Poprzednie częściKukułcze Gniazdo część 1

Kukułcze Gniazdo część 2

Gospoda robiła dobre wrażenie. Położona na skrzyżowaniu traktów wabiła podróżnych zapachami tłustego jadła oraz dźwiękami skrzypiec, którym wtórowały radosne śpiewy. Sądząc po wielkich balach, które składały się na ściany, kiedyś była to warownia. Lata spokoju pozwoliły jednak na inne zagospodarowanie tego miejsca.

 

„Idealne miejsce, by zacząć”, rzekła w duchu Mścisława i zeskoczyła z konia.

 

Przed karczmą powbijano pachołki, przy których stały przywiązane wierzchowce. Jakiś chłopiec doglądał, by miały dość wody i zdejmował siodła.

 

– Przywiąż – Mścisława rzuciła mu lejce. Ku jej zdziwieniu, chłopak nawet nie usiłował ich złapać.

 

– Wielmoża wybaczy, ale najpierw grosz zobaczyć muszę – odpowiedział z ironicznym uśmiechem.

 

„Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia!”, chciała powiedzieć, ale powstrzymała się w porę, bo owszem, nie wiedział i tak miało, przynajmniej na razie, pozostać. Choć widywali ją głównie ludzie z dworu królowej, nie chciała ryzykować, że ją ktoś rozpozna. Dlatego jej tożsamość skrywał skórzany płaszcz oraz kaptur.

 

Powściągnęła więc dumę i sama przywiązała konia za uzdę. Wręczyła też chłopakowi miedzianą monetę z instrukcją, by nakarmić i napoić wierzchowca. Ten całą drogę był nieposłuszny wręcz złośliwy. Może najedzone i wypoczęte zwierzę zacznie współpracować?

 

Wnętrze gospody wyglądało na przestronne, lecz była to głównie zasługa gości, którzy przestawiali stoły, jak im się żywnie podobało zależnie od tego, czy chcieli pić sami, z kilkoma sąsiadami, czy też całą kompanią. Dlatego miejscami ludzie byli tak stłoczeni, że szynkarka z trudem mogła donieść pospólstwu kolejne kufle gorzały. Tu i ówdzie walały się ławy obsadzone przez typów spod ciemnej gwiazdy lub sympatyków kości.

 

Atmosfera była radosna. Pod ścianą stały rzędy beczek gotowych do opróżnienia. Zza drzwi kuchennych dochodziły łechcące nozdrza zapachy, w kominku trzaskał ogień, co chwila rozbrzmiewały nowe toasty, a jeden z gości przygrywał na skrzypkach. Mścisława uznała, że lepiej trafić nie mogła.

 

Podeszła do szynku, gdzie brodaty mężczyzna pucował właśnie jeden z półmisków.

 

– Gospodarzu. Macie wolny pokój? – spytała, starając się, by jej głos nie brzmiał zbyt kobieco. Wyszło jednak mało przekonująco.

 

– Może i mamy, jeśli wy macie pieniądze.

 

Ledwo mogła dostrzec oczy schowane między przetłuszczonymi włosami, gdy jednak pokazała parę miedziaków, rozbłysły jak płomień świecy.

 

– Wystarczy? – Nie była przyzwyczajona do długiej jazdy konnej. Musiała choć na chwilę się położyć. Stąd nie przyjmowała się zbytnio uszczupleniem sakiewki. Zwłaszcza, że pożyczyła ją od Radomira.

 

Szynkarz uśmiechnął się, pokazując rząd żółtych zębów.

 

– Kobieta odziana w prosty kaptur, z długim sztyletem przy boku i złotem w sakiewce. Wypisz, wymaluj uciekinierka. Co? Rodzice za mąż wydać chcieli? A może w ciąży z jakimś pachołkiem?

 

Była zbyt zszokowana, by odpowiedzieć od razu.

 

– Nie twój interes – rzekła w końcu.

 

– Ano nie mój – karczmarz pokiwał smutno głową – ale karczma moja. I, być może, moja głowa spadnie, jeśli cię tu znajdą, a może powinienem powiadomić kasztelana?

 

Przez głowę przebiegły jej najczarniejsze myśli. Schwytanie, wydanie matce, wieża... wieża do końca życia.

 

– Ja naprawdę proszę…

 

– Ja również. – Wysunął kościstą dłoń po zapłatę, a ona wysypała na nią połowę sakiewki. Suma musiała go zadowolić, bo łapczywie wsunął bilon do kieszeni i zawołał gestem szynkarkę.

 

– Pokaż pokój gościowi. Ten najlepszy.

 

– Ale tam już jest ten jegomość. Nie wydobrzał jeszcze…

 

– Co mnie to obchodzi głupia babo!? Pani zapłaciła, a ten łachmyta na kredyt tu jest. Do stajni go daj i niech się cieszy, że pies zdechł, bo by żarcia po nim nie dostał…

 

Żona gospodarza potulnie kiwnęła głową i poszła na górę. Mścisławie przypominała konia pociągowego. Twarz poprzecinana zmarszczkami, a plecy ugięte od ciągłej pracy. Nigdy nie trzymała głowy wyżej niż rozmówca. Musiała być przyzwyczajona do takiego traktowania.

 

W JEJ państwie, ten karczmarz już jęczałby o łaskę, topiony w przeręblu.

 

– Rozgość się, puki cię nie zawoła – powiedział jeszcze gospodarz, nałożywszy na miskę sztukę kaszy i mięsiwa. – Za to policzę osobno – dodał, po czym wrócił do czyszczenia misek.

 

Wzięła bez podziękowania. Bądź co bądź była strasznie głodna. Całe trzy dni jechała, unikając większych siedzib ludzkich i żywiąc się tylko leśnymi owocami. Jej umiejętności strzeleckie nie zwiększyły się znacznie mimo ciągłych ćwiczeń.

 

Gdy nasyciła pierwszy głód, a szynkarki jeszcze nie było, zaczęła przyglądać się pozostałym gościom. Wiele razy czyniła tak na ucztach i zebraniach. Tam wszyscy maskowali się ze swoimi uczuciami. Tutaj, gdzie nie sięgał wzrok władczyni, ludzie nie pilnowali swoich ruchów ani min. Większość się zwyczajnie bawiła, przekrzykując nawzajem i życząc sąsiadom dobrych plonów. Zbliżały się bowiem żniwa. Radosna atmosfera nie udzielała się jednak wszystkim. Kilku kmieci piło samotnie, wciśniętych w kąt izby. Niezadowoleni.

 

„Jeśli ktoś nie jest szczęśliwy, jest problemem" usłyszała w głowie słowa matki, za co skarciła się w myślach.

 

Lepiej jednak nie zaczynać od grupy. O takich rzeczach mówi się w cztery oczy. Jej wzrok padł na znudzonego chłopa. Zapewne na kogoś czekał, bo właśnie rozkładał pionki na szachownicy.

 

„Trzeba patrzeć na całą szachownicę, a ona nie kończy się na granicach mojego państwa". Ponownie odgoniła od siebie te myśli.

 

– Ciężkie czasy, prawda? – rzekła, podchodząc do kmiecia.

 

– Bywały lepsze – mruknął i postawił wieżę na rogu planszy. Sądząc po wieku, zapewne pamiętał poprzednich władców.

 

– A daniny ostatni poszły w górę. Pogłówne, podymne, by przejść rzekę trza myto zapłacić. – ciągnęła Mścisława tonem, jakby to ona sama płaciła te wszystkie podatki.

 

– Ano drużyna i załoga na grodzie też jeść musi – starzec wreszcie spojrzał na nią spode łba.

 

– Urzędnicy i dwór także. Z tym że oni w polu nie robią. A jak przychodzi co do czego, to i tak bronią tylko kasztelu, a w rzyci mają wioski.

 

Po tych słowach kmieć wyraźnie się ożywił. Przestały go interesować figury, a na twarz weszły rumieńce.

 

„Nareszcie", pomyślała Mścisława.

 

– Ano wsi dużo jest, a przy kasztelu spichlerz. I tam zboże i chmiel. Dobrą kasztelan robotę robi – powiedział nieco głośniej, niż było to konieczne.

 

– Ale we wsi i chaupy i baby i dzieci. A zagony zza granicy przychodzą i rabują, co im w łapy wpadnie.

 

Na twarzy kmiecia odmalowało się czyste przerażenie.

 

– Odkąd nasza wspaniała królowa wstąpiła na tron, prawie już zagonów nie ma – odparł szybko. – Na to, to mógłbym i więcej dawać! A co! – próbował przekrzyczeć ciżbę.

 

– Oddajesz ponad połowę tego, co zbierzesz z pola.

 

– Pole me na włościach królowej i bronione przez wojów królowej! Winien jestem posłuszeństwo, naszej prawej władczyni! – Podniósł się, by zobaczyć, czy ktoś przypadkiem nie słucha tej rozmowy.

 

Mścisława chciała jeszcze coś powiedzieć, ale chłop już wstał.

 

– Chyba się zasiedziałem. Chwała królowej! – I zniknął między pozostałymi gośćmi, zapominając o szachownicy.

 

Mścisława została sama, lekko rozczarowana. Czy naprawdę tak uważał, czy się zwyczajnie bał? Możliwe, że przez swój wiek, nie w głowie mu były żadne zmiany i rewolty. Trzeba spróbować z młodszymi.

 

I próbowała. Jej agitacja odniosła jednak mizerny skutek. To było jak rzucanie grochem o ścianę. Te zakute łby albo się bały nawet wzmianki o buncie, albo byli niewyobrażalnie głupi. Nie dopuszczała myśli, że starym obecne rządy wydają się nad wyraz spokojne, a młodzi nie pamiętają innych, gdzie nad ich myślami nie stała cały czas wszechpotężna postać królowej. Wszyscy zgodnie chwalili swoją władczynię do tego stopnia, że otrzymała trzy toasty z rzędu!

 

Mścisława tymczasem usiadła przy stole, od którego odeszli jej ostatni rozmówcy i patrzyła spod kaptura na świętujących kmieci. Śpiewy, alkohol, a nawet tańce. Wyglądało na to, że wszyscy są w jakiś dziwny sposób szczęśliwi, a przecież nie powinni! Tak samo owce zapewne cieszą się z istnienia ogrodzenia, psów i pasterza z rózgą.

 

– Jest pokój. – Szynkarka wyrwała ją z ponurych rozmyślań. – Proszę jednak byś nie hałasowała, bo tylko ściana dzieli cię od tego jegomościa, co kuruje świeże rany. Potrzebuje trochę spokoju, a nie chciałam go jednak wyrzucać do stajni.

 

– Mam zamiar siedzieć cicho – burknęła królewna.

 

– Dopiero od teraz, jak mniemam. Wiesz, że siedzisz tu zaledwie kwadrans, a gdy wróciłam, otrzymałam na ciebie pięć donosów?

 

Choć karczma nadal rozbrzmiewała głosami zabawy, Mścisława miała wrażenie, że zapadła cisza, a temperatura spadła o kilka stopni.

 

Szynkarka nakazała gestem, by wstała, a następnie zaprowadziła ją po skrzypiących schodach na piętro, z dala od ciżby.

 

– I co teraz będzie? – rzekła w końcu Mścisława, starając się uchwycić jej spojrzenie.

 

– Chcieli abym dała im konia. Popędziliby do kasztelana na skargę, ale wmówiłam im, że jesteś na służbie u naszej wspaniałej królowej i sprawdzasz lojalność miejscowych. Wyszli trochę zawiedzeni. Liczyli na nagrodę albo chociaż na pochwałę.

 

– Za zwykłe pomówienie?

 

– Świadectwo trzech to już dowód. – Szynkarka po raz pierwszy uśmiechnęła się pobłażliwie. – To i tak sporo. Kiedyś przeciw kobiecie wystarczyło słowo mężczyzny. Teraz my też możemy składać obciążające zeznania. - Jej twarz przybrała bardziej surowy wyraz. – Musisz być ostrożniejsza. Za lichsze szczeknie, ludziom wyrywali ozory.

 

Mścisława potaknęła. Doskonale pamiętała, jak ukarano jednego z gwardzistów.

 

– Masz. – Wręczyła szynkarce kawałek bursztynu, jaki został jej w sakiewce. – W podzięce za uratowanie życia. – Szynkarka na ten widok otworzyła szeroko oczy i obejrzała się w stronę schodów. Jednak jej mąż nadal zajmował się wydawaniem posiłków.

 

– Dziękuję – rzekła niemal nabożnym szeptem i otworzyła usta, jakby jeszcze chciała coś powiedzieć. – I pamiętaj, że zawsze jest droga ucieczki. On nie zna litości.

 

– Kto?

 

– Życie – odrzekła szynkarka, trzęsąc głową, jakby nagle się opamiętała. – Pokój trzeci od lewej – dodała i szybko zeszła z powrotem do izby.

 

Choć królewna z łatwością wychwyciła kłamstwo, nie drążyła tematu. Nie chciała niepokoić tej dobrej kobiety, a poza tym marzyła o ciepłym łóżku.

 

Pokoik był mały i przytulny. Proste łóżko, lniane prześcieradło i okiennica, przez którą wpadało nieco światła. Jedyną ozdobą była drewniana rzeźba przedstawiająca wilka. Zwierzę gotowało się do skoku, a jego grzbiet mógł posłużyć za stół. Wokół roznosił się zapach ziół leczniczych, zapewne przez poprzedniego lokatora.

 

Mścisława legła na łóżko, lecz nie mogła zasnąć gnębiona ostatnimi doświadczeniami. Jej palce zacisnęły się na talizmanie zawieszonym na szyi. Tak trudno było go wykraść… Potem, podczas podróży, co chwila sprawdzała, czy go przypadkiem nie zgubiła. Nawet zrobiła dla niego mocniejszy sznurek, by na pewno się nie zerwał. Kawałek drewna przedstawiający ptaka, który trzyma jabłko, zdążył już nabrać jej zapachu. Był jej częścią i jej ostatnią szansą.

 

Musi zrealizować plan. Musi ją znaleźć. To jedyna nadzieja.

 

Obudziło ją skrzypienie na schodach i podmuch wiatru, gdy uchyliły się drzwi. Jej dłoń od razu sięgnęła po sztylet.

 

– Ciii. – Szynkarka stała nad nią z palcem na ustach.

 

– Co się dzieje? – spytała szeptem, zrywając się na nogi.

 

– Kasztelan ze świtą. – Jej rozbiegany wzrok spoczął na ostrzu.

 

– Czego chcą?

 

– Kto ich tam wie? Może szukają ciebie? – Przez głowę Mścisławy przecwałował koń przerażenia. Rżał, szyderczym śmiechem jej matki, a kopytami ranił jej plecy.

 

– Jest tu jakieś wyjście? – spytała spoglądając na okno.

 

– Oni nie są tacy głupi. Zawsze zostawiają kogoś na czatach. Właź tutaj – ruszyła do wilczej rzeźby i nacisnęła łapę. Stół okazał się skrywać wejście, do czegoś na kształt skrytki. Bardzo ciasnej skrytki.

 

– To ślepa uliczka. – Przerażała ją myśl, że ma siedzieć skulona, jak lis w norze.

 

– Właź, bo już schody skrzypią.

 

Nie ma wyjścia. Weszła do schowka.

 

– Już drugi raz dziękuję.

 

Szynkarka zignorowała jej słowa. Mścisławę uderzyło to, że choć nigdy nie patrzyła w oczy, teraz wręcz odwróciła się od niej.

 

– Siedź cicho. Jak możesz, wstrzymaj oddech. I… nie wahaj się uciec jedyną drogą – dodała wskazując na sztylet, po czym zamknęła drzwi do kryjówki.

 

Mścisławę otoczyła ciemność. Starała się oddychać najciszej jak mogła, ale nie jest to łatwe, gdy serce wali jak oszalałe. Chwilę potem w pokoju odezwały się ciężkie kroki. Mścisława liczyła, jak przechodzą przez próg. Jeden, dwa, w sumie pięć osób. Pięć osób o chodzie tura.

 

– I jak? Przygotowane wszystko, tak jak kasztelan lubi? – powiedział ktoś przez zatkany nos.

 

– Co tak tu cuchnie?! – Odezwał się drugi, nieco piskliwym głosem.

 

– Zioła panie. - odrzekła szynkarka. - Ranny leży w sąsiednim pokoju.

 

– To spieprzaj do niego!

 

Drobny chód ucichł w korytarzu.

 

– Ale pusto, nie? – odezwał się zasmarkany.

 

– Pewnie przez okno wyfrunęła – odpowiedział wyrostek, na co reszta kompani zaniosła się śmiechem. Po czym, ku przerażeniu Mścisławy, do jej kryjówki wpadło światło i ujrzała czterech pochylonych nad nią zbójów. To określenie najlepiej oddawało to, czym była ta zgraja. Pierwszy, siorbiący nosem i czerwony na twarzy od gorzały. Drugi, faktycznie jeszcze wyrostek z mlekiem pod nosem. Trzeci, łysy, ale za to z paskudną blizną na czole, brakiem uzębienia i posturą typowego rębajły. I wreszcie czwarty, z twarzą z dziobami po ciężkiej ospie i wypukłymi oczami.

 

Wszyscy uzbrojeni i niebywale radośni.

 

– A co to za ptaszek w klatce siedzi!? – Rębajła próbował ją złapać, ale Mścisława była szybsza. Uderzyła sztyletem i przebiła na wylot jego wielką łapę.

 

– Niech to licho! – Odsunął się, przykładając krwawicą rękę do koszuli. Machała sztyletem na wszystkie strony, aż wreszcie ktoś zdołał złapać ją za przegub, a ktoś inny wytargać z kryjówki niczym małża z muszli. Była bezbronna. Sama w ciasnym pokoju z czwórką bandytów.

 

– Dawać ją tutaj.

 

No tak, był jeszcze jeden. Do tej pory siedział spokojnie na łóżku, zasłaniany przez swoich podwładnych. Głos miał basowy jak ryk tura.

 

– Nie ptaszyna to. Raczej żmija. – Ospowaty chwycił ją za twarz i zbliżył tak blisko, że mogła poczuć odór taniego piwa. – Zaraz jej przypiłujemy te ząbki. - Uderzył ją płaską dłonią i już zamachnął się, by poprawić, lecz powstrzymała go mocarna ręka, którą bez trudu można by rozłupywać orzechy. Kasztelan pogładził ją po zaczerwienionym policzku.

 

– Taka już natura żmii, że chce kąsać. A moja taka, że bardzo lubię drapieżne stworzenia.

 

Kasztelan różnił się od swojej kompani nie tylko bardziej wytwornym strojem, lecz również postawą. Był bardzo wysoki, niemal sięgał sufitu, przy czym pozostawał szeroki jak dąb. Ciemną brodę uplótł w warkocz, zaś włosy rozpuścił z tyłu zgodnie z obyczajem wojowników. Twarz miał, zdawać się mogło, przyjazną, gdyby nie oczy. Zielone jak leśna gęstwina, zza której wpatruje się w ciebie dzikie zwierzę.

 

Plunęła w te oczy, a Kasztelan ponownie uniósł dłoń, powstrzymując ospowatego przed wymierzeniem ciosu. Otarł spokojnie twarz i uśmiechnął się kpiąco.

 

– Mamy czas. Wkrótce braknie ci jadu.

 

Mścisława pobladła, a koń w jej głowie znowu ruszył do cwału tym razem z nowymi wizjami, nie mniej przerażającymi.

 

Tymczasem w korytarzu stanął gospodarz wraz z małżonką. Chrząknął kilka razy, a gdy kasztelan łaskawie się odwrócił, ukłonił się w pas.

 

– Ha. Panie Kasztelanie. Mówiłem, że przed nocą Kupały, coś jeszcze wpadnie w sieć.

 

– Racja. Moczymorda i nieudacznik z ciebie, ale masz niebywałe szczęście. – Rzucił mu wypchaną sakiewkę.

 

– Prze jaśnie pana. – Karczmarz od razu wszystko przeliczył. – Chyba zaszła pomyłka. Tu jest mniej niźli zazwyczaj, a dziewczę młode i nie powiem, urodziwe.

 

Mścisława próbowała się wyszarpnąć, ale jeden ze zbirów wykręcił jej rękę. Oczy zaszły jej łzami, ale nie wydała z siebie jęku. Nie taki ból znosiła.

 

– Policzyłem już z nawiązką – odrzekł kasztelan, wskazując na Rębajłę.

 

Ten zajęty był opatrywaniem przebitej dłoni. Zdążył już pobrudzić krwią całe prześcieradło, z którego ostatecznie wytargał opatrunek.

 

– Dłoń wojownika-cenna rzecz.

 

– Przecie to nie moja wina!

 

– Nie twoja? A co to jest? – Podetknął mu przed nos zakrwawiony sztylet, tak że karczmarz dostał zeza. – No właśnie! Ile razy powtarzałem, że odebrać im broń, bo komuś się krzywda stanie albo, co gorsza, jakaś dziewka mi ucieknie.

 

Gospodarz zacisnął pięści, łypiąc na żonę. Ta skuliła się i osłoniła głowę.

 

– Tylko nie bij znowu przy nas baby, bo moje uszy tego nie zniosą. - Kasztelan zgromił go wzrokiem.

 

– Idź wreszcie wyrzuć tego rannego przybłędę! Później się z tobą policzę! – warknął karczmarz do małżonki.

 

Ta skwapliwie pokiwała głową, po czym weszła do sąsiedniego pokoju. Wyprowadziła stamtąd jakiegoś człowieka, który nieznacznie utykał.

 

„Kolejny zakapturzony", pomyślał karczmarz.

 

Tymczasem Kasztelan wcale nie skończył reprymendy.

 

– Mam już dosyć tego twojego skomlenia. I wiesz co? Tamto to była nawiązka dla wojownika, ale musisz jeszcze państwu dać grzywnę. Znaj łaskę Pana. Wezmę tylko ten sztylet. Widzę zresztą, że niczego sobie oręż. Zdobiony…

 

Jego usta się otworzyły, lecz nie wydały żadnego dźwięku. Spojrzał na Mścisławę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy i poniekąd tak było.

 

– Znam tę broń – rzekł w końcu – i znam jej właścicielkę. Nie sądziłem, że będę mieć jedno i drugie. Na uczcie ledwo mogłem ujrzeć tron, ale ciebie pamiętam. – Dał znak swoim ludziom i ktoś wcisnął Mścisławie knebel, ktoś narzucił worek na głowę, a jeszcze ktoś związał ręce. Poszło tak sprawnie, jakby robili to codziennie. Może nawet tak było.

 

– Idziemy. – Wypchnęli ją na korytarz i poprowadzili schodami. Królewna pewnie upadłaby kilka razy, gdyby nie dziura w worku, przez którą mogła widzieć stopień przed nią.

 

Dotarli do izby. Przywitała ich jednak cisza. Zamiast normalnego gwaru, słychać było jedynie strzelanie iskier w dopalającym się kominku.

 

– Wiem, że piwo w tym przybytku to szczyny, ale nie wiedziałem, że ta swołocz zna jakieś inne – rzekł zakatarzony i próbował się zaśmiać, ale wstrzymał się, widząc, że herszt nie podziela entuzjazmu.

 

– Może zobaczyli kasztelana i poszli wreszcie do roboty? – wtrącił się wyrostek.

 

– Nie rozumiem. Przecież…

 

– Uznaliśmy, że nie warto mieszać w to zwykłych kmieci. – Z cienia Izby wyszedł człowiek z rudymi włosami. Kulał na lewą nogę i czuć było od niego ziołami, którymi leczył swoją ranę. Spod koszuli, wystawał mu nawet kawałek opatrunku. W jednej dłoni trzymał posrebrzany czekan, w drugiej zaś królewską gramotę.

 

– To winno budzić większy respekt niż miecz, ale widzę kasztelanie, że tobie milszy własny herb niźli znak królowej.

 

– Radomir. – Kasztelan wysunął się do przodu i rozłożył ramiona, jakby chciał go objąć. – Za cholerę cię nie poznałem. Ojciec się za tobą stęsknił?

 

– Nie. Po prostu przydzielił kolejne zadanie.

 

Mścisława tylko raz słyszała taką zawziętość w jego głosie. Wtedy, gdy planowali ucieczkę.

 

– I chcesz prosić mnie o pomoc? – Kasztelan postąpił krok do przodu, a Radomir uniósł czekan.

 

– Do pomocy mam moich ludzi na zewnątrz. Od ciebie chcę, byś pomógł sobie i oddał nam dziewkę.

 

– To szpieg. Trudniła się nierządem i zbierała informacje od załogi grodu. – Mścisława sama była zaskoczona, jak gładko skłamał.

 

– Nie łżyj. Myślisz, że nie wiemy, czemu z okolicznych zajazdów dziewki znikają? Uchodzi ci to na sucho, bo dobrze mieć taką bestie na uwięzi. Pomnij jednak stare porzekadło. Nie gryź ręki, co jeść daje.

 

– A co, jeśli odmówię?

 

Radomir gwizdnął przeciągle. Z zewnątrz dobiegł ich tupot nóg oraz bojowe okrzyki. Ktoś krzyknął: „Gotuj się!", ktoś inny: ,,Łucznicy!.", ,,W imię królowej!". Karczma wydawała się kawałem mięsa rzuconym w mrowisko.

 

Kasztelan zerknął ukradkiem na swoich ludzi, którzy zbili się w kupę i rozglądali panicznie jak stado łosi, gdy dostrzeże wilka. Otarł pot z czoła i spojrzał z góry na Radomira, którego przerastał, aż o dwie głowy.

 

– Moja zdobycz okazała się bardziej niebezpieczna, niż z początku sądziłem. A niech cię Radomir!

 

Złapał Mścisławę za bark i popchnął w stronę rycerza, tak że ta straciła równowagę i upadła, nabijając sobie guza. Najbardziej bolało ją jednak to, że znowu stała się kartą przetargową.

 

Czyjeś dłonie próbowały podnieść ją z ziemi. Znała te dłonie, ale dotychczas były niezwykle delikatne. Teraz ich żelazny uścisk nie różnił się wiele od tego, którego doświadczyła przed chwilą.

 

– Idziemy! Tylko spokojnie! – syknął jej do ucha.

 

Przez worek zdołała zobaczyć światło dnia. Poczuła też, że grunt staje się bardziej grząski. Byli na zewnątrz.

 

Poczuła, że się dławi i próbowała wypchnąć knebel z ust. Jej jęki musiały zostać dobrze zrozumiane, bo Radomir ściągnął worek z jej głowy i pomógł pozbyć się knebla. Mścisława spodziewała się, że zobaczy tryumf na jego twarzy lub że rzuci jakąś złośliwą uwagę. On jednak szedł szybciej i szybciej, nerwowo się rozglądając.

 

– Do koni! – rzucił komendę.

 

Czyli to koniec. Dopadli ją. Wszystko na nic.

 

– Mogłabyś się pospieszyć!? – Popchnął ją, tak że omal nie upadła.

 

Tego było dosyć. Nie zważając na ból w ramieniu, zaparła się nogami i stanęła w miejscu.

 

– Potrzeba czegoś więcej niż słowa, by mnie zmusić do powrotu!

 

– To źle, bo niczego więcej nie mam.

 

Na początku nie zrozumiała. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że wokół nie roi się od kolczug i pancerzy. Nie było słychać ani trąb, ani parskania koni bojowych. Byli za to kmiecie. Kmiecie tupiący nogami, wznoszących okrzyki za królową i wydających absurdalne rozkazy. Wszyscy goście karczmy wyszli na zewnątrz i odstawiali komedię.

 

Cała przewaga Radomira okazała się jedną wielką farsą.

 

Podszedł do nich jakiś chłop. Posłusznie się ukłonił, aż zamiótł czapką ziemię.

 

– Czy jeszcze udawać? Znaczy się Panie, myślę, że…

 

Radomir zaświecił mu gramotą przed oczami.

 

– Jesteście otoczeni! Chwała królowej! – ryknął kmieć w stronę karczmy. Reszta zawtórowała mu, jednak bez początkowego entuzjazmu. Widać sami nie wiedzieli za bardzo, jak ma wyglądać to przedstawienie.

 

Radomir wzniósł pergamin wyżej, krzycząc:

 

– Siodłać konie! Jedziemy do grodu! A wy pilnować, by nie wystawili nosa z karczmy! Chwała królowej!

 

– Chwała królowej! – Odkrzyknęli kmiecie wpatrzeni w królewską pieczęć jak zahipnotyzowani.

 

– A teraz szybko, zanim tamci się zorientują. – Zwrócił się do Mścisławy. Poszła już bez oporu. Była zbyt skołowana. Mimo tego, że nic nie układało dla nie się korzystnie, nie mogła nie zaśmiać się z tej sytuacji.

 

– Naprawdę, chyba cię nie doceniałam.

 

– Nie szkodzi. W grodzie niechybnie docenią moje zasługi. – Był inny niż zazwyczaj. Surowy i pełen urazy. Jednak nie różnił się tak bardzo od innych.

 

– Wydam cię. Powiem, że mi pomogłeś.

 

– Nikt ci nie uwierzy. Nie jesteś tak sprytna, jak ci się wydaje.

 

Ktoś podał Radomirowi lejce. Rumak wyraźnie się ucieszył na widok starego pana. I wtedy, Mścisławie przyszedł go głowy pomysł tak szalony, że sama ledwo mogła w niego uwierzyć.

 

– Ty także mnie nie doceniasz – rzekła, zajmując miejsce na koniu, tuż za jeźdźcem. – Hej! To wszystko kłamstwo! Nie ma tu żadnego wojownika! Sami kmiecie! - krzyknęła, ile tylko sił w płucach.

 

– Dlaczego na bogów?! – Radomir uderzył piętami w boki wierzchowca.

 

Mścisława zdążyła jeszcze odwrócić się, by zobaczyć, jak Kasztelan wraz z kompanią wypada z karczmy, zaś kmiecie uciekają w popłochu.

 

Wyjechali na główny trakt. Był pusty. Kto mógł, szukał o zmierzchu schronienia lub rozbijał obozowisko. Oni za to gnali, jakby goniły ich najgorsze demony i poniekąd tak było. Przez jakiś czas słychać było przede wszystkim pęd powietrza i kopyta dudniące o ziemię jak grad podczas burzy. Koń dawał z siebie wszystko, a Radomir poganiał go, to nahajem, to słowami: ,,Dalej Denar. Wija!". Powietrze chłostało mu twarz i wysuszało wargi. Rana rwała mu bok jak rozgrzane obcęgi, ale miał o wiele większe problemy.

 

Koło ucha Mścisławy świsnęła strzała. Potem kolejna. Potężny głos kasztelana zrugał wyrostka. Oczywiście chciał ją żywą.

 

Banda siedziała im na ogonie. Za każdym razem, gdy Mścisława spoglądała do tyłu, dystans między nimi pomału się zmniejszał, aż w końcu mogli dosięgnąć ich także ostrzami obelg i pustych obietnic. Widziała jednak, że w pogotowiu trzymają arkany, czające się w ich dłoniach jak węże. Z planu nici, jeśli dopadną ich za szybko.

 

– Rado! Rozwiąż mi ręce! Z łuku ich ustrzelę!

 

– Jeszcze czego? Masz mnie za głupca?

 

– Nie. Nie jesteś głupcem. Dlatego wiesz, że nie masz wyjścia.

 

Nie mógł się nie zgodzić. Nie odwracając wzroku od drogi, sięgnął za siebie i zaczął szukać więzów.

 

– Co ty robisz?

 

– Noża do ręki ci nie dam, a jak tylko poczuję grot strzały na gardle, wywracam konia!

 

Mścisława nie mogła nie docenić jego przezorności.

 

Ostatecznie uwolnił jej ręce i schował nóż. Koń tymczasem zaczął sapać. Na jego pysku pojawiła się piana, a oddech stał się nieregularny. Zaczął pomału zwalniać. Radomir nie miał mu tego za złe. Wiedział, że szalony bieg z dwójką pasażerów jest ponad jego siły. Pomimo to zachęcał go dalszego wysiłku.

 

Mścisława tymczasem obróciła się do tyłu i sięgnęła po łuk przyczepiony do łęku.

 

Wycelowała w jadącego najbliżej. Ospowaty. Chybiła o dobre trzy metry.

 

– Możesz tak nie trząść?!

 

– To nie przejażdżka! I celuj wyżej do jasnej cholery!

 

Drugi strzał. Prawie! Niech to!

 

Ktoś ich dogonił. Wyrostek, który miał najszybszego konia, zrównał się z nimi.

 

– Ale będzie nagroda. Całą wieś obiecał kasztelan za ciebie! – pisnął i zarzucił arkan. Na szczęście nieumiejętnie, bo Radomir zdążył go chwycić w locie i pociągnąć, tak że sługus wyleciał z siodła. Jego towarzysze nie zatrzymali się, by przypadkiem go nie stratować.

 

– Nie celuj tyle! Po prostu strzelaj!

 

Mścisława nie próbowała już trafić. Posyłała jedną strzałę za drugą, tak że pościg musiał się natrudzić, by nie wjechać przez przypadek pod strzałę. Nie zniechęciło to jednak bandy kasztelana.

 

Tym razem do przodu wysunął się zakatarzony. Był niewysoki, potrafił skryć się za końską szyją, by uniknąć strzały. Jego wierzchowiec nie miał jednak żadnej osłony. „Nie trzymaj tyle strzały, bo mięśnie osłabną i chybisz". Strzeliła od razu. Trafiła. Prosto w końskie płuco.

 

Zwierzę zarżało żałośnie, ale nie zaprzestało biegu. Pomału zwalniało, by wreszcie paść, przygniatając swojego właściciela.

 

– Dość tej zabawy. Ty od prawej, ty od lewej, ja z tyłu. Już! – zagrzmiał Kasztelan.

 

Mścisława sięgnęła po ostatnią strzałę.

 

– Jakieś pomysły?! – Radomir robił co mógł, by wykrzesać z wierzchowca jeszcze trochę energii.

 

– Skręcaj w las!

 

– Tu nie ma innej drogi!

 

– Zaraz będzie!

 

„Od grodu, na północ, za rzeką, traktem, koło starego dębu, zakręt w lewo". Powtórzyła w myślach Mścisława, modląc się by niczego nie pomyliła, ale czy można pomylić opowieść powtarzaną od dziecka?

 

Ku zdumieniu Radomira, miała rację. Ujrzeli ścieżkę odbijającą od szlaku. Można ją było łatwo przegapić, gdyż zarosła ją trawa i krzewy jałowca.

 

– Trzymaj się! – Szarpnął za wodze nawet nie próbując zwolnić. Mieli szczęście, że siedzieli na koniu bojowym i takie manewry wiele razy ćwiczył z Radomirem. Tylko dzięki temu, wierzchowiec zdołał nie tylko nie wyrzucić ich z siodła, lecz także wyrobić zakręt.

 

Za to kasztelan i jego dwóch pomagierów musiało zwolnić.

 

Ścieżka powoli ginęła, zlewając się z lasem, aż w końcu jedyną drogę wskazywał wąski pas zieleni, gdzie po prostu nie zdążyły wyrosnąć drzewa. Radomir Wtulił się w grzywę wierzchowca, a Mścisława w ramię jeźdźca. Gałęzie chłostały ich po głowach, a ziemia obrzucała błotem. W pewnym momencie, gruby konar prawie zmiótł ich na ziemię, lecz Radomir zdążył przechylić się na bok, pociągając królewnę za sobą.

 

Ta przeszkoda również spowolniła pościg. Ten nie musiał się jednak spieszyć, gdyż ich konie były o wiele bardziej wypoczęte.

 

Denar z galopu przeszedł w kłus. Bardzo nierówny i coraz wolniejszy. Nie pomagały prośby, groźby ani obietnice. W końcu Mścisława sięgnęła po nahaj i smagnęła nim wierzchowca. Z każdym uderzeniem sama czuła nieprzyjemne mrowienie, które jednak tylko upewniało jej rękę. Lepsze takie zmatowiałe odczucie niż prawdziwy ból. Radomir oczywiście zaraz wyrwał bicz jej z rąk, lecz i tak zdołała już zmusić Denara do ostatniego wysiłku.

 

Nagle przed nimi wyrosła kamienna ściana, a koń stanął dęba. Rumak wspiął się na tylne nogi. Jego rżenie odbiło się echem od skał, jakby ogłaszając naturze okrucieństwo istot, którym tak wiernie służył. Potem padł, a w zasadzie położył się, nawet tym ostatnim gestem pozostając lojalnym.

 

Radomir pożegnał go czułym głaskaniem po karku i mocnym ciosem czekana w głowę.

 

To było dziwne miejsce. Polana otoczona z jednej strony drzewami, a z pozostałych gładkimi skałami tworzącymi półokrąg. O tej porze roku powinno się tu roić od traw i młodych drzew, lecz ziemia przypominała wyschniętą skorupę. Uciekinierzy może i odczuwaliby niepokój przez te dziwne miejsce, gdyby nie bali się w tej chwili czegoś o wiele bardziej realnego.

 

– Tam jest panie!

 

– Pamiętaj, by nie zranić!

 

Pościg wpadł na polanę, a oni nie mieli drogi ucieczki.

 

Mścisława dotknęła szyi, lecz amuletu tam nie było. Krew odpłynęła jej z twarzy. Czyżby zgubiła go podczas pościgu? A może już w karczmie? Teraz to nie ma znaczenia. Jest zgubiona.

 

Jakby na potwierdzenie tej myśli, poczuła, że traci oddech. Musiała wspiąć się na palce, by zrobić wdech. Rękojeść czekana uciskała jej gardło, a kręgosłup wygiął się, tak że nie miała możliwości ruchu.

 

– Ani słowa – szepnął jej do ucha Radomir, cofając się wraz z nią, aż dotknął plecami nagiej skały.

 

Trzech zbójów wstrzymało wierzchowce.

 

– Co tym razem knujesz?

 

– Jeden nieprzemyślany ruch, a skręcę jej kark!

 

– To chyba nie przystoi drużynnikowi? – Kasztelan, mimo iż jego twarz nie wyrażała niepokoju, zaczął nerwowo gładzić brodę.

 

– Z koni! Nie będę drugi raz powtarzał! – Wykręcił czekan tak mocno, że Mścisława była pewna, że zaraz urwie jej głowę.

 

– W porządku. Schodzimy. – Sam dał przykład, a jego podwładni zeszli za nim. Zbliżyli się na odległość rzutu arkanem.

 

– Stać!

 

Tym razem posłuchali bez wahania.

 

– Oddać broń!

 

– Tak łatwo nie będzie Radomirze. Nie jesteś w sytuacji, by rządzić się, jak udzielny książę. Jeśli ona zginie, mi to życia nie zmieni. Po prostu stąd odjadę i nikt się o niczym nie dowie. Jeśli zaś zdobędę ją żywą. Cóż. Mam szansę zdobyć koronę! Ty zaś jesteś, jak zagnany w pułapkę jeleń. I, jak widzę, równie zdesperowany. Pamiętaj, że jeśli ona zginie, osobiście obedrę cię ze skóry. – W jego oku pojawił się błysk. Błysk pasji.

 

Radomir mimowolnie przełknął ślinę. Wiedział, że to bestia w ludzkim ciele. I że właśnie zerwała się z łańcucha.

 

– W takim razie zróbmy tak. Zostawię ją tobie, a sam ujdę ze swoją skórą.

 

– Puść ją zatem i możesz iść. Masz moje słowo.

 

– Nie tak to się odbędzie. Podajcie nam jednego konia. Ja wsiadam i odjeżdżam. Dziewka wasza. Uczciwy układ.

 

Kasztelan znowu pogładzi brodę i pokiwał głową w zamyśleniu.

 

– Uczciwy. Nie powiem, że nie. Mykoła! Daj mu Siwka i niech jedzie do siedmiu czartów!

 

Ospowaty ruszył wykonać polecenie. Tymczasem Radomir dyskretnie podał Mścisławie nóż.

 

– Jedź tak daleko, jak możesz. Omijaj osady. Nie chodź do zajazdów. Kocham.

 

Mścisława otworzyła szeroko oczy. Nie. To… to musi być podstęp. Jaki? Tego nie potrafiła powiedzieć, choć w intrygach wzrastała od dziecka. Przecież wiele razy jej to mówił. Powtarzał do znudzenia. Czy to możliwe, by to on nią teraz manipulował? Czy potrafiłby? On, naiwny rycerzyk?

 

Ospowaty ostrożnie stawiał kroki, jakby chodził po zamarzniętej rzece. W jednej ręce trzymał miecz, w drugiej lejce. Siwy koń, którego prowadził, strzygł uszami, jakby udzielał mu się niepokój jego pana. Gdy był zaledwie krok od nich, Radomir puścił królewnę i zamachnął się czekanem. Pachołek oczywiście zdążył zablokować cios, ale nie mógł jednocześnie uchronić się przed pchnięciem noża, wymierzonego przez Mścisławę w jego pierś. Głośno zachrypiał i osunął się na ziemię.

 

– Ty sukinsynu! – Kasztelan wraz z Rębajłą ruszyli w ich stronę.

 

– Jedź! Na co czekasz! – Radomir pobiegł na nich, wymachując czekanem.

 

Mścisława wskoczyła na konia. Miała dość miejsca, by wyminąć wszystkich i uciec. Znowu być niezależną. Popędziła wierzchowca. Kasztelan był zdumiony, gdy zobaczył, że pędzi wprost na niego. Na jego szczęście, nie zdążyła się rozpędzić tak, żeby połamać mu kości. Gdy się zderzyli, po prostu zwaliła go z nóg. Obróciła Siwka i zaszarżowała po raz drugi.

 

Tymczasem Radomir starł się z Rębajłą. Ten, sądząc po stylu walki, był doświadczonym wojownikiem i być może bez trudu pokonałby Radomira, gdyby nie to, że swój dwuręczny topór musiał trzymać przede wszystkim lewą ręką. Prawą wciąż miał w zakrwawionym opatrunku. Jego ciosy choć powolne, były niemal niemożliwe do zablokowania. Jednak to on głównie odpierał ataki Radomira, od czasu do czasu uderzając z furią, gdy wyczuł okazję. Drużynnik wciąż skakał wokół niego jak lis próbujący dosięgnąć szyi starego ogara.

 

Mścisława chciała tym razem uderzyć kasztelana z większą prędkością, a gdy będzie leżał, zadeptać końskimi kopytami. Nie przewidziała jednak, że Kasztelan nie jedno w życiu widział. Mimo swojej niedźwiedziej postury, zwinnie uskoczył przed rozpędzonym wierzchowcem i od razu zarzucił arkan. Mścisława poczuła, jak lina zaciska się jej na szyi. Wiedziała, że sznur zaraz napnie się, a siodło wysunie się spomiędzy nóg. Zeskoczyła. Za dużo powiedziane. Spadła, w połowie kontrolując lot. Uderzyła głową o ziemię, a przed jej oczami zatańczyło tysiące ogników.

 

To specyficznie rozgwieżdżone niebo przesłoniła jej postać Rębajły. Chciał ją przygnieść do ziemi, ale przeszkodził mu Radomir, który nie ustępował w ataku, pomimo że jego koszula nasiąkła krwią. Mścisława miała nadzieję, że to tylko rana się otworzyła.

 

– Do ślubu też będę cię musiał na sznurze prowadzić? – rzucił wesoło Kasztelan szykując się do wybrania liny.

 

Mścisława zrobiła pierwsze co jej przyszło do głowy. Po prostu chwyciła za nogę Rębajły i wzięła głęboki oddech. Gdy Kasztelan pociągnął za linę, poczuła jak powietrze z niej uszło, a ciało się napięło, gdy włóczył ją po ziemi, jak szmacianą kukłę. Jednak zdołała wytrącić Rębajłę z równowagi. Ten runął na ziemię, a silny cios czekana nie pozwolił mu wstać. Z jego czoła trysnęła krew i zaraz potem przestał wierzgać.

 

– Niech was zaraza! – ryknął kasztelan dosięgnąwszy wreszcie Mścisławy. Nie patrząc na to, że dziewczyna ledwo łapie ochłapy powietrza, uderzył ją z pięści, pozbawiając przytomności. Następnie plunął na ziemię i dobył miecza.

 

– Jak się czujesz bez swojej bandy mości kasztelanie? – Radomir dokuśtykał do niego. Ciężar spadł mu z serca, gdy zobaczył, że pierś Mścisławy delikatnie unosi się w oddechu.

 

– Jestem pod wrażeniem smarkaczu – rzekł władyka, postępując krok naprzód – poczytaj to za zaszczyt, że możesz ze mną walczyć.

 

– Owszem, jeśli zaszczytem jest ubicie takiej szumowiny.

 

Przez chwilę krążyli wokół leżącej królewny jak dwa sępy nad konającą ofiarą.

 

Radomir natarł pierwszy. Zadał cios z ramienia, lecz kasztelan uskoczył i sam wyprowadził pchnięcie. Drużynnik ledwo zdołał je zblokować. Od razu musiał obronić się przed zręcznym cięciem. Przyjął je na rękojeść i sam uderzył trzonkiem czekana. Trafił. Żuchwa przeciwnika chrupnęła nieprzyjemnie, a on sam odsunął się parę kroków. I tutaj Radomir popełnił błąd. Wyskoczył z tak śmiałym atakiem, że Kasztelan zdążył złapać w locie jego rękę i przerzucić go przez ramię jak worek żyta. Gruchnął o ziemię, a w stronę jego piersi już gnało ostrze. Zdołał je jeszcze odtrącić obuchem czekana, lecz sytuacja była beznadziejna. Olbrzym trzymał go w żelaznym uścisku i nie było szans by się wydostał.

 

Zobaczył, jak Mścisława próbuje wstać na trzęsących się nogach. Musi wytrwać. Musi wytrwać, do czasu, aż ucieknie. Ona nie może wpaść w ręce tego potwora. Zamachnął się, zmuszając kasztelana do zastawy. Ten wreszcie zdołał wyrwać mu czekan z dłoni.

 

– A śmierć z ręki szumowiny też jest zaszczytem? – spytał niewyraźnie, gdyż krew z rozbitej żuchwy zalała mu twarz.

 

Jednak Mścisława nie miała zamiaru uciekać. Nagle postanowiła nie opuszczać tego głupca, który okazał się głupszy niż sądziła. Przede wszystkim nadal musiała zrobić to, po co tu przyjechała. Całe to zamieszanie tylko spowolniło rozwój wypadków. Znalazła bowiem swój amulet, który po prostu przeleciał jej na plecy. Myśli latały w jej głowie jak stado nietoperzy, lecz zachowała dość jasności umysłu, by przypomnieć sobie zaklęcie. Powtarzała je latami niczym mantrę, która miała zmienić jej życie. Teraz przyszedł czas, by ją wypowiedzieć. Przyłożyła amulet do ziemi

 

– Na naszą przyjaźń. Przybądź w potrzebie. Zaklinam cię na Peruna, na Marzannę i na twoje słowo.

 

Nic się nie stało. Żadnego ognia, żadnych błysków, ani nawet drżenia ziemi. Walka trwała dalej. Królewna próbowała wstać, ale zakręciło jej się w głowie. Nie miła już siły. Zaklęła w duchu. Czyżby i to miało być kłamstwem? Coś co miało być szczerym ostrzeżeniem? Jedynym, jakie w życiu usłyszała? Największym z kłamstw królowej? Chciała wstać, ale nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a może tak jak ona nie widziały już celu w ciągłej ucieczce?

 

Radomir przełknął ślinę. Nie miał broni i leżał pokonany. Wiele razy w myślach wyobrażał sobie tę chwilę. Był wojownikiem, kiedyś musiało tak to się skończyć. Chciał odważnie spojrzeć przeciwnikowi w oczy, ale jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę Mścisławy. Ich spojrzenia się spotkały, a on zdobył się na uśmiech. Jeśli miał wcześniej do niej żal, to teraz zdawał się niewart nawet zastanowienia. Żałował jedynie, że nie zdołał jej obronić.

 

Nagle do jego uszu dobiegł jęk kasztelana i poczuł nieprzyjemny swąd. Miecz upadł na ziemię, a władyka trzymał się za poparzoną dłoń.

 

– Co się dzieje?! – krzyknął rozpaczliwie kasztelan.

 

Jakby w odpowiedzi, z drzewa sfrunęła pustułka. Nie! Nie pustułka. W momencie, gdy dotknęła ziemi zmieniła się w człowieka. Kobietę odzianą w szatę pustelniczą z kapturem. W naznaczonych drobnymi bliznami dłoniach trzymała kostur.

 

Zarówno Mścisława jak i Radomir zastygli w bezruchu. Jedynie Kasztelan zachował zdolność mowy.

 

– Czym jesteś maro? Czemu na mnie nastajesz?

 

– Odstąp od tego, co nie twoje – odpowiedziała postać głębokim głosem przywodzącym na myśl religijną ceremonię.

 

Kasztelan łypnął spode łba na Radomira, który zamarł, czekając sam chyba nie wiedząc na co.

 

– Chyba nie wiesz z kim masz do czynienia wiedźmo. Jam jest Raszyn! Niezwyciężony wojownik, kasztelan tej ziemi i przyszły król! – Podszedł bliżej tak, że zakapturzoną postać w całości oblał jego cień - Ja nigdy nie odpuszczam. – Dodał.

 

– A ja nie dam odebrać sobie tego, co samo do mnie wraca – szepnęła w odpowiedzi, tak że słyszeć mógł ją jedynie Kasztelan.

 

– To moja zdobycz i żadna czarnoksięska siła mi jej nie wydrze!

 

Rzucił się na nią, mając za broń jedynie własne, przypominające maczugi pięści.

 

Nie zdążył jednak dobiec. Jego kark zgiął się, postura skurczyła, a na ręce obrosły sierścią. Do wiedźmy podbiegł już wilk o czarnej jak smoła sierści. Nie atakował już jednak. Podkulił ogon i zaczął ostrożnie się cofać.

 

– Polowałeś dla samych łowów. Teraz nie będziesz miał wyboru. Precz.

 

Wilk zawył żałośnie i pognał między drzewa.

 

Zostali sami z tajemniczą kobietą, nie licząc martwego parobka. Nikt ich już nie ścigał, lecz mimo to byli gotowi do biegu.

 

– Kim… kim jesteś? – Radomir wstał ostrożnie, podpierając się na czekanie.

 

Odpowiedziało mu milczenie.

 

– Pomogłaś nam, więc zakładam, że…

 

– Ty jesteś Tomira. Wiedźma. – Królewna postąpiła krok naprzód.

 

Wywołana zwróciła się w jej stronę.

 

– A ty masz coś, co należy do mnie. – Zdjęła kaptur, a rzeka siwych loków spadła razem z nim jak wodospad. Twarz miała wysmaganą wiatrem i naznaczoną niewielkimi zmarszczkami. Oczy zdawały się być nieprzeniknione jak niebo w zimowy świt. Poruszała się z przesadnym spokojem, czym wzbudzała niepokój, jak całe to miejsce.

 

Wyciągnęła dłoń, a Mścisława ostrożnie wręczyła jej amulet.

 

– Sama nigdy by go nie oddała, a ja nie chciałam na próżno prosić. Ostatnim razem, gdy zwróciłam się z tym do niej, spaliła święty gaj, którym się opiekowałam. – Rozejrzała się dookoła i westchnęła.

 

Radomir tymczasem postanowił udawać, że nadal ma trudności z ustaniem na nogach. Jednocześnie mocno ściskał trzonek czekana, gotów rzucić się w wir nowej walki.

 

– Mówisz o mojej Matce? – spytała Mścisława, starając się uchwycić wzrokiem choćby cień emocji na twarzy wiedźmy. – Co cię z nią łączy?

 

Tomira westchnęła, obracając amulet w dłoniach jak starą zabawkę, którą pragnie się zachować jedynie przez sentyment.

 

– Wiem, że sporo ryzykowałaś dla tej rozmowy. Uwierz mi, nie było warto. – Skwitowała i obróciła się by odejść, albo raczej znowu zmienić się w ptaka. Mścisława błyskawicznie chwyciła ją za rękaw.

 

– „Ryzykowałam” to mało powiedziane. A wszystko dlatego, że Matka przestrzegała mnie przed złą i okrutną wiedźmą, którą przyzywa się amuletem w przeklętym gaju. Jeśli ona kogoś nienawidzi, to znaczy, że to dobry człowiek. Przynajmniej tak zawsze myślałam. - Dostała gęsiej skórki, gdy Wiedźma spojrzała na nią tymi zimnymi oczami.

 

– Same odpowiedzi są niewiele warte, jeśli nic z nimi nie idzie począć – rzekła zdawkowo.

 

– W co ty grasz do czorta!? – Radomir miał już dość. Sam już nie wiedział, czy tego bezczynnego czekania, czy tego, że coraz mniej rozumiał co się w ogóle dzieje.

 

– Nie musisz utykać. Zwłaszcza, że nie umiesz udawać – prychnęła królewna – możesz się go pozbyć? – Zwróciła się do Tomiry.

 

– Tylko, jeśli mnie zdenerwuje.

 

Radomir natychmiast przystanął. Popatrzył po śladach jakie zostawił wilk i przełknął ślinę. Jeśli wyjdzie z tego cało, przeprosi ojca, że nie wierzył w jego ostrzeżenia przed czarnoksięskimi siłami.

 

– Z drugiej strony, nie zwykłam przyjmować rozkazów. Zwłaszcza w moim domu i zwłaszcza od krewnych moich wrogów

 

Tym razem to Mścisława oblała się rumieńcem, a jej wzrok spoczął na popękanej ziemi. Chwilę tak stali, czekając, czy na kogoś spadnie wyrok.

 

W końcu wiedźma machnęła ręką.

 

– Siadajcie. Powiem wam coś o waszej królowej. Co z tym zrobicie, to wasza rzecz. Zaczerpnęła tchu i przymknęła oczy. Zapewne przywoływała wyblakłe wspomnienia.

 

– Jajko kukułki wygląda tak niewinnie, ale gdy już pisklę się wykluje, wyrzuca z gniazda wszystkie inne, aż zostaje samo w gnieździe. Ona jest jak kukułka, ale to ja zaniosłam ją do gniazda, gdy jeszcze była niegroźnym jajkiem. Swego czasu się przyjaźniłyśmy. Miejscowa wiedźma bywa tolerowana, ale raczej niewielu chce mieć z nią do czynienia. Ona była moim jedynym towarzystwem. Odwiedzała mnie w gaju, który rósł tu, gdzie teraz siedzimy i opowiadała o tym co słychać w wiosce. Miałam choć nikłe poczucie, że żyję razem z ludźmi.

 

– Czekaj. To znaczy, że musi pochodzić z jakiejś wioski nieopodal?

 

– Nie wiem, co ci naopowiadała, ale tak. Była prostą wieśniaczką z ambicjami nie pasującymi do jej stanu. Bardzo dobrze to jednak ukrywała. W każdym razie, pewnego dnia przyszła do mnie bardzo podekscytowana. Do wsi zajechał jakiś rycerz albo inny władyka. Nie znam się na tym. W każdym razie powiedziała, że zakochała się od pierwszego wejrzenia. Zaklinała się na naszą przyjaźń, że muszę jej pomóc. Kto by odmówił najlepszej przyjaciółce? Odprawiłam rytuał i dałam eliksir.

 

Pokazała im amulet na otwartej dłoni. Teraz Radomir mógł zauważyć, że to, co rzeźbiony ptak trzyma, w rzeczywistości jest korkiem. To była niewielka manierka. W sam raz, by dyskretnie wlać coś do napoju współbiesiadników lub do wody, którą podaje się spragnionemu wędrowcowi. Tomira tymczasem kontynuowała.

 

– Biedak zakochał się. Moje eliksiry zawsze działają. Wziął ją na zamek i poślubił. Zorganizował wesele i… zmarł w dość dziwnych okolicznościach. Podczas pogrzebu doszło do pożaru, w którym „przez przypadek" zginęli niemal wszyscy jej potencjalni konkurenci. Ci co przeżyli, woleli milczeć. Ja o tym wszystkim wtedy nie wiedziałam – nie zabrzmiało to, jak usprawiedliwienie. Raczej, jak gorzkie stwierdzenie faktu. – Znowu byłam sama, a wieści dochodziły sporadycznie. Wiedziałam jednak, że wróci. Nie wypadało zapraszać wiedźmy do zamku, lecz przecież dałam jej amulet. W razie kłopotów, mogła tu z nim przyjść i powiedzieć zaklęcie, a ja pospieszyłabym jej na pomoc. Pewnego dnia zaklęcie mnie przyzwało. Przybyłam inaczej niż dzisiaj. Bez przygotowania. Bez upewniania się, że za drzewami nie ma zbirów. Bez podejrzeń. Zdrada bolała. Jednak trafienie z łuku omal mnie nie zabiło. – Uchyliła szaty i pokazała bliznę na wysokości żeber. – Ledwo uszłam z życiem, a ona, by osłabić moją moc, spaliła gaj.

 

Mścisławie nie uszło uwadze, że na oku Wiedźmy zaszkliła się łza.

 

– Zaszyłam się w puszczy. Od tamtej pory starałam się śledzić wydarzenia. Wiem, że wplątała się w sieć intryg. Powoli, lecz nieuchronnie wyrzucała kolejne jaja, aż została sama w orlim gnieździe. W dodatku z koroną na głowie i berłem w dłoni, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Od tego czasu wiodę życie wygnańca. I nie ukrywajmy. Zasłużyłam sobie.

 

Zanim Radomir zdążył choćby wyrazić współczucie, twarz Mścisławy zaczerwieniała się jak podgrzewane kowadło, a język uderzył z siłą młota.

 

– W takim razie na co ona zasłużyła? Na bezpieczeństwo? Na tron? Na to fanatyczne uwielbienie? – Oddech miała płytki, a Radomir mógłby przysiąc, że z jej oczu idą iskry. Prawda zdawała się dodać jej nowej energii. Zupełnie jak wtedy, gdy planowali razem ucieczkę…

 

– Zdajesz sobie sprawę, że jesteś jej następczynią? – Twarz czarownicy ukryła się w mroku, bo słońce ledwo już tliło się na horyzoncie. – To twoje dziedzictwo.

 

– Wyrzekam się go. Wy nie wiecie, do czego jest zdolna. Na co jest gotowa, by utrzymać się przy władzy. Trzeba to zakończyć.

 

Radomira oblał zimny pot. Choć wiedział o jej nienawiści do Matki, tak łatwo przychodziło jej mówić o jej zabójstwie, jakby było to dla niej czymś naturalnym.

 

– Możesz po prostu zaczekać. Nie ma innych pretendentów do tronu – powiedział, siląc się na sarkazm.

 

– Wtedy będę jej wspólniczką. Nie obejmę po niej tronu inaczej niż przez bunt. Nie! – dodała uprzedzając zarówno Tomirę jak i Radomira. – Zamach to za mało. Co z tego, że zginie, jeśli przeżyje potwór, którego stworzyła. Tak. Mówię o szpiegach, torturach, grabieżach i strachu. Ten potwór-jej państwo, żyje już własnym życiem. I zapewniam was, że strawi każdego, kto spróbuje go rozerwać od środka. Nie mam racji? – Zwróciła się w stronę Radomira. Ten z trudem wytrzymał pioruny, jakie szły z jej oczu.

 

– Życzę ci powodzenia – odpowiedział, mając nadzieję, że tym razem zdołał wykrzesać ironię ze swego głosu.

 

– Ja również – dodała Tomira.

 

Mścisława jednak nie ustępowała.

 

– Tak chcesz zadośćuczynić temu, co zrobiłaś?

 

Ta strzała musiała tym razem sięgnąć serca, bo Wiedźma zamarła na chwilę i po raz pierwszy brakło jej słów.

 

– Inaczej nie mogę – powiedziała, schyliwszy głowę.

 

– Mylisz się. – Mścisława również podniosła się z ziemi. – Pomóż mi obalić królową.

 

– Nie wiem, co sobie o mnie myślisz, ale nie posiadam armii.

 

– Ale widziałam co potrafisz i wiem też, czego potrzebujemy – odchrząknęła. – „Urodzaj daje wdzięczność dla władczyni, nieurodzaj, armie dla jej wrogów." To jej słowa. Jestem pewna, że potrafiłabyś sprowadzić suszę. Susza dam nam nieurodzaj, a on armię.

 

Radomir w pierwszej chwili pomyślał, że się przesłyszał.

 

– Czy ty wiesz co mówisz?! Chcesz sprowadzić głód na swoich poddanych, by zdobyć władzę!? – uniósł czekan, a Mścisława sięgnęła po swój sztylet, który zgubił Raszyn wraz z ubraniem.

 

– Ludzie są zbyt zastraszeni i omamieni! Zapomnieli, co to wolność, ale o chleb będą się bić! Muszą stać się zdesperowani! Wtedy za mną pójdą!

 

– Na pewną śmierć!

 

– Ku wolności! – Zerknęła na Tomirę. Ta jednak odsunęła się o krok, nie chcąc się mieszać do kolejnej walki. – Przecież potem przywołasz deszcze.

 

– Albo motłoch zostanie zgnieciony przez drużynników!

 

– Nie dopuścimy do tego. – I ku zdumieniu Radomira, schowała sztylet, nie zważając, że on nadal trzymał broń.

 

– My? – zapytał zdezorientowany.

 

– Byłeś dla mnie gotowy zdradzić swoją władczynię i swego ojca. Teraz proszę. Zdradź ich w imię sprawiedliwości.

 

– Chyba w imię twojej zemsty. Mój honor…

 

– Każe ci szpiegować prostych ludzi, trzymać zakładników w wieżach i skrytobójczo mordować towarzyszy broni, nie wiedząc nawet na czym miałaby polegać ich zbrodnia.

 

– Nie czyniłem tego!

 

– Ale służysz tej sprawie. Jesteś pachołkiem tyrani. Wiedziałeś doskonale, po co Kasztelan lubi chodzić do karczmy. I coś z tym zrobiłeś?

 

– Zamilcz. – Zrobił ruch jakby miał zadać cios, ale królewna pozostała niewzruszona.

 

– Przestań w końcu uciekać i stań do walki jak rycerz, za którego się uważasz!

 

Pomału opuścił broń. Ciążyła mu krwią, jaka spłynęła z jego dłoni przez lata służby dla „miłosiernej’ władczyni. Pokręcił głową, nie godząc się na własne szaleństwo.

 

– Dobrze, ale to ja poprowadzę armię. Po zwycięstwo. Nie na śmierć – I ku jej największemu zdumieniu, uklęknął przed Tomirą. - Proszę, daj nam wszystko naprawić. Ja Radomir, syn Dagomira, błagam cię o pomoc. – Maska obojętności na twarzy czarownicy w momencie opadła. Zakryła dłonią usta, a z jej oczu popłynęła strużka łez.

 

– Już raz wmieszałam się w ludzkie sprawy – rzekła drżącym głosem – drugi raz tego błędu nie popełnię. – Chciała się cofnąć, ale Mścisława również klękła, choć zapewne przyszło jej to z trudem.

 

– Błagamy cię. Bez ciebie nie damy rady.

 

– Ale…

 

– Bierność nigdy nie zmywa winy – powiedział jeszcze Radomir – tylko czyny mają taką moc. – Wiedźma kiwnęła głową w zamyśleniu. Otarła łzy i nakazała gestem, by wstali.

 

– W tym sezonie deszcze nie spadną, ale musicie działać szybko. I nie wiem, jak ludzie dokładnie zareagują na suszę…

 

– Resztę załatwią podatki, korupcja i pieśni o królowej morderczyni…

 

– Niech więc się stanie. – Wbiła kostur w ziemię i wyciągnęła do nich ręce. Oboje je chwycili, a po chwili, z pewnym wahaniem, uścisnęli także i swoje.

 

Radomir czuł się jak we śnie. Twarze zdążyły zniknąć w mroku nocy, a słowa brzmiały, jakby dochodziły przez ścianę.

 

– Przeklinam tę ziemię, którą rządzi morderczyni, trucicielka, mężobójczyni – szeptała Wiedźma, dodając słowa w niezrozumiałym dla niego języku. Pamiętał, że każde położyło dłoń na kosturze. Pamiętał sztylet. I ból, gdy ostrze nacięło mu dłoń oraz krew, która spływała po rzeźbionym drewnie kosturu, prosto pod ich nogi.

 

– Niech tę ziemie deszcz omija, niech wiatr jej nie głaszcze, niech słońce ją pali, póki nie napoi się krwią przelaną w imię zemsty.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Skoiastel 4 miesiące temu
    Zbetuję kawałek, żebyś mógł zobaczyć, na co mógłbyś zwrócić uwagę przy następnych częściach, bo ta nie prezentuje się za dobrze. O fabule się nie wypowiem, bo nie przeczytałam za dużo, po prostu nie umiałam się wczuć i „przedrzeć”, błędów jest po prostu za dużo.
    Kilka przykładów:

    „Bielone wapnem ściany, rozbudowany krużganek oraz gęsta strzecha na dachu, [przec. zbędny] dawały podróżnym znać, że nie jest to byle rudera, lecz porządny zajazd. Nie było jednak, [przec. zbędny] co się dziwić”.

    „- Idealne miejsce[,] by zacząć - rzekła w duchu Mścisława, zeskakując z konia”. – Skoro w duchu, to dlaczego zapisałeś tę mowę niezależną w formie wypowiedzi dialogowej?

    Kłują mnie w oczy dywizy zamiast myślników.

    „Wszak przybytek stał na skrzyżowaniu głównych traktów. (…) Przed karczmą stały powbijane w rzędzie pachołki, przy których stały przywiązane wierzchowce”. – Stało to, stało tamto…

    „- Przywiąż – rzekła[,] rzucając mu lejce”. – Przy imiesłowach współczesnych (czasownikach zakończonych na -ąc) zawsze stawia się przecinek. Tak samo, na przykład, tutaj:
    „Szynkarz uśmiechnął się[,] pokazując rząd żółtych zębów”.

    „- Ty chyba nie wiesz[,] z kim masz do czynienia! - Chciała powiedzieć, ale powstrzymała się w porę, bo[,] owszem[,] nie wiedział[,] z kim ma do czynienia i tak miało, puki [póki!] co, pozostać”. – I znów. Jeśli bohaterka chciała tak powiedzieć, ale ostatecznie ich nie wypowiedziała, a pomyślała, zapisałeś to błędnie. Zastosuj cudzysłów, pomiń dywiz. + „Póki co” traktowany jest jako rusycyzm, potocyzm. W beletrystyce, w narracji, poza dialogami nie polecam.

    „Wręczyła też chłopakowi miedzianą monetę, z instrukcją[,] by nakarmić i napoić wierzchowca”.

    Średnie wrażenie robią ci powtórzenia i mocno oklepane techniki przedstawiania miejsc akcji:

    „Wnętrze gospody wyglądało [na] przestronne, lecz była to głównie zasługa gości (…). Dlatego w jednym miejscu, [przec.zbędny] ludzi było tak gęsto, że szynkarka z trudem mogła donieść pospólstwu kolejne kufle gorzały. (…) Atmosfera była radosna. Pod ścianą stały rzędy beczek gotowych do opróżnienia. Zza drzwi kuchennych dochodziły łechcące nozdrza zapachy, w kominku trzaskał ogień (na zewnątrz było nieco chłodno) (…)”. – Zobacz chociażby, ile masz tu czasownika „być”.
    Dalej to samo:
    „Nie była przyzwyczajona do długiej jazdy konnej. Musiała choć na chwilę się położyć. Dlatego była gotowa uszczuplić sakiewkę zabraną Radomirowi”. – Tekst po prostu nie wygląda na dopracowany aż tak, takie drobiazgi spłaszczają ci styl. Spróbuj przed publikacją ze dwa razy przeczytać tekst na głos, aby usłyszeć te powtórzenia i się ich pozbyć.

    „- Gospodarzu. Macie wolny pokój? - Spytała, starając się by jej głos nie brzmiał zbyt kobieco. Wyszło jednak mało przekonująco”. – Błędny zapis dialogów. „Spytała” od małej. [polecam: https://www.wspolnymi-silami.pl/2015/03/poprawny-dialog.html]

    „Ledwo mogła dostrzec oczy, [przec. zbędny] schowane między przetłuszczonymi włosami. Gdy jednak pokazała parę miedziaków, rozbłysły, [przec. zbędny] jak płomień świecy”.

    „- Kobieta, [przec. zbędny] odziana w prosty kaptur, z długim sztyletem przy boku i złotem w sakiewce. Wypisz[,] wymaluj uciekinierka. Co? Rodzice za mąż wydać chcieli? A może w ciąży z jakimś pachołkiem? - [akapit zamiast myślnika; wypowiedź nie należy do bohaterki] Była zbyt zszokowana, by odpowiedzieć od razu.

    „- Ano nie mój. [zbędna kropka] - [od małej litery] Karczmarz pokiwał smutno głową. [zbędna kropka] - ale karczma moja”.

    „W wyobraźni, [przecinek zbędny] przebiegły jej najgorsze scenariusze”. – No już bez przesady… Dalej też:
    „Suma, [przecinek zbędny] musiała go zadowolić”. Ogólnie tu jest jeszcze taki problem:
    „- Ja również. - Wysunął kościstą dłoń po zapłatę, a ona wysypała na nią połowę sakiewki. - [zbędny dywiz] Suma, musiała go zadowolić (…)”.

    „- Co mnie to obchodzi[,] głupia babo!?”.

    „Kilku kmieci piło samotnie, wciśnięci w kąt izby” – wciśniętych.

    ,,Jeśli ktoś nie jest szczęśliwy, jest problemem" usłyszała w głowie słowa matki za co skarciła się w myślach. – Dwa przecinki nie tworzą dolnego cudzysłowu. Na to jest komenda: ALT+0132 (na klaw. numerycznej). Na zamknięcie: ALT+0148

    ,,Trzeba patrzeć na całą szachownicę, a ona nie kończy się na granicach mojego państwa." – W cudzysłowie nigdy nie stawia się kropki. Ta ląduje zawsze na zewnątrz.

    Ogólnie spróbuj nie nadużywać imiesłowów współczesnych (zakończonych na -ąc). Nie pasują do stylizacji quasi-średniowiecznej, bo nadużywane uwspółcześniają tekst. U ciebie jest ich dość sporo, często padają jeden po drugim jak w scenie dynamicznej współczesnego kryminału. Przez to czyta się szybko, ale trudno się wczuć w atmosferę tekstu stylizowanego jednocześnie na raczej starawy. No i poza tym, to robi się powtarzalnie:

    „- Ciężkie czasy, prawda? - rzekła[,] podchodząc do kmiecia.
    - Bywały lepsze - mruknął[,] nie podnosząc wzroku”.

    „Z tym, [przecinek zbędny] że oni w polu nie robią”.

    „(...)powiedział,[przec. zbędny] nieco głośniej[,] niż było to konieczne”. – Gdy w zdaniu składowym po „niż” wisi jeszcze czasownik, przecinek jest wymagany.

    „- Oddajesz, [przec. zbędny] ponad połowę tego, co zbierzesz z pola”.

    Ogólnie dużo w tym tekście jest błędów, które zwykłam nazywać „leniwymi”. Jakby po prostu nie chciało ci się sprawdzić tekstu przed opublikowaniem go i jakbyś wrzucił go od razu po napisaniu. A przez to ciężko się czyta, niechętnie się przez to przechodzi i łatwo odpuścić. Okej, można nie być mistrzem przecinków, ale już poprawny zapis dialogów to podstawowa wiedza dla kogoś, kto chce pisać. Im szybciej się z nią zapoznasz, tym szybciej będziesz oddawał poprawniejszy materiał odbiorcom.
  • Stańczyk 4 miesiące temu
    Dziękuję, że podjęłaś się betowania. O wielu zasadach słyszę po raz pierwszy.
    Akurat czytałem kilka razy przed opublikowaniem, ale to mnie oczywiście nie usprawiedliwia.
    Z twoimi uwagami, sądzę, że uda mi się poprawić, tylko w tej sytuacji chciałbym oszczędzić inny czytelnikom czasu i usunąć tekst z publikacji puki nie będzie gotowy. Nie mogę jednak znaleźć takiej opcji w interfejsie. Czy coś pominąłem, czy jest to z niemożliwe? Czy prościej będzie napisać na początek, że betowanie jest w toku czy coś w tym stylu? Nie wiem jeszcze jakie zwyczaje tu panują.
  • Skoiastel 4 miesiące temu
    hmm, usuwać się nie da; właściwie nie wiem, jakie tu panują zwyczaje, bo dawno mnie tu nie było. Mogę ci polecić po prostu wstawić informację nad postem, że może on ulegać zmianom i sobie w nim jakoś dłubać. :)
  • Stańczyk 4 miesiące temu
    Skoiastel Dziękuję raz jeszcze :-)
  • Dekaos Dondi 4 miesiące temu
    Stańczyk–tekst można edytować(np. usunąć) i wgrać w to samo miejsce–profil–publikacje.
    Tylko trza chociaż po 2 kropki zostawić:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania