Poprzednie częściNajwiększy cz.1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Największy cz. 3

Minęły dwa miesiące. Ludzie przyzwyczaili się do obcego, który w zastępstwie za zabitego myśliwego przynosił im upolowane wilki. Bestia zdawała się ukrywać.

– Wybiłem większość wilków w okolicy. Raczej żaden nie zaatakuje już nikogo z wioski.

– Rozumiem. A potwór?

– Nie znalazłem żadnych śladów, tropów ani legowiska.

– W porządku. Mieszkańcy może nie kochają mistrza, ale te wilki poprawiają im nastroje.

– Nie wątpię. Jutro wybiorę się nad grań. Widziałem ją z daleka – tylko tam jeszcze nie byłem.

– Nie, tam mistrz nic nie znajdzie. Jest tam tylko rozpadlina. Han czasem tam chodził i mówił, ostrzegał, żebyśmy się nie zapuszczali w te rejony – odparł wódz pewnym tonem – To spore ryzyko. Śnieg może kryć niepewny grunt.

– Mimo wszystko lepiej to sprawdzić, może bestia tam weszła i przepaść zrobiła resztę.

Starzec usiadł przy stole – Nie zatrzymuję. Choć między nami – jako wódz uważam, że choć mistrz bestii nie dopadł, to jednak spłacił zobowiązanie, które obiecał spełnić, gdy dawaliśmy ci jadło. Wilki to też pewnego rodzaju bestie, prawda?

– To zwierzęta. A ja przybyłem tu, by ubić potwora – odparł Denhagr, lekko zdziwiony.

– Rozumiem, ale jak mistrz widzi – dwa miesiące bez ataku. To pierwszy spokojny okres od blisko roku.

– Tak. Możliwe, że przeniosła się na inne ofiary. Śnieg zmalał, więc pewnie jest więcej dużych zwierząt. Dla waszego i mojego spokoju sprawdzę jeszcze tę grań. Jeśli nic nie znajdę, ruszę dalej.

Wódz pokiwał głową.

– Dla naszego bezpieczeństwa. Do jutra, mistrzu.

– Do jutra.

Denhagr wrócił do domu Hana, po wejściu dorzucił drewna do tlącego się kominka i ustawił na nim mały garnek z zupą. Potem usiadł przy stole, ogarniając wzrokiem cały pokój. Mimo że mieszkał tu już długo, wnętrze pozostało niemal nienaruszone – jakby chciał zachować ślad dawnego gospodarza.

Westchnął ponownie, pogrążając się w rozmyślaniach:

„Przed moim przybyciem były dwadzieścia trzy ofiary. Każdą badał Han. Z tego, co mówił wódz, wszystkie poprzednie pasują do działania tygrysa. Atak od tyłu rany po pazurach na plecach i ślady szczęk na szyi – warknął – Gdybym tylko mógł zbadać je sam.

Tylko Han nie pasuje do wzorca, jakby stwór wiedział, że jest myśliwym i go tropi. Z czystego sadyzmu rozszarpał mu plecy, by wykrwawił się powoli. Teraz zaś nie atakuje, jakby wiedział, że jestem w wiosce, że ze świeżego śladu będę w stanie go wytropić. To pasuje do lykantropa… – zganił się w myślach – Nie, to niemożliwe, one nie istnieją. Sz’kar, omijam problem. To jest zwierzę".

Denhagr wstał, ściągnął wywar z ognia, zjadł zawartość garnka i położył się na ziemi.

„Nie lubię łóżek” – pomyślał, zasypiając. Obudził się nazajutrz i niemal od razu wyruszył w góry.

Droga do grani zajęła mu ponad trzy godziny, lecz w końcu dotarł na szczyt, przecięty blisko pięćdziesięciometrową rozpadliną. Spojrzał w dół. „Z tej wysokości nic nie widzę”.

– Może będę w stanie tam zejść albo się wspiąć – mruknął, idąc wzdłuż krawędzi klifu.

Nagle jego oczom ukazał się dziwny widok. Spod roztopowego śniegu wystawał grot.

– To pewnie strzała Hana – mruknął, delikatnie ją podnosząc – Choć… coś tu jest dziwnego.

Lotki strzały wykonano z biało‑szarych piór. Na jednej widniała brunatna plama.

– Krew – syknął i spojrzał na grot – Czysty. Muszę się rozejrzeć.

Łowczy odszedł od klifu i zagłębił się w las. W jego głębi znalazł jeszcze osiem identycznych strzał. Gdy zebrał je wszystkie, zaczął je oglądać.

– Na żadnej nie ma krwi, jakby po prostu wypadły. Muszę wrócić do wioski i się upewnić.

Denhagr ruszył najszybciej, jak potrafił. Gdy dotarł do osady, od razu zapukał do wodza.

– Coś się stało, mistrzu?

– Han wracał z polowania, prawda? Gdy został zabity?

– Tak, na drodze do wioski.

– Macie jego łuk i kołczan? – zapytał, widząc zdziwienie starca.

– Kołczan mamy, ale łuku… nie znaleźliśmy.

– Rozumiem – odparł Denhagr, zauważając spojrzenie Qiu. Chłopiec patrzył smutno.

– A na grani mistrz coś znalazł? – dopytał wódz.

– Na grani nie, ale gdy wracałem. Miałem wrażenie, że coś mnie śledzi. Dlatego biegłem.

– Nawet wielki uczony się boi, miło to słyszeć – uśmiechnął się starzec, lecz Denhagr pozostał poważny.

– Bałem się raczej, że ktoś zginie.

Wódz natychmiast spoważniał.

– Tak, mistrz dobrze prawi. Zwołam mieszkańców, lepiej wszystkich przeliczyć.

– Jeśli będę potrzebny, będę w domu Hana.

– Oczywiście, mistrzu.

Denhagr wrócił do chaty i ponownie rozłożył strzały. Wtedy za oknem zobaczył Qiu.

– Wejdź – powiedział. Chłopiec odsunął się od okna i wszedł do środka.

– Znasz te strzały? – zapytał Denhagr.

– To strzały Hana.

– Wiesz może, gdzie jest jego łuk?

Chłopiec zastanowił się chwilę.

– Nie.

– Powiesz mi, jak wyglądał?

Dziecko cofnęło się niepewnie.

– Chcę poznać prawdę i zabić potwora, ale potrzebuję twojej pomocy.

Qiu skinął głową.

– Był bardzo ładny, z ciemnego drewna. Długi, ale krótszy niż ten mistrza.

– Han był dobrym strzelcem?

Chłopiec znów pokiwał głową.

– Zdarzało mu się gubić strzały?

– Tak, ale zawsze wszystkie je zbierał. Bardzo dbał o swoje rzeczy. Podobno mój tata go tego nauczył.

– A czym zajmował się twój tata?

– Też był myśliwym.

– Dziękuję, mały. Leć do domu – powiedział Denhagr, zbierając się do drogi.

Łowczy ruszył pod grań. Gdy dotarł do jej stóp, zaczął się rozglądać, skupiając się na szczelinie. Jej fragment był widoczny z poziomu lasu, lecz dno znajdowało się jakieś dziesięć metrów wyżej, za wapienną ścianą.

– Bez wspinaczki się nie obejdzie – stwierdził.

Zrzucił torby, broń, większość oporządzenia, a nawet buty. Została mu jedynie cienka koszula i spodnie. Wyciągnął z torby konopną linę, przewieszając ją sobie przez ramię. Następnego usiadł na ziemi, powoli cyklicznie łapiąc i wypuszczając powietrze. Trwało to chwilę, aż w końcu wstrzymał oddech, spoglądając w górę na ścianę, tak, jakby mógł ją rozkruszyć samym wzrokiem.

Wziął długi wdech, po którym wrócił zwykły rytm jego oddechu.

„To zaczynamy” – chwycił się wapiennej ściany.

Dotarcie na szczyt, zajęło mu mniej niż pół godziny. Gdy był już na miejscu, rozejrzał się szybko, wnętrze szczeliny pokrywał białe płaty śniegu, a zwykle hulający wiatr, jakby ustał.

„Teraz lina” – pomyślał, owijając ją wokół jednego z kamieni i zrzucając w dół – „Zabraknie z metr, czy dwa. Muszę się pospieszyć, bo palce już mi drętwieją”.

Wszedł głębiej w szczelinę. Niedługo potem natknął się na pierwszą poszlakę: roztrzaskany łuk z ciemnego drewna wystający spod topniejącego śniegu.

„Więc to tu zginął”.

Ruszył dalej, a w głębi szczeliny leżał martwy mężczyzna, ubrany w myśliwski strój. Obok niego leżał łuk, kołczan oraz strzały inne niż te Hana.

– Ciebie na pewno nie zabiła bestia – mruknął, pochylając się nad zwłokami. Ciało było zamarznięte, leżało twarzą do ziemi. Plecy były czyste, bez śladów, poza jedną.

– Mężczyzna, około trzydziestu lat, myśliwy – westchnął – Więc ty musiałeś być Iszim. Twój syn, na pewno, nie chciałby cię takiego zobaczyć.

Wrócił do sprawdzania – Kości roztrzaskane od upadku, ale zginął od pchnięcia w plecy – ocenił, sprawdzając głębokość rany – Krótkie ostrze, coś jak nóż myśliwski.

Wyciągnął dłoń z ciała.

– Grubość zgadzałaby się z drugą raną Hana – spojrzał na skutą lodem twarz martwego – Ironia, że zabili was ludzie.

Denhagr zabrał oba łuki i wrócił do ściany. Zejście, choć niebezpieczne, przebiegło bez większych trudności. Ubranie poprawiło mu samopoczucie.

– Czas wracać – rzucił krótko, choć w środku czuł niewypowiedziany niepokój.

Droga do wioski była pusta. Gdy zbliżył się do osady, mieszkańcy wyszli mu naprzeciw.

Krzyki pojawiły się natychmiast.

– Wynoś się – grzmiał wódz, lecz Denhagr ignorował to – wynoś się.

– Kto zaginął? – zapytał, spokojnie jakby spodziewając się takiej reakcji.

Nastała cisza.

– Qiu – wyszeptał wódz.

Mężczyzna zacisnął pięści, po czym cisnął obydwa łuki pod nogi wieśniaków – Macie w wiosce mordercę, nie potwora. Znalazłem kolejnego trupa…

– To już nie twoja sprawa, Denhagrze – oznajmił twardo starzec – odejdź.

– Zaginął, tak? Jeśli nie macie ciała chłopca, znajdę je.

– Nie.

Łowczy opuścił ręce i odszedł, żegnany wyzwiskami i szyderami.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • zsrrknight godzinę temu

    "Przed moim przybyciem było dwadzieścia trzy ofiary" - były
    "To jest zwierzę." - zabrakło cudzysłowu na końcu
    "pięć dziesięciometrową rozpadliną" - pięćdziesięciometrową

    no ciekawe jak to się ostatecznie skończy

  • Aleksander Zaraza

    Dzięki za uwagi. Czasem coś zmienię czy usunę i nie zauważę, że się nie klei z resztą zdania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania