Poprzednie częściNieoczywiste

Nieoczywiste część 2

Wracając z redakcji Potwarzycki roztrząsał wydarzenia chylącego się już ku końcowi dnia. Dywagował, czy może nie był zbyt srogi dla tej w gruncie rzeczy poczciwej kobiety. W jego świadomości tlił się wątły płomyk poczucia winy. Iluż artystów zaczynało swój maraton ku sławie od uraczenia świata totalną chałą? Kornelia prawdopodobnie wcale nie stanowi jakiegoś ewenementu, po prostu tak jak tysiące innych pragnęła zdobyć poklask i laur docenianej dramatopisarki, jednak przy przekuwaniu swych zamierzeń na rzeczywistość wybrała, delikatnie mówiąc, środki nietrafione. Po chwili niewygodnych wątpliwości Ireneusz jął analizować przypadek Miedlińskiej przez pryzmat setek wcześniejszych, mniej lub bardziej pamiętanych, prób wdarcia się do elitarnego grona luminarzy teatru. Przez ponad dwadzieścia lat oglądania spektakli najróżniejszego kalibru reżyserów oraz wysmażania ociekających sarkazmem recenzji można zyskać niemałe doświadczenie. Ireneusz postrzegał sens swojej pracy w nieco bombastyczny sposób. Wedle jego mniemania krytyk literacki winien mieć poczucie misji, mianowicie: misji polegającej na dostrzeganiu w porę każdego beztalencia, które postanowiło zasiać chaos w królestwie Melpomeny, w którym winien panować niezmienny ład.

 

Ireneusz Potwarzycki od dawna stanowił szarą eminencję krytyki teatralnej. Przez lata sumiennej pracy oraz pozyskiwania sobie atencji środowiska, w jakim się obracał, stał się nie lada figurą. Jego opinię traktowano niczym dogmat. Teoretycznie mogłeś jej nie aprobować, ale to właśnie on dysponował poparciem niemal wszystkich znamienitych pism, traktujących o sztuce. Nawet periodyki toczące swoistą wojnę o czytelników z miesięcznikiem Potwarzyckiego nierzadko cytowały wyimki z artykułów bezlitosnego w punktowaniu uchybień i powściągliwego w komplementach recenzenta. Cięty język, umiejętność formułowania myśli w absolutnie nieszablonowy sposób oraz błyskotliwość, to znaki rozpoznawcze każdego z wywodów Ireneusza, orbitujących wokół ukochanej dyscypliny.

 

Ten medal posiada jednak dwie strony. Wiecznie skłonny do szermowania ironicznymi uwagami krytyk literacki miał o wiele pokaźniejsze grono zaciekłych wrogów aniżeli adherentów. Nie sposób zliczyć ilu artystów musiało albo zakończyć swoją przygodę z teatrem już na starcie albo udać się na przedwczesną emeryturę, po tym, jak Potwarzycki zlinczował ich w jakimś artykule. Czy wyjątkowa surowość w ocenie danego dzieła była zawsze w pełni uzasadniona? To akurat niełatwo stwierdzić, lecz niewątpliwie Ireneusz nie pozostawiał suchej nitki na kimkolwiek, kto został przez niego uznany za kompletnego safandułę w kwestii obdarowywania szerokiej publiki swymi literackimi płodami tudzież aktorskimi kreacjami. Jeżeli ktoś sądzi, iż Potwarzycki przeżywał ataki dojmującej melancholii z uwagi na nienawiść, jaką darzyli go rozgoryczeni przedstawiciele artystycznego półświatka, to jest w grubym błędzie. Cały ów resentyment ukierunkowany na jego osobę, postrzegał w kategoriach kosztów wkalkulowanych w ryzyko szczególnej misji, której, w swym mniemaniu, był wykonawcą.

 

Odgoniwszy niepotrzebnie zaburzające myśli refleksje dotyczące swojego zachowania, Ireneusz Potwarzycki postanowił zawitać do swojej ulubionej kawiarenki . Był w wybornym nastroju i chciał wykorzystać go do cna, dodając przy popołudniowej kawie drobne korekty do najnowszej recenzji.

 

Po niedługim czasie, popijając już ulubioną kawę i uzupełniając swój tekst w skupieniu, mężczyzna zauważył, że coś jest nie tak. Nie zorientował się wprawdzie od razu, ale całkiem szybko zwrócił uwagę na to, że w kawiarni zapanowała całkowita cisza. Żadnych wesołych pogwarek, głosów klientów dokonujących zamówienia czy dźwięku odstawianych filiżanek.

 

Ireneusz rozejrzał się, nieco zbity z tropu, po pomieszczeniu i ze zdziwieniem spostrzegł, że jest w lokalu sam. Z jednym wyjątkiem. Przy stoliku po lewej siedziało nader osobliwe indywiduum. Przeraźliwie chudy oraz wysoki jak tyczka mężczyzna opatulony był wyraźnie za dużym na niego płaszczem, który leżał na nim w taki sposób, iż wywoływał dość komiczne wrażenie. Płaszcz prezentował się, jakby wyrwano go wprost z muzealnej kolekcji odzieży, będącej w użyciu jakiś wiek temu. Przywodził na myśl stosowane w armii okrycia, tyle, iż z międzywojnia. Mimo owego zgoła ekscentrycznego stroju, Ireneuszowi wcale nie było do śmiechu, bowiem fizys osobnika wyglądało naprawdę upiornie. Twarz, wyposażona w orli nos, pod którym znajdował się zawadiacko podkręcony wąs robiła tak przeszywające dreszczem wrażenie w dużej mierze przez parę bacznie obserwujących Ireneusza oczu. Obydwa były czarne jak onyks, a lustrowany przez nie Potwarzycki czuł się tak, jakby przed ich spojrzeniem nie mógł skryć się żaden jego sekret. Ogólnie, nietuzinkowy jegomość prezentował się niechlujnie. Nie chodzi tu jedynie o zmechacone odzienie, lecz również o samą fizjonomię, przedstawiającą się w zbliżony sposób do oblicz opojów, proszących o datek na tanie wino. Ubarwione karminowo nos oraz policzki, w zestawieniu ze splątanymi, zatłuszczonymi włosami mogłyby rodzić podejrzenia co do trybu życia dziwnej persony. Powierzchowność kloszarda wzbogacała para niezwykłych oczu. Było w nich coś tak napawającego zgrozą, ale i magnetyzującego, że choć Ireneusz bał się jak diabli, to mimo wszystko nie umiał przestać w nie patrzeć.

 

Ireneusz nie miał bladego pojęcia, jak powinien postąpić. Kusiło go, aby zwyczajnie wyjść z kawiarenki i jak najszybciej puścić w niepamięć, to przedziwne doświadczenie, lecz jakaś niewidzialna siła trzymała go w swych mocarnych kleszczach. Stoicki spokój enigmatycznego osobnika coraz silniej drażnił Potwarzyckiego, a zarazem przepełniał go wzmagającym się nadal strachem.

 

“ Przyspawali mu zad do krzesła czy co? Co to za pochrzaniona maskarada?”

 

Wtem, usta mężczyzny wykrzywiły się w uśmiechu, odsłaniając rząd zębów, których nienaturalna wręcz biel kontrastowała z szatą zewnętrzną abnegata. Krytyk literacki wzdrygnął się na ten widok. Miał wrażenie, jakby uśmiech posłał mu żywy trup. Przez zmianę w fizjonomii odzianego w płaszcz mężczyzny Ireneusz znalazł się o krok od wpadnięcia w panikę. Wiedział, że musi prędko przerwać niepokojącą ciszę, bo inaczej widok szczerzącej się do niego maszkary, przypominającej postać wyrwaną wprost z tandetnej powieści grozy, przytłoczy go do tego stopnia, że postrada zmysły na amen.

 

Przez dłuższą chwilę nie umiał wykrzesać z siebie choćby słówka, ale w końcu, starając się zachować uprzejmy ton, zagaił:

 

– Wy-wybaczy pan, ale czy my się znamy?

 

Jedyną odpowiedź stanowiła ta sama cisza. Ireneusz pomyślał najpierw, że facet musi być pod wpływem jakichś środków odurzających lub czegoś w tym guście.

 

“Może jest zupełnym fiołem. Wciąż gapi się na mnie i promienieje tym kurewskim uśmiechem, jakbym był jego kumplem z tej samej meliny.”

 

Ekscentryczny jegomość, zamiast udzielić repliki, zerwał się z krzesła tak raptownie, iż Potwarzycki omal nie wyzionął ducha z przestrachu. W jego świadomości zalśniła niczym neon okropna myśl, że lada moment stanie się ofiarą jakiejś w nietypowy sposób sprokurowanej egzekucji. Obyło się jednak bez sceny zasztyletowania bojaźliwego krytyka teatralnego. Mężczyzna trzema długimi krokami pokonał dystans dzielący go od miejsca, gdzie znajdował się Ireneusz, po czym za chwilę siedział już vis-a-vis rozmówcy.

 

Ireneusz odzyskał odrobinę spokoju ducha, choć fizys dziwacznego osobnika ulokowanego o ledwie pół metra od niego odstręczała go jeszcze bardziej niż, gdy obaj byli w pewnym oddaleniu od siebie. Bez wątpienia szykowała się jakaś pogawędka z wielbicielem staromodnej garderoby, jednak Potwarzycki obawiał się, jaki będzie finał tego spotkania. Huragan pesymistycznych wizji w jego głowie przerwał zadziwiająco dźwięczny i melodyjny głos mężczyzny.

 

– Drogi panie, uniżenie proszę o wyrozumiałość. Zhańbiłem się poważnym nietaktem, wparowując do tego uroczego lokalu w tak impertynencki sposób. Nie było mym zamysłem wywoływać w panu lęk, wprost przeciwnie, przybyłem, ażeby wręczyć panu zaproszenie na niezwykłe wydarzenie, którego, by tak rzec, będzie pan jedną z głównych gwiazd. – odrzekł całkowicie swobodnie, jakby, to co mówi nie mogło wzbudzać najmniejszych wątpliwości.

 

Ireneusz czuł się zbity z pantałyku. Roztrząsał w myślach o jakież to wydarzenie mogło chodzić sondującemu go wzrokiem dziwakowi.

 

– Obawiam się, że zaszła jakaś pomyłka, w moim zawodzie najczęściej z góry wiadomo na jakie to szczególne wydarzenie zostanie się zaproszonym. A tak w ogóle, to cóż to za impreza? – zaindagował, cały czas pragnąc utrzymać spokojny ton, chociaż było to trudne z uwagi na opanowujący go przestrach.

 

– Powiedzmy, że to raut organizowany przez szalenie panem zaintrygowaną personę, którą stać na zapewnienie rozrywek prawdziwej noblesie.

 

Szafowanie zagadkami było teraz ostatnim, co uszczęśliwiłoby Potwarzyckiego.

 

“ O czym on pierdoli? Może garstka osób mnie co najwyżej szanuje, ale z pewnością nie wzbudzam w nikim specjalnego zaintrygowania, prędzej spodziewałbym się awersji manifestowanej groźbami czy stekiem bluzg”

 

– Proszę o wybaczenie, ale jestem nieco skołowany. Ni stąd ni zowąd zjawia się pan z zaproszeniem od jakiejś nie znanej mi osobistości. Szczerze mówiąc, bardziej niż na pańskim świstku papieru zależy mi na wyjaśnieniach, kim jest pan oraz ta enigmatyczna szycha, która pragnie uczynić mnie kluczem programu podczas swojego spotkanka dla, jak mniemam dzianego towarzystwa. – odrzekł z nutą irytacji Ireneusz.

 

Uczucie sfrustrowania wzmogło się jeszcze, kiedy zdezorientowany w czambuł krytyk teatralny dostrzegł sardoniczny wyraz oblicza swojego interlokutora. To, jak zbaraniały wydawał się nasz inteligent ewidentnie bawiło mężczyznę, który znowu nie odpowiadając na pytanie, widocznie zdecydował wyciągnąć z komicznej dla niego sytuacji tyle uciechy ile tylko zdoła. Ireneuszowi zdawało się, że słyszy odgłos stłumionego chichotu, który w okamgnieniu przeobraził się w perlisty śmiech. Mężczyznę opanował tak dziki rechot, że jego anemiczne ciało jęło trząść się w konwulsjach.

 

Ireneuszowi obrzydło zachowanie dziwaka w nietypowym przyodziewku. Najpierw sprawia, że wszyscy klienci kawiarenki czmychają gdzieś niepostrzeżenie, razem z obsługą, następnie wwierca spojrzenie atramentowo czarnych oczu w biednego gryzmołę, jakby wpadł w jakieś niepojęte zadziwienie, a na koniec plecie androny o niezwykłych wydarzeniach i w odpowiedzi na zupełnie normalną chęć dowiedzenia się o co tu do diabła chodzi oferuje jedynie salwy głupkowatego śmiechu. Ireneusz nie znajdował w sobie tylu pokładów cierpliwości,żeby móc choć minutę dłużej znosić ubawienie siedzącego przed nim chudeusza. Miejsce niedawnej konfuzji zajął rankor, który powinien jak najszybciej znaleźć ujście, a ekscentryczne indywiduum igrało z ogniem, w dalszym ciągu uzewnętrzniając swe rozweselenie.

 

– Dość tych poronionych krotochwil panie zagadka! – rozdarł się Potwarzycki, waląc przy tym kułakiem w stolik. – Niby co cię tak bawi cholerny pokurczu?! Powiedz mi to, o co wcześniej cię uprzejmie pytałem albo wyjdę stąd nie wziąwszy zaproszenia na twój jubel dla bogatych skurczybyków, ale nim postaram się zapomnieć widok twojej szpetnej mordy, tak ją przefasonuję, że kompani od butelczyny za chińskiego boga cię nie rozpoznają!

 

Ireneusz zbiesił się dokumentnie, a tymczasem ancymon przestał raczyć Potwarzyckiego gromkim śmiechem, lecz, o dziwo, raczej nie z powodu jego wybuchu. Chyba uznał, że poświęcił już na to spotkanie odrobinę więcej czasu niż początkowo planował i należałoby wrócić do opanowanego tonu wypowiedzi oraz pokerowego oblicza. Przyjrzał się Ireneuszowi w taki sam uważny sposób, jak przed rozpoczęciem poprzedniej pogwarki i rzekł:

 

– Niestety, musi mi pan wybaczyć również ten faux pas. Obiecuję jednak, że kolejny raz już nic podobnie ordynarnego się nie powtórzy. Ustosunkowując się do pańskiej indagacji mogę powiedzieć tylko tyle, iż z polecenia mych mocodawców szczegóły całego, bez cienia wątpliwości, intrygującego dla pana wydarzenia, winny być na razie znane wyłącznie organizatorom. Ależ proszę pana! – uniósł głos, widząc jak wściekłość znowu odmalowuje się na fizjonomii rozmówcy – po cóż rujnować sobie zdrowie tak zbytecznymi napadami szału? Najzwyczajniej w świecie nikt nie chce zniweczyć panu niespodzianki. Och, to byłaby niepowetowana strata dla naszego przedsięwzięcia, a na tę chwilę z przykrością muszę się pożegnać, szkoda, że nie dane nam będzie pokonwersować jeszcze ciut dłużej, lecz czeka mnie dziś kilka innych spotkanek. – wypowiedział te słowa z odcieniem jowialności i po raz kolejny, prezentując Ireneuszowi swe perłowo białe uzębienie, sięgnął do kieszeni płaszcza, najpewniej poszukując wspominanego zaproszenia.

 

Krytykowi literackiemu przemknęło przez myśl czy może nie obdarować by elokwentnego osobnika sójką w gębę i w ten sposób przynajmniej udowodnić, że w szafowaniu groźbami nie jest gołosłowny, jednak zmitygował się. Wolał odpuścić, gdyż nie miał już najmniejszych złudzeń, że może konferować z człowiekiem w pełni władz umysłowych.

 

“ Niech po prostu wręczy swoje pieruńskie zaproszenie i skończmy już z tą operetką”

 

Nasz tajemniczy przybysz szperał w kieszeni tak długo, że Ireneusz zaczynał mieć wątpliwości czy w ogóle mógłby liczyć na jakiekolwiek zaproszenie, jeżeli nawet by mu na tym zależało. Jednak mężczyzna wreszcie odnalazł, to czego szukał i z kompletnie nie pasującym do niego wyrazem rozanielenia na twarzy wręczył Potwarzyckiemu zapieczętowaną kopertę. Ten zaś przyjął ją bez żadnego konwencjonalnego frazesu i od razu zorientował się, że koperta jest wykonana z jakiegoś bardziej eleganckiego oraz zapewne droższego papieru niż to się zwykle spotyka. Skonstatował w myślach, iż nawet jeśli ktoś ukartował tę pokręconą szaradę, to przynajmniej dołożył starań, ażeby każdy szczegół został należycie dopracowany. Kiedy uważniej otaksował napis: Sz. P. Ireneusz Potwarzycki, dostrzegł, że intensywnie czerwony tusz bądź atrament tu wykorzystany zaczął coraz bardziej rozmazywać się i meandrując po kopercie spływał wąziutkimi strumyczkami. Gdy na jego dłoń skapnęło kilka kropel, zorientował się, ganiąc w duchu własne otępienie, że niefortunnie wykorzystana do sporządzenia napisu ciecz łudząco przypomina…

 

– Krew? Co to ma znaczyć do kurwy nędzy? – odrzekł z nutką przerażenia w głosie.

 

– Wszystko w porządku proszę pana?

 

Ireneusz aż podskoczył na krześle w reakcji na pytanie. Gdy podniósł głowę, chcąc sprawdzić, kto tak się nim zainteresował, spostrzegł zatroskane oblicze kelnerki. Serce łomotało mu w piersi, jakby chciało z niej lada moment wyskoczyć. Wszystko powróciło do naturalnego porządku, a ogłupiały krytyk literacki toczył wzrokiem wokół siebie, wzbudzając zarówno u skonsternowanej pracownicy, jak też u pozostałych obecnych w kawiarence, słuszne podejrzenia odnośnie właściwego funkcjonowania jego umysłu .

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Szudracz 5 miesięcy temu
    Podaj przez edycję numerację części, w tej chwili wchodzą na główną tylko dwie publikacje na dobę.
  • Szudracz 5 miesięcy temu
    Powyżej pięciu, wchodzą z automatu, bez zatwierdzenie admina.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania