Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Największy cz.4
Łowczy opuścił ręce i odszedł, żegnany wyzwiskami i szyderami. Jednak nie zaszedł daleko, ukrył się wśród drzew i obserwował wioskę. Nocą, gdy wszystkie światła zgasły z domów, po cichu zaczęli wychodzić ludzie. Denhagr śledził ich, jedynie nasłuchując ruchów grupy, by żaden z jej członków nie wyczuł jego obecności. Po oddaleniu od wioski zbieranina rozmawiała cicho, ale dość swobodnie.
– W końcu możemy to zakończyć – zaczął jeden, męski głos.
– To i lepiej, bo łapa tego stwora już zgniła – odparł drugi, a po nim tak znajomy Denhagrowi głos.
– Tylko zostawimy ślady na Qiu.
– W ogóle to niesamowite, że mistrz go znalazł Iszime – odparł kolejny – wódz zabił go wiele wiosen temu – myślałem, że już dawno zwierzęta go zjadły.
– Szczelina jest wysoka, a wejście od dołu jest zbyt strome. Przynajmniej tak mi się wydawało.
W końcu, mężczyźni dotarli na polanę.
– Tu leży? Nie widzę, zapalcie więcej pochodni – rzekł wódz, a polana rozświetliła się, ujawniając ich w pełni.
Była to grupa, ośmiu mężczyzn. Stali nad chłopcem leżącym twarzą do ziemi. Jeden z nich trzymał na wielkim i grubym kiju, odciętą pasiastą łapę. Ustawili ją na ciele, gdy nagle odezwał się starzec.
– Poczekajcie – wódz podszedł bliżej – tu jest rana.
Starzec nakierował „narzędzie”, utrzymując je w prostej linii. Pazury rozcięły skórę i mięso.
Grupa powtórzyła to kilka razy.
– Nareszcie, będziemy mogli spalić to paskudztwo.
– Jeszcze został Iszim – odezwał się starzec.
– Wodzu, nikt się o niego nie upomni. Każda baba i dziecko, boją się wychodzić, a jak zobaczyli Hana i Xao, to już żadne nie pomyśli o ucieczce czy chodzeniu w góry.
Wódz pokiwał głową – Dobrze, ty z Ozu, jutro przyniesiecie łeb potwora. Qiu zostanie tu, kilka dni, żeby zgnił. Jeśli chodzi o łapę, zostawimy ją. Jest bardzo przydatna.
– Ale gnije – zauważył jeden z wieśniaków.
– Weźmiemy tylko pazury. Kobiety i dzieci nie poznają śladów. To będzie kolejny „potwór”. Gdyby któreś z nich, chciało nas jeszcze wmieszać w zewnętrzne sprawy.
– Czyli… możemy wracać? – zapytał, spoglądając na zwłoki chłopca. – Bo nie chcę na to patrzeć.
– Tak. Wracamy – rozkazał wódz.
Gdy odeszli, Denhagr podszedł do ciała chłopca.
– Pchnięty w plecy, a rana zamaskowana inną – powiedział smutno, wstając.
Mistrz strzelił karkiem i ściągnął z ramienia łuk. Strzała bez trudu usadowiła się na majdanie. Łowczy szybko i bezszelestnie dogonił grupę, mężczyźni rozmawiali, a niesione przez nich pochodnie doskonale oświetlały ich głowy. Denhagr wymierzył, naciągnął cięciwę, ale nie strzelił.
„To nic nie zmieni” – pomyślał, opuszczając łuk i odszedł.
Do chaty zielarki dotarł około północy. Wszedł do środka. Ślady ataku wciąż były widoczne, a powietrze przesycał ciężki zapach śmierci. Usiadł przy stole. Spojrzał na drewniane serce. Zmęczony uniósł wzrok. Naprzeciw niego siedział Han. A raczej jego ciało. Martwe oczy wpatrywały się w łowczego, a ramiona obejmowały górną połowę Xao. Dziewczyna była odwrócona plecami, jakby nie chciała pokazać twarzy.
Denhagr patrzył na nich, gdy nagle kątem oka dostrzegł coś na podłodze. Przy wejściu, leżał Iszim. Zamarznięty. Nieruchomy. A jednak… jakby oddychał.
– Dlaczego nas nie pomściłeś?
Głos padł tuż za jego plecami. Denhagr zamknął oczy na ułamek sekundy.
– Nic by to nie zmieniło.
– Dla ciebie – nic. Dla nas – wszystko.
Qiu stanął po drugiej stronie stołu.
– Nas? – zapytał spokojnie łowczy. – Zabijanie winnych nie jest moim obowiązkiem.
– Ale mogłeś to zrobić… dla nas…
– Nie jesteście nimi – przerwał mu Denhagr. – Nie jesteście ludźmi.
Chłopiec podszedł bliżej.
– Spójrz na mnie. Mam twarz. Mam głos. Więc kim jestem?
Denhagr wskazał na pozostałych.
– Dlaczego Han milczy? Dlaczego Xao nie odwraca się do mnie? Dlaczego Iszim leży tam, a nie stoi obok was?
Milczenie.
– Gdybyście byli prawdziwi… nie bylibyście ograniczeni tym, co widziałem.
Zjawy nie odpowiadały.
– Za każdym razem, gdy badam ciało… mój umysł próbuje nadać temu wszystkiemu sens – powiedział cicho. – Tworzy was, ale tylko z tego, co już wiem.
Qiu patrzył na niego długo.
– Więc uznajesz naszą śmierć za sprawiedliwą?
Denhagr pokręcił głową. – Nie do mnie to należy.
Mrugnął. I wszystko zniknęło. Został sam.
Następnego dnia Denhagr podążał za Ozu, mężczyzna nawet przez chwilę nie czuł zagrożenia. Doprowadził go do zniszczonej, drewnianej chaty. Śledzony wszedł do środka, a łowczy obserwował go przez okno. Wieśniak otworzył klapę w podłodze i zszedł niżej. Denhagr, choć na zewnątrz, dość to dobrze słyszał rozmowę.
– Odrąbałeś mu łeb?
– Staram się – odparł drugi mężczyzna, uderzał w szyję masywnego kota.
– Obrzydliwe – powiedział Ozu.
– Nie narzekaj, mnie też baba wkurwiała, a teraz przynajmniej będę miał spokój, bo ja ubiłem potwora.
– Przecie widać, że to Han strzelał, ty z łuk strzelać nie potrafisz. Nawet jak ciął nożem, to myśliwskim.
– A nie potrafię. Wyciągnę strzałem i baba nie pozna.
W tym momencie, do chaty wszedł Denhagr i stanął nad klapą. Mężczyźni stanęli jak wryci, wpatrując się w niego jak w wściekłe zwierzę. Stojąc niczym, gniótł ich wzrokiem. Ten sam niedźwiedź znad miski zupy teraz sam wyglądał jak potwór.
– Miałeś stąd odejść.
– Właśnie…
Zignorował ich, oglądając gnijące truchło – Tygrys, wielki tygrys ze strzałą w oku oraz rany na całym torsie. To Han go zabił, a wy zabiliście jego – zagryzł wargę – Potwór istniał. Jego ostatnią ofiarą była zielarka. Każda następna… to wasza robota.
– My tylko robimy, co wódz kazał.
– Właśnie, my nic…
Przerwał im – Rzucie broń i się wynoście.
Wieśniacy błyskawicznie znaleźli się na górze i uciekli. Mistrz odprowadził ich wzrokiem, do momentu, gdy zniknęli w gęstym lesie. Po tym zszedł na dół i kucnął przy truchle. To było wysuszone. Pozbawione przedniej łapy i jednego z kłów.
– Największy tygrys, jakiego widziałem. Jak się tu znalazłeś? – zapytał, spoglądając na ślady po licznych pchnięciach i przejeżdżając po nich – furia, rozpacz i… zemsta – westchnął smutno – Nie powinno cię tu być.
Denhagr wspiął się po drabinie i wyciągnął z torby mały pakunek, po czym podpalił go i rzucił, w środek chaty. Spróchniałe deski zajęły się ogniem niemal natychmiast. Mistrz oglądał zawalenie domostwa z daleka, potem wrócił do wioski. Po raz ostatni zobaczył grupę mieszkańców – samych mężczyzn, uzbrojonych w pałki i siekiery. Zatrzymał się w odległości rzutu kamieniem.
– Miałeś stąd odejść – zaczął wódz.
– Zabiliście dzieciaka i Hana. Dlaczego?
– Nie twój interes! – krzyknęli wieśniacy, lecz wódz uniósł rękę i uciszył ich.
– Han sam na siebie sprowadził śmierć. Nie powinien był szukać. Nie powinien był chodzić nad grań. Wtedy by tego nie znalazł.
– A dzieciak?
– Qiu… – głos starca na moment zadrżał.
– Zabiliście ojca, syna i człowieka, który chciał oddać zmarłym, choć odrobinę szacunku – powiedział Denhagr z wyraźną pogardą.
– Szacunku? – prychnął wódz. – Han cierpiał i przypadkiem go znalazł… – warknął – To wszystko wina Iszimy, chciał zniszczyć wioskę. Buntował kobiety i dzieci przeciw nam. Dopiero teraz możemy żyć jak dawniej. Z dala od twojego świata…
– Ludzie… – syknął Denhagr, robiąc krok naprzód.
Grupa cofnęła się, a starzec wciąż mówił – Mistrzu, nie radzę ci nic robić. Jest nas ośmiu. Ty jesteś sam.
Denhagr zacisnął pięść, ale jego głos pozostał spokojny:
– W nocy mogłem was wybić co do nogi, ale nie zabijam dla zabawy… ani dla zemsty. Poza tym zmarnowaliście już dość mojego czasu.
Odwrócił się.
– Wodzu… mam jeszcze jedną prośbę.
Starzec milczał, patrząc na niego uważnie.
– Zostawcie ich ciała tam, gdzie leżą. Lepiej, żeby zjadły je zwierzęta… niż żebyście wy jeszcze ich dotykali.
Po tych słowach odszedł, nie oglądając się za siebie.
Koniec…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania