Poprzednie częściNotatka Znaleziona w Tunelu 1/4

Notatka Znaleziona w Tunelu 2/4

Na początku nauka miała być tylko wymówką, by nie musieć wracać do podziemi. Po zawieszeniu imprez, bardziej niż sesją zająłem się więc gamingiem i śledzeniem lokalnych dram na facebooku. Propozycja Lindy zaczęła do mnie przemawiać dopiero gdy zdałem sobie sprawę, jak sama się przykładała.

 

Każdego dnia pakowała się i wychodziła z pokoju wczesnym rankiem, by zdążyć na wszystkie poranne wykłady. Wracała po południu, tylko po to, by przepakować się i zaraz znów wyjść, tym razem do pobliskiej kawiarni. Mówiła, że odkąd przestałem siedzieć pod ziemią, w pokoju zrobiło się za głośno.

 

Z tego powodu przez całe dnie co najwyżej się mijaliśmy – gdy ja siedziałem w pokoju, ona była na wykładach, gdy zaś wracałem z uczelni, ona już dawno zdążyła wyjść. Widywaliśmy się tylko wtedy, gdy wracała zanim poszedłem spać. A i wtedy głównie siedziała z nosem w książkach lub przeglądarce. Linda skupiała całą uwagę na pracy, nie widząc świata poza swoim biurkiem.

 

Raz zapytałem ją, nad czym właściwie pracuje, ale nie uraczyła mnie odpowiedzią. Powiedziała tylko, że nie zepsuje mi niespodzianki i obiecała, że będzie to prawdziwa bomba. Odkrycie, jakiego świat jeszcze nie widział, cytując jej słowa. Na pytanie, kto jest promotorem, uśmiechnęła się tylko i wróciła do swoich spraw.

 

Po kilku dniach obserwowania takiej rutyny, byłem pod wrażeniem jej poświęcenia. Postanowiłem pójść za jej przykładem i samemu nieco bardziej się postarać. Nie miałem zamiaru nawet zbliżać się do jej poziomu, ale byłem w stanie dać z siebie nieco więcej.

 

Tak więc odpuściłem sobie League of Legends i dałem spokój ze śledzeniem głupich plotek o kradzieży sprzętu z pracowni. Od początku było właściwie jasne, że ktoś zwyczajnie potłukł kilka naczynek i ukrył je, żeby nie dostać ochrzanu, więc niewiele traciłem.

 

Zamiast tego rozłożyłem książki, włączyłem podcasty, dotąd gigabajtami zalegające w folderze „do obejrzenia” i zacząłem przygotowywać się do egzaminów. Wkrótce dni, a potem tygodnie, wypełniły mi schematy, opisy i związki.

 

Wszystko szło w miarę nieźle, dopóki pewnego razu nie zdecydowałem się na trochę wrócić do podziemi. To był jeden z tych późnych wieczorów, kiedy umysł ze zmęczenia wypiera już każde kolejne zdanie. Siedziałem wtedy przy biurku, czterdziesty raz czytając tę samą listę łacińskich wyrażeń.

 

– …Ossa longa, ossa plana, ossa brevia, kossa pnematica, kossa multif… Kurwa! – krzyknąłem, gdy doszło do mnie, że czwarty raz z rzędu pomyliłem się, próbując wyrecytować kilka prostych terminów. Byłem już po prostu przeciążony. Mój umysł nie odpowiadał.

 

Zamknąłem podręcznik i odetchnąłem ze zmęczeniem. Nie po raz pierwszy zadałem sobie pytanie, jak Linda wytrzymuje taki tryb życia. Ja nie miałem już sił na cokolwiek, a ona nadal nie wróciła nawet z kawiarni. A dobrze wiedziałem, że po powrocie długo jeszcze będzie siedzieć przy biurku.

 

Wtedy właśnie pomyślałem, że może warto byłoby zejść jednak na trochę do tuneli i odpocząć. Nie miałem czasu ani ochoty na wielkie imprezy, ale kilka minut z dobrą muzyką brzmiało jak świetny pomysł.

 

Złapałem głośnik i ruszyłem ku szafie, za którą krył się nasz mały azyl. Mogłem użyć słuchawek, ale nie o to chodziło. Tunele były naszym sanktuarium. Puszczanie Behemota z głośników było tu przywilejem wyłącznie tunelowców i choćby dlatego, należało korzystać z niego jak najczęściej.

 

Otworzyłem szafę, pchnąłem sekretne drzwi z tyłu i zacząłem schodzić po topornych, kamiennych schodach. Pierwszą piosenkę puściłem jeszcze zanim w ogóle dotarłem na dół. Uśmiechnąłem się, gdy mój ulubiony kawałek odbił się od ścian naszej kryjówki.

 

Zszedłem po ostatnim schodku i opadłem na stojące w kącie krzesło ogrodowe. Do moich nozdrzy dotarł jakiś niecodzienny zapach, ale nie przejąłem się tym.

 

Przez kilka minut bujałem się na krześle, słuchając losowych piosenek. Było nawet przyjemnie, ale myśl o incydencie nadal mnie do końca nie opuściła. Przynajmniej kilka razy chwytałem telefon, zdjęty wrażeniem, że słyszę coś dziwnego. Nie pozwalałem jednak, by paranoja mnie opanowała. Zostawiłem muzykę włączoną i postanowiłem ukoić nerwy zimnym piwem.

 

Wstałem więc i ruszyłem w stronę małej podróżnej lodówki, w której zawsze trzymaliśmy zapas browarów. Otworzyłem drzwiczki i zobaczyłem coś dziwnego. Oprócz zwyczajnych puszek piwa i butelek wódki, w środku była także miska, pełna szczelnie zapakowanego mięsa mielonego z czymś, co wyglądało jak tabletki witaminowe. Zdziwiło mnie to. Dotąd do naszej kryjówki ludzie przynosili co najwyżej chipsy i kiełbasę. Czemu akurat teraz, gdy mieliśmy wstrzymać się z imprezowaniem, ktoś wniósł tu całą michę jedzenia? No i co to za jedzenie, surowe mięso z tabletkami? Kto normalny jadł coś takiego?

 

Wpatrywałem się w znalezisko przez jakiś czas, ale nie mogłem wymyślić żadnego powodu, dla którego ktoś miałby to tutaj wkładać. Odłożyłem je więc na miejsce, wyciągnąłem z lodówki jeden z browarów i wróciłem do swoich spraw. Niestety, piwo wcale mnie nie rozluźniło. Wręcz przeciwnie, teraz oprócz wspomnień o bestii i wizji zabłądzenia w tunelach, mój umysł dodatkowo zajmowały rozmyślania o misce. Kto i kiedy ją tam umieścił? Jak wszedł tutaj bez mojej wiedzy? I co najważniejsze, po co?

 

W końcu paranoja nade mną wygrała. Wyłączyłem muzykę i postanowiłem rozejrzeć się nieco, z nadzieją znalezienia czegoś co choć trochę wyjaśniłoby tę kwestię.

 

Szybko natrafiłem na kilka ciekawych przedmiotów. W kącie stał mikroskop i kilka naczynek z jakimiś próbkami, na jednym z foteli była pusta kamera, a w szafce na fajki leżał zapas lateksowych rękawiczek. Wyglądało to jak zestaw do badań, tylko nad czym?

 

Zobaczyłem jeszcze jeden dziwny obiekt. Była to kolejna miska, wystawiona na samym skraju pokoju, jakby na kogoś czekała.

 

Podszedłem i wziąłem naczynie w ręce. Było lekkie, jakby ktoś wyjadł już większość zawartości. Zajrzałem do środka i zobaczyłem tę samą mieszankę, tyle że poza mięsem, znajdował się tam też jakiś inny, podłużny przedmiot. Wziąłem go do ręki i natychmiast wyrzuciłem z przerażeniem. Trzymałem w dłoniach odgryziony, ludzki palec.

 

– Kurwa! – krzyknąłem, cofając się pod najbliższą ścianę – Skąd do cholery…?!

 

Nagle zdałem sobie sprawę, że krzyczenie tutaj mogło być olbrzymim błędem. Niestety, za późno. Doszedł mnie warkot z jednego z tuneli. Dokładnie ten sam, zwierzęcy warkot, który słyszałem kilka tygodni temu.

 

Nie wiem co sprawiło, że zdecydowałem się odwrócić i spojrzeć na to coś. Patrzyłem tylko przez sekundę, ale to wystarczyło, by żołądek podjechał mi do gardła. Widziałem zarys czworonożnej, pokracznej figury, patrzącej na mnie prosto z wylotu jednego z korytarzy. Dostrzegłem jej futro i długi, oblepiony śliną język.

 

Po ułamku sekundy odwróciłem się i pobiegłem w stronę schodów. W kilka chwil potem byłem na górze, trzasnąwszy drzwiami i opierając się o nie ciężko. Dziękowałem Bogu, że powstrzymał cokolwiek do cholery tam było od dorwania mnie. Nadal słyszałem w głowie ten przeklęty warkot.

 

Gdy nieco już się uspokoiłem, dotarło do mnie, że nie jestem w pokoju sam. Dosłownie kawałek ode mnie leżała Linda, śpiąc w najlepsze we własnym łóżku, nieświadoma koszmaru jaki właśnie przeszedłem.

 

Dopadłem do niej i potrząsnąłem jej ramieniem. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie zaskoczona.

 

– Jacob? Co się dzieje?

 

– Linda, byłem w tunelach. Widziałem…

 

– Byłeś w tunelach?! – przerwała mi, tonem od którego niemal schowałem głowę w ramiona. Była moją rówieśniczką, ale jej głos potrafił odjąć rozmówcy dziesięć lat.

 

– Tak, byłem tam… Chciałem odpocząć trochę po nauce…

 

Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś zbladł tak gwałtownie.

 

– Co robiłeś?! Nie pamiętasz, że mieliśmy tam nie wchodzić?! Boże święty, ostatnie egzaminy są za trzy tygodnie, jak możesz robić coś takiego?!

 

– Uczyłem się dziś cały dzień – odburknąłem. Byłem świadom, że to nie był dobry moment, ale jej opryskliwy ton sprawił, że na chwilę o tym zapomniałem. – Zszedłem na dół tylko na chwilę.

 

– Jasne, chwilę! – warknęła Linda. – Zawsze wychodzi się tylko na chwilę, a potem ma się dwadzieścia cztery lata i nie umie się ogarnąć przed najważniejszymi egzaminami w życiu!

 

– Słuchaj, to że ty… agh, zresztą nie to jest teraz ważne. Rzecz w tym, że gdy byłem w tunelach, znalazłem tam coś dziwnego.

 

– Jacob, co mnie to obchodzi?! Po co byłeś w tunelach tak późno?!

 

– Nieważne! Linda, tam coś było. Tam…

 

– Po co do nich wchodziłeś?! Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że jesteś już dorosły i nie możesz…

 

Westchnąłem ciężko, widząc dokąd zmierza ta rozmowa. Obudziłem Lindę pod wpływem chwili, ale wyraźnie był to zły pomysł. Czego od niej chciałem? Żeby zeszła ze mną na dół i przepędziła potwora z piwnicy? Przytuliła mnie i pomogła zasnąć? Nie mogliśmy przecież zadzwonić na policję, a Linda nie znała się na łapaniu… czegoś takiego. Niepotrzebnie zakłócałem jej tylko sen.

 

– Dobra, przepraszam. Już nieważne… śpij dalej.

 

Już miałem się odwrócić, gdy Linda uniosła się, jakby wpadła na pomysł. Jej twarz złagodniała i ku mojemu zdziwieniu, spuściła nogi za krawędź łóżka, klepiąc miejsce obok siebie. Gdy usiadłem, zajrzała do kilku szuflad, aż znalazła listek tabletek. Podała mi trzy ze szklanką wody.

 

– Co to?

 

– Coś na uspokojenie. Pomoże ci.

 

Zmarszczyłem brwi.

 

– Słuchaj, nie jestem pewien czy to dobra chwila na… – zacząłem, ale Linda uciszyła mnie gestem dłoni.

 

– Spokojnie Jacob. To tylko łagodne środki uspokajające, które biorę czasem przed snem. Wyraźnie ich potrzebujesz, a ja przecież nie podałabym ci niczego, co mogłoby ci zaszkodzić, prawda?

 

Popatrzyłem chwilę na Lindę, potem na pigułki i postanowiłem zaryzykować. Połknąłem je i dalej słuchałem wywodu.

 

– Dobrze. A teraz posłuchaj: To co tam widziałeś mogło wydawać się prawdziwe, ale jestem pewna, że było tylko złudzeniem.

 

Pokręciłem głową.

 

– Nie, nie masz pojęcia o czym mówisz. To było naprawdę, jestem tego pewien.

 

– Wiem, że jesteś. Zawsze jesteśmy. Ale uwierz mi, to było tylko złudzenie. Znam się na tym lepiej niż ty. Doświadczyłeś ataku hipochondrii.

 

– Hipochondrii? – powtórzyłem. Próbowałem przypomnieć sobie, co to słowo znaczyło, ale mój umysł jakby się zaciął. – Przecież nie jestem… chory…

 

– Hipochondria to nie tylko choroby. Pomyśl o tym, co przeszedłeś przez ostatnie kilka dni. Spędziłeś masę czasu, ucząc się i powtarzając wykłady. To musiało okropnie cię zmęczyć, prawda?

 

Skinąłem głową. Czułem się jakbym był pijany, w głowie szumiało mi nieznośnie.

 

– Miałeś też mnóstwo stresu. Bez przerwy myślałeś o tamtym wypadku, prawda?

 

To też się zgadzało. Wiele razy myślałem o losie psów i niedźwiedzi które mogły umrzeć w tamtym labiryncie.

 

– Ciągły stres i zmęczenie są bardzo groźne – kontynuowała Linda – połączone z alkoholem mogą sprawić, że twój mózg zaczyna produkować własne bodźce. Zobaczyłeś to, czego podświadomie oczekiwałeś.

 

Musiałem wytężyć myślenie, by zrozumieć słowa Lindy. Pokręciłem głową, zaprzeczając jej dziwacznej teorii. Gdy otworzyłem usta, mówienie przychodziło mi z trudem.

 

– Wiem, jak działa hipochondria i to nie byłoo… too… Dźwięk był naprawdę… Poza tym… tam były… narzędzia lekarskie…

 

– Narzędzia? O czym ty mówisz? Czemu ktoś miałby wkładać tam narzędzia? Jakie?

 

Spróbowałem na nią spojrzeć, ale mój zamglony wzrok zezował na wszystkie strony. Przecież widziałem to coś… chyba że… Przecież znałem się na przywidzeniach. Chorzy zawsze mówili, że widzieli prawdę… Może nie to widziałem? Może wymyśliłem teraz? Byłem zmęczony, piłem, tabletki…

 

Mój tok myślenia urwał się nagle, gdy głowę wypełniło mi nieznośne buczenie. Otworzyłem usta, ale nie mogłem uformować zdań.

 

– Mikroskop… Nie… Nie przywidział… Hipoporia… Nie tak…

 

Linda chwyciła mnie za dłoń, powstrzymując dalszy monolog. Chciałem wyrwać rękę, ale nawet na to nie miałem już siły.

 

– Uwierz mi, znam się na tym lepiej. Nie wiemy jeszcze wszystkiego o hipochondrii, a do tego stale dokonujemy nowych odkryć. Rok temu pracowałam z grupą badawczą, która zajmowała się tym tematem. Udowodniliśmy, że na co dzień miewamy znacznie więcej przywidzeń, niż nam się wydaje. Spójrz tylko.

 

Wyciągnęła z szuflady kilka plików papierów i podała mi je, mówiąc szybciej z każdą przerzuconą stroną. Oczywiście nie miałem siły czytać czy jej słuchać, trzymałem więc tylko kartki. Mimo to, zdumiał mnie profesjonalizm jej pracy. Nawet półprzytomny umiałem podziwiać wykresy, przypisy w wielu językach, dziesiątki stron wypowiedzi i setki analiz. Musiała spędzić nad tym całe miesiące, tylko po to, by jakiś profesor w kilka chwil zagarnął całą chwałę dla siebie. To było straszne.

 

– Co jest bardziej prawdopodobne – usłyszałem znowu głos Lindy, odległy jak zza grubego muru – Że stres i alkohol wywołały u ciebie zwidy, czy że mamy potwora w piwnicy?

 

Nie odpowiedziałem. Chciałem, ale nie miałem sił otworzyć ust. Próbowałem się podnieść, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa.

 

– W porządku – powiedziała Linda, powstrzymując mnie od upadku. – Nie ma nic wielkiego w halucynacjach.

 

Położyła mnie w moim łóżku. Starałem się nie zasypiać, ale środki nasenne mnie pokonywały. Oczy mi się zamykały, ręce i nogi robiły ciężkie. Linda stała nade mną do ostatniej chwili, palcami przeczesując moje włosy.

 

– Pamiętaj, to było tylko przywidzenie. Tak naprawdę niczego nie ma w tunelach. Nie wracaj tam. Nic tam nie ma.

 

Znów skinąłem głową, ostatecznie poddając się zmęczeniu. Nim odpłynąłem, poczułem jeszcze na twarzy jakąś substancję. Otworzyłem oczy i zobaczyłem dłoń Lindy. Mógłbym przysiąc, że gdy dotykała mojego czoła, jeden z jej palców był obwiązany chustką. Całą w ciepłej, świeżej krwi.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Rexil 3 miesiące temu
    Fajne! Tylko trochę przeklinają.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania