna od marzeń czy ideałów. Gdy ktoś zda sobie z tego sprawę, pierwszą jego reakcją jest szok.
    Cóż, zobaczymy czy i tym razem Will uratuje Riye, czy sama będzie w stanie coś zrobić. Czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam :)
  • Pan Buczybór pół roku temu
    Dziękuję za komentarz. Pozdro również :)
  • illibro pół roku temu
    "Złote zborze opadające po machnięciach kos i sierpów" - błędów ortograficznych nie popełnia tylko ten, kto nic nie pisze:) Długo wyczekiwane. Oczywiście, że miła lektura:)
  • Pan Buczybór pół roku temu
    O kurczę, już poprawiam :)
    Dzięki za komentarz
  • illibro pół roku temu
    Mam nadzieję, że to nie będzie periodyk co miesiąc wydawany:)
  • Pan Buczybór pół roku temu
    Heh, oczywiście, że nie... Dzisiaj się biorę za pisanie kolejnego rozdziału, więc...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania