LBnP -6 - Warstwy
Wstrząs nastąpił w momencie, kiedy lotka rzucona przez Janka trafiła idealnie w czerwony środek tarczy. Chłopak zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Instynktownie podszedł do okna wychodzącego na zachód. W oddali ujrzał srebrnego kolosa idącego w kierunku ich wsi.
– Nadchodzi, kurwa! – zawołał na całe gardło, zbiegając po schodach do kuchni.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Chwilę zajęło, zanim przypomniał sobie o festynie na boisku szkolnym. Potem spojrzał w kalendarz. Miał go idealnie przed sobą. Duży z motywami góralskimi, jak sobie zażyczył ojciec. Niedziela. Pieprzona niedziela. Tego blaszanego skurwiela nie powinno tutaj być, pomyślał chłopak, przeczesując nerwowo grzywkę. Kolejne pół minuty chodził w kółko, a wstrząsy narastały. Pierwsze talerze zaliczały bolesne lądowania na podłogę. Boisko było po drugiej stronie wsi. Szybka matma. Jakieś półtora kilometra. Stamtąd do schronu kolejny kilometr. Wybiegł z domu, zabierając bluzę i telefon komórkowy. Dzień był słoneczny, ale wiatr nieprzyjemnie zacinał, jakby chciał na siłę udowodnić, że połowa kwietnia to jeszcze nie czas, aby cieszyć się wiosną. Kolejny wstrząs, o wiele potężniejszy niż poprzednie. Blaszak najwidoczniej zaczynał radosne stepowanie. Janek wyciągnął z garażu rower i popędził w stronę szkoły. Po drodze mijał krzątających się w panice ludzi. Większość pakowała co najcenniejsze do bagażników aut, niektórzy już ruszali. Zielony Jaguar jakichś dzianych warszawiaków, którym zachciało się na emeryturze posmakować uroków wypizdowa o mało nie rozjechał chłopaka. Kierowca chyba uznał, że gówniarza można już spisać na straty. Janek dał po hamulcach w ostatnim momencie. Nigdy nie lubił tych buców z Mokotowa czy tam innego Ursynowa. Sam pedałował, ile miał tylko pary w nogach. Niektórzy przyglądali mu się w przerwie od panicznego gromadzenia dobytku w aucie, wszyscy z tym samym grymasem przerażenia.
Kiedy minął skrzyżowanie obok sklepu, ujrzał pierwsze skrawki budynku szkoły wyłaniające się zza zagajnika. Na moment stracił czujność i po kolejnym wstrząsie wylądował w rowie. Zaklął pod nosem, a potem jeszcze raz, o wiele głośniej widząc kolejne mijające go samochody, gnające zdecydowanie szybciej niż przepisowe pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.
Wrócił na szosę nie zważając na ból kolana i ciepłe strugi krwi spływające po nodze. Musiał dojechać. Musiał.
– Stepowanko, stepowanko! – krzyczał wesoło monstrualny blaszak. Wiedział doskonale, że dla ludzi jego głos słyszalny jest jako niezrozumiałe skrzeki, piski i warkoty. Ale co tam, lubił stepować i przy tym wesoło pokrzykiwać.
Dźwięki miażdżonych domów i aut sprawiały mu najwięcej przyjemności. Co jakiś czas musiał jednak zaopatrzyć się w jakieś dorodne drzewo liściaste, aby posłużyło za zgarniacz miazgi przylepionej do spodu stóp. Pozbywał się jej z wręcz teatralnym namaszczeniem, dokładnie obserwując odpadające kawałki gruzu zmieszanego z krwawą miazgą domowników, którzy tym razem nie mieli tyle szczęścia.
Kiedy Janek wparował na boisko szkolne, panika wśród festyniarzy osiągała już próg bezrefleksyjnego biegania wkoło. Rodziny szukały się wzajemnie w popłochu, jedni wpadali przy tym na drugich. Janek zdążył kątem oka obserwować już trzy osoby mocno poturbowane przez spanikowany tłum.
– A ty co tak stoisz jak widły w gnoju? Uciekaj, ratuj się, do cholery! – zabrzmiał znajomy głos za plecami.
Chłopak odwrócił się i zobaczył dyrektora szkoły, pana Jaworskiego. Facet uchodził za oazę spokoju i kwiat elokwencji w okolicy. Widać jednak w takich okolicznościach nawet najlepsze maski potrafią opaść.
Znowu wstrząsy. Jeden za drugim, jeden za drugim. Ludzie zaczęli upadać na trawę jak manekiny. Janek wbiegł w tłum w momencie przejściowym, ale za nic nie potrafił odnaleźć znajomych twarzy rodziców. Przez chwilę baczniej lustrował jedną parę idącą pośpiesznie do bocznej furtki, kiedy nagle nad jego głową przeleciał czerwony meteoryt. Tak mu się wydawało, dopóki obiekt nie trafił idealnie w grupkę kilku osób krzątających się obok namiotu z grillowaną kiełbaską i karkówką. Czerwona fontanna juchy obryzgała panikarzy będących najbliżej. Meteorytem okazał się Seat sołtysa.
Janek jeszcze chwilę powracał do rzeczywistości i już miał biec dalej, kiedy zobaczył Ewę z równoległej klasy. Oboje chodzili do tego samego liceum, ale w czasach pokoju szanse chłopaka były raczej mizerne. Tym razem postanowił wykorzystać okazję.
– Siemka, dymasz się?
Dziewczyna spojrzała na Janka bez cienia zaskoczenia.
– Pewnie – odparła bez namysłu.
***
– Zaraz, zaraz. Co ty, kurde, zarywałeś noce na superprodukcje z TV4?
– A co ci niby nie pasuje?
– Daj minutkę… hmmm… no nie zgadniesz!
– Weź, daj spokój. Chłopak był całe życie zdesperowanym prawiczkiem, a teraz ma okazję się wyszaleć.
– Całe życie mówisz? A ja myślałem, że tacy goście to do dwunastego roku życia nie mają większych problemów niż przegapiony odcinek premierowy Bakugan na Cartoon Network.
Bart zmierzył małymi, zielonymi ślepkami niedogoloną twarz Farta.
– Jedno nie wyklucza drugiego. Poza tym w czasie bezpośredniego zagrożenia życia apokalipsą ludzie robią różne rzeczy – upierał się przy swoim Fart.
– Przecież w tym świecie ten blaszak nawiedza ich regularnie.
– Znowu się czepiasz!
– Mam powody! Chłopie, klepiesz znaki, kleisz historię, a na końcu kwitujesz wszystko przygodnym dymankiem! Chłopak dopiero co szukał swoich starych. Na pewno był nieźle wystraszony. A wtedy dobry bóg-scenarzysta postanowił wypieprzyć jego poziom testosteronu w kosmos.
– Czyli co, nie przejdzie?
Bart przewrócił oczami z irytacją.
– Nieee.
– Jesteś kompletnie pozbawiony wyobraźni.
– Mogłeś wybrać temat z tymi… no, jak im tam…
–Kemonomini.
– Właśnie. Z tymi Kemo-durniami.
– Wiesz co? – Fart wstał nagle, przyjąwszy pozycję oburzonego nastolatka obok kumpla twarzą w twarz. Prawie stykali się nosami. Fart długim i lekko zakrzywionym a Bart o wiele krótszym za to szerokim jak komin lokomotywy.
– Wyrzuć to z siebie, proszę bardzo – uprzedził wydarzenia Bart.
– Uważam, że nie powinieneś wtykać swojego kulfona jak oberżyna, gdzie nie trzeba. To moja historia, moje zasady…
– Twoje dymanko – wtrącił Bart.
– Znowu zaczynasz.
– Nie, wydaje ci się tylko. Uważam, że historia o stępującym blaszanym robocie zakończona niespodziewanym aktem kopulacji głównego bohatera z panienką, o której do tej pory mógł tylko marzyć to na mur-beton twoje opus magnum.
Fart jeszcze długo po tym jak Bart wyszedł z pokoju, trzaskając przy tym ostentacyjnie drzwiami, był przekonany o swojej racji.
– Zawsze mam problem z tymi zakończeniami.
– Tylko z zakończeniami?
– A co, masz jakieś inne zastrzeżenia?
– Skądże. Wiesz, ja bym dał, że gość zszedł na zawał?
– Tak po prostu?
– No chłopie, skoro i tak pisałeś historię, w której bohater pisze własną, która kończy się niespodziewanym dymaniem, niczym w klasykach pokroju “Stawka większa niż cyce”. Taki nagły zawał będzie idealnym zakończeniem.
Komentarze (5)
https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-linki-do-w934/
Wrzucaj tu linka, zmień oznaczeniem na
LBnP -6 – "tytuł"
Wpadnę później jeszcze, po czytaniu 👌
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania