Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Największy cz.1
Jeden z wieśniaków odchrząknął i zapytał, stojąc obok mężczyzny jedzącego zupę:
– Mistrzu… co to jest?
– Licho wie – odparł, wyciągając rękę po następny suchar – Jeśli mówicie prawdę… będzie ciekawie. Atakuje kobiety i dzieci?
Ośmiu mężczyzn pokiwało głowami.
Blondyn wstał, jednym haustem opróżnił niemal całą miskę i otarł usta. Górował nad nimi o głowę, a opancerzone naramienniki odbijały światło kominka. Poza nimi nosił tylko ćwiekowany pancerz, skóry i pasy. Gdyby nie jasne włosy i łuk na ramieniu, można by pomylić go z niedźwiedziem.
– Atakował – odezwał się niski wódz o długich wąsach – Wczoraj zabił Hana, zdrowego chłopa, myśliwego. Gdy go znaleźliśmy… był…
Blondyn uciszył go krótkim gestem.
– Pokażcie mi ciało. Z opisu nic nie wyciągnę.
– Już go zakopaliśmy – westchnął wódz – U nas zmarli długo nie leżą. Pogoda i zwierzęta są tu zbyt zdradliwe. A że rodziny nie miał…
– Rozumiem. Dajcie łopatę i pokażcie, gdzie leży.
– Mistrzu… naprawdę chcesz go odkopywać w taką śnieżycę?
– Właśnie dlatego. Miał własną chatę?
– Miał. Nikt jeszcze tam nie zaglądał…
– W takim razie ją zajmę. Jeśli trzymacie się zwyczajów, i tak się rozleci albo rozbierzecie ją wiosną. Każda z opcji jest dobra. Kiedy zacznę badać ciało, smród rozejdzie się wszędzie.
Wieśniacy spojrzeli po sobie z niepokojem.
– Mróz dobrze konserwuje – dodał spokojnie. – Ale kiedy zacznie się rozmrażać, rozkład przyspiesza.
Mężczyźni wymienili zdumione spojrzenia. W końcu wódz odezwał się niepewnie:
– Mistrzu Denhagrze…
– Tak?
– Nie mógłbyś po prostu… zabić bestii?
Denhagr parsknął cicho.
– Gdyby wiedział, co to za zwierzę. To od razu wyruszyłbym na polowanie, ale te góry są zbyt rozległe, nawet dla mnie. Muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia. Rany powiedzą mi więcej niż wy.
Wódz skinął głową.
– Rozumiem… Ludzie! Łopaty. Pomożemy mistrzowi.
Grupa rozeszła się po sprzęt.
Denhagr wyciągnął ostrze przypięte do piersi – krótkie, ale masywne. Przejrzał się w jego wypolerowanej powierzchni, wyszczerzył zęby i próbował językiem usunąć resztki jedzenia. Wtedy podszedł do niego chłopiec. Miał może dziesięć lat. Mężczyzna spojrzał na niego kątem oka.
– Zabijesz to? – zapytał chłopak.
– Z tego, co mówili twoi rodzice, to groźne zwierzę.
– Ma cierpieć – powiedział chłopiec twardo, niemal rozkazująco.
Denhagr schował broń i spojrzał na niego uważnie.
– Nie przypisuj zwierzętom ludzkich cech. One zabijają, bo muszą – są głodne albo się boją.
Ludzie też zabijają, żeby przetrwać. Jednak częściej zabijają dla władzy, pieniędzy czy zabawy… To nas różni, choć wciąż my również jesteśmy zwierzętami.
Chłopiec wciąż patrzył na niego ze wściekłością. Denhagr zdjął z pleców łuk – ogromny, niemal jego wzrostu. Jedno ramię oparł o ziemię, a drugie przyłożył do chłopca, mierząc go.
– Widzisz? Jesteś w połowie.
Wyciągnął łuk w jego stronę.
– Spróbuj go naciągnąć.
Chłopiec naparł z całej siły. Cięciwa drgnęła ledwie zauważalnie. Nie brakowało mu tylko mięśni – jego ramię było zbyt krótkie.
– Gniew nie sprawia, że jesteś silniejszy – powiedział spokojnie Denhagr. – A nawet gdybyś był silny, jesteś dzieckiem. To by cię powstrzymało. Zemsta to sprawa dorosłych.
– Hun la, Fu, Jun i Han – wycedził chłopiec. – Tak się nazywali.
– To byli twoi przyjaciele?
Skinął głową.
– Jak masz na imię, mały?
– Qiu.
– Możesz przyjść i patrzeć, jak badam ciało Hana. Jeśli chcesz się mścić, nie powinieneś się tego bać.
Chłopiec zawahał się. Jego twarz zdradzała strach. Denhagr wskazał na siebie.
– Mam taką samą skórę jak ty. Byłem kiedyś w twoim wieku. Też miałem czarne włosy. I też czułem gniew, smutek, ale zemsta nigdy nie odda tego, co już stracone.
Chłopiec zamarł. Po chwili rozpłakał się, bezskutecznie próbując powstrzymać łzy.
– No… zrozumiałeś. Teraz idź się bawić. Albo ucz się walczyć.
Denhagr wyszedł z chaty. Śnieżyca nieco przycichła, a na zewnątrz czekała już grupa uzbrojonych chłopów. Nie tracili czasu – od razu poprowadzili go na miejsce.
– Widziałem, że mistrz rozmawiał z Qiu – odezwał się wódz.
– Tak. Bestia zabiła jego przyjaciół. Chłopak chce zemsty.
– Rzadko płacze. Ostatni raz widziałem go w takim stanie cztery lata temu, gdy zginął jego ojciec.
– Nie jesteś jego ojcem?
– Nie. Przyjąłem go pod dach. Po śmierci Iszima został sierotą. A ja nie mam ani żony, ani dzieci…
– głos mu zadrżał – Przynajmniej nie jest u mnie pusto.
– Hojnie.
Wódz prychnął.
– Szczerze? Wolałbym, żeby ruszył w świat. Nie jest silny ani bystry… a tutaj tacy długo nie przeżyją.
– Mocne słowa.
– Bo to ciężkie miejsce, mistrzu. Nikt poza łowcami i szaleńcami się tu nie zapuszcza.
Denhagr skinął głową.
– Rozumiem. Przywiązanie… tradycja.
Zatrzymali się przy świerku.
– Tu – wskazał wódz.
Denhagr od razu spostrzegł znak na korze.
– Mądrze. Oznaczyliście miejsce.
– Stary zwyczaj grzebać bliskich pod drzewami i zaznaczać pnie.
– Dobry zwyczaj – mruknął, dotykając pnia. – I dobre noże.
Wódz uśmiechnął się krzywo, pokazując ostrze. Myśliwski nóż był krótki, ale jego ostrość była niepodważalna.
– Tym się utrzymujemy.
– Dość gadania. Kopiemy.
Ciało szybko wydobyto i przeniesiono do jego chaty. Było to proste, dwupokojowe domostwo: izba dzienna i izba nocna. Do tej drugiej Denhagr nawet nie zajrzał, skupiając się wyłącznie na swoim zadaniu. Zmrożone zwłoki położono na ziemi, obok stołu.
– Kominek nie był używany od kilku dni – odezwał się wódz, wskazując na kamienną dobudówkę. – Drewno może być wilgotne.
Denhagr usiadł przy stole i położył na nim torby.
– Obejdzie się. Możecie iść.
Mieszkańcy wyszli bez słowa. Uczony otworzył jedną z toreb i wyjął z niej narzędzia chirurgiczne, które z pietyzmem rozłożył na blacie. Po lewej stronie ułożył haczyki i kleszcze, po prawej noże, skalpele i małą piłę do kości.
– Tyle powinno wystarczyć – mruknął.
Wyciągnął małe kadzidełko i zapalił je krzemieniem. Zapach był ciężki i mdły, ale zdawał się go nie zauważać. Usiadł przy ciele.
– Mężczyzna… około dwudziestu paru lat… – mruczał pod nosem. – Mieszkaniec.
Spojrzał na dłonie – Myśliwy.
Zauważył dużą bliznę na ramieniu.
– To lis. A to niedźwiedź. Stare rany. Niezwykłe… że w takim miejscu udało ci się to wszystko zaleczyć.
Odwrócił ciało. Obrażeń było tyle, że trudno było rozróżnić ich początek i koniec. Zatrzymał się i nachylił:
– Dlaczego ślady są takie…?
Rany były szerokie jak po ataku niedźwiedzia, ale ich krawędzie były zbyt gładkie. Zbyt płytkie.
– Mniejsza siła… ostrzejsze pazury… lampart?
Położył trupa na plecach i przyjrzał się śladom szczęk na brzuchu.
– To bez wątpienia wilki. Kilka… – liczył – trzy… nie, cztery. Para i młode.
Westchnął cicho. – Żerowały na padlinie.
Jeszcze raz odwrócił zwłoki.
– Zginął od ataku w plecy.
Zmrużył oczy. – Ale to nie niedźwiedź… nie pasuje.
Zawahał się.
– Człowiek…? – pokręcił głową. – Nie. To wioska kowali, ale żaden człowiek nie stworzyłby takiej struktury pazurów. To bez wątpienia ślady po ataku zwierzęcia.
Denhagr spędził godzinę, sprawdzając głębokość ran. Gdy nagle, coś zwróciło jego uwagę.
– Dwie…? – zapytał i nachylił się bliżej – Jedna na drugiej… Pierwsza – szeroka, płytka, po pazurach. Druga – wąska. Prosta. Głęboka. Ta przebiła serce.
Spojrzał na szyję – ta była nienaruszona. Wtedy spostrzegł, że ktoś patrzy na niego przez okno. Nie odwrócił się, jedynie nasłuchiwał. Istota zachowywała się jak człowiek, nie dyszał na szkło, ale przy tym, nie odzywał się.
W końcu łowczy powiedział:
– Jeśli szukasz schronienia, wejdź. Gospodarz nie ma nic przeciwko.
Istota przed domem natychmiast uciekła. Dopiero po tym Denhagr podszedł do okna. Na zewnątrz znów szalała burza, zasłaniając widok.
Westchnął – Rozumiał. Oby ta bestia naprawdę istniała – i była groźna.
Resztę nocy spędził nad pracą i badaniem ciała. Rano ktoś zapukał.
Komentarze (2)
Całkiem nieźle się zapowiada.
Miło mi to słyszeć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania