Palacze traw - część 4 (ostatnia)

W końcu dotarliśmy do czegoś na kształt wojskowego obozu.

- Jak to możliwe, że mają tu swój obóz? Przed chwilą wyskoczyli z twoich zapałek.

- Tutaj wszystko jest możliwe.

- Nawet to, że przestanę być prawiczkiem?

- Cudowność tego miejsca ma pewne granice. A jak myślisz, gdzie mieszka ogień zanim zapłonie lub gdy zgaśnie? Może w takiej właśnie formie zaświatów. Ogromny obszar łąk, które mogą płonąć w nieskończoność.

- No okej, ale ty go zapaliłeś już w zaświatach. To gdzie trafi, gdy się wypali?

- Hmm… Może ten tutaj nigdy nie gaśnie.

- No to mamy przesrane.

Po przybyciu na miejsce ogniści od razu spalili cały obóz do gołej ziemi. Najwyraźniej należał on do kogoś innego. Niestety nijak nas ta informacja nie pocieszyła. Płonący tubylcy znów uformowali krąg i zaczęli dookoła nas odprawiać dziwaczne tańce, nie przestając skwierczeć.

- A teraz co mówią?

- Nic.

- Przecież słyszę.

- Nic nie mówią, tylko jęczą. Chyba praktykują coś na kształt zbiorowego orgazmu, a my jesteśmy ich fetyszem.

- Czyli nic nam nie zrobią?

- Nie wiem. Gorzej jak kręcą ich zabawy typu sado-maso.

Kiedy ogniści byli już kompletnie rozpaleni i napaleni, na niebie znów pojawiła się nietoperzowata chmura. Zaczęła krążyć nad spalonym obozowiskiem.

„Zaraz nas zeżre” – pomyślałem, bo stanowiliśmy jedyny pożywny składnik jej diety w najbliższej okolicy.

„W sumie to nie byłby chyba taki zły pomysł. Przynajmniej spotkalibyśmy się z Palahniukiem.”

Chmura zachowywała nadzwyczajną rezerwę. Widocznie nie gustowała w ogniu, a przy okazji obawiała się osmalenia ubranka.

Dopóki płonący tancerze nas otaczali, nie powinna zaatakować. Tak czy inaczej trafilibyśmy z deszczu pod rynnę.

Chmura miała oczywiście tajną broń w zanadrzu. Wysunęła pokaźnych rozmiarów siusiaka, po czym oddała mocz wprost na płonące postacie. No i na mnie oraz Chucka przy okazji też.

Ogniści nie mieli szans. Został z nich tylko dym, który uleciał ku niebu.

- No i widzisz, już wiemy co się dzieje z ogniem po śmierci. Doznaje reinkarnacji i staje się dymem.

- Mnie bardziej ciekawi po co tej chmurze siusiak.

- Pewnie kogo nie zje, tego zgwałci.

- Wszyscy tutaj muszą się nawzajem gwałcić?

- Ja tego nie wymyśliłem, tylko autor książki. Poza tym w normalnym świecie nie jest inaczej. W więzieniu nie byłeś, to nie wiesz.

- Ty też nie.

- Ale widziałem pewne filmy. No, nieważne. Mamy bardziej palące tematy niż rozmowy o kinie.

- A co możemy zrobić lepszego niż gapienie się na to latające coś i czekanie aż nas pożre?

- Ja bym chętnie popalił trawę.

- Jeszcze ci mało?

- A, okej. To nie byłby dobry pomysł. Ten ogień to się potrafi naprawdę szybko rozprzestrzeniać. Gdyby ludzie też tak mogli się rozmnażać. Tu dotkniesz, tam dotkniesz. Albo przez pączkowanie.

- Mówiłeś, że się z kimś spotykasz.

- No tak, ale to nie kobieta. Wolę nie wchodzić w szczegóły.

- Prawdopodobnie i tak zaraz zginiemy.

- Chciałeś mi wyznać miłość?

- Co? Nie! Chciałem tylko powiedzieć, że nie będę tęsknił, bo jesteś pieprzonym zboczeńcem. I chyba nieprędko sięgnę po jakąkolwiek książkę.

W pewnym momencie poczułem łaskotanie na nodze. Już myślałem, że to Chuck próbuje się do mnie dobierać, ale to był tylko zwykły chrabąszcz.

I wtedy właśnie usłyszałem bicie dzwonów i skrzypienie nienaoliwionych mechanizmów, a już po chwili znów znajdowałem się z powrotem w obleśnej siedzibie Palaczy Traw. Gdzieś pode mną na podłodze gramolił się Chuck.

- Wow, to było ekstra – powiedział.

Palahniuk natomiast wciąż leżał na podłodze z zastygłym na twarzy wyrazem strachu pomieszanego z ekscytacją.

- A on czemu się nie obudził? – zapytałem.

- Z Limbo nie tak łatwo się wydostać. Facet ma pecha, ale zwykle wraca do normalności w ciągu kilku godzin.

Zerknąłem na spoczywającą na stole Księgę Wiecznej Zieleni. Miałem jej serdecznie dość. Chwyciłem zapałki pozostawione przez zawodowych palaczy i nie zawahałem się zrobić jedynej słusznej rzeczy, jaka przyszła mi do głowy. Cisnąłem księgę do kominka, po czym ją podpaliłem. Papier szybko zajął się ogniem, nawet nie musiałem czynić żadnych sztuczek z polewaniem benzyną.

- Co ty wyprawiasz? – wrzasnął Chuck, ale zaraz potem przewrócił się z powrotem na ziemię. – O rety, dalej mnie trzyma.

Najwyraźniej wciąż był osłabiony po silnym narko-literackim transie.

- Nikt więcej nie będzie musiał przechodzić przez to co ja – oświadczyłem patetycznie.

- A może inni to lubią? Nieważne, i tak mamy przesrane.

- Dlaczego?

Ogień, który strawił już prawie doszczętnie księgę, nagle wydał mi się dziwny. Zaczął rosnąć i nabierać wyraźnie ludzkich kształtów by po chwili zmienić się w tubylca z plemienia Ognia-Ognia, takiego samego jak ci spotkani na surrealnej łące. Przetarłem oczy, ale widok się nie zmieniał.

- Przywołałeś go do naszego świata, ty świrze – rzekł załamany Chuck.

Nim zdążyłem zrugać go za ten afront i zlać się w spodnie ze strachu, ognista postać podskoczyła, grzmotnęła o szybę, rozbijając ją i przez okno wydostała się na zewnątrz. Ruszyła w miasto, podpalając wszystko na swojej drodze. Przy okazji siedziba Palaczy Traw również zaczęła płonąć, więc szybko się stamtąd ewakuowaliśmy (oczywiście nie zapominając o Palahniuku).

Wyglądało na to, że straż pożarna będzie miała pełne ręce roboty.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Baba Szora pół roku temu
    Ubawilam sie setnie ? Swietne opowiadanie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania