PoG2ds — Niezwykłe przygody w trasie
John odpalił Forda Zep_hyr i ruszył do San Diego po biszkopt z kremem lawendowym na szóste urodziny Róży. Pogoda ostatnio była kapryśna, więc założył okulary przeciwsłoneczne, lecz z tyłu na wszelki wypadek położył parasol. Powoli skręcił w SR 163 i włączył piosenki z playlisty. O tej porze dnia ruch na autostradzie był umiarkowany, więc John przewidywał, że podróż w obie strony zajmie około trzech godzin. Gdy zjechał z autostrady, przez pomyłkę skręcił w lewo zamiast w prawo i jego oczom ukazał się zamek, w którym sprzedawano kurczaki z rożna.
Kurczaka można było zjeść na miejscu, leżąc na tapicerowanym łóżku w kształcie kury, a kelnerzy przebrani za kurczaczki donosili ciepłe porcje.
John walnął się pięścią w podbródek, bo nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Zaparkował samochód, wysiadł, ale po chwili wrócił, bo przypomniał mu się zamówiony biszkopt, jednak obiecał sobie, że wróci na małego gryza pieczonego kurczaka.
W cukierni zastał kolejkę na długość boiska do rugby, więc zajął stanowisko i posłusznie czekał z innymi. Kolejka topiła się w słońcu, jak lody fiołkowe, które John jadł dużą drewnianą łyżką, bo tylko taką miał w aucie. W końcu dotarł do lady, podał numer zamówienia, odebrał ciasto i ruszył do zamku.
Niestety znowu pomylił drogę i trafił do dziwnej szkoły otoczonej mglistym całunem chmur. Przed wejściem młody chłopak z dorysowanymi okularami zajęty był pisaniem szyldu: Szkoła Humanistycznych Burd.
John nie bardzo wiedział, jak to rozumieć, więc wszedł do środka, ale zaraz pojawił się zakapturzony stróż z mieczem świetlnym i delikatnie wyjaśnił, trzymając Johna za kark, że w takim entourage’u nie może wejść na teren szkoły. Dał Johnowi marker i nakazał dorysować jakiś element na twarzy. Przez chwilę obaj stali w milczeniu, w końcu stróż zsunął kaptur i pokazał dorysowane diabelskie różki. John wziął marker i dorysował sobie wąsy à la Salvador Dalí.
Stróż spojrzał i oznajmił, że John jest brzydszy, niż był wcześniej i dzięki temu zostaje mianowany honorowym belfrem. "Cóż, pomyślał John, jestem mechanikiem, to mogę być także belfrem. To na pewno nic trudnego." Stróż wskazał mieczem czerwone drzwi, które prowadziły na dziedziniec i poinstruował, że obojętnie, co by się nie wydarzyło, honorowy belfer musi stać na straży humanistycznych burd i pchnął Johna zza drzwi. Ten trochę się zachwiał, jednak zdołał utrzymać równowagę i odwrócił się w stronę dziedzińca, na którym walczyli studenci.
Jedni walczyli na wieczne pióra, drudzy próbowali opasłymi encyklopediami wbić do głowy oponenta trochę wiedzy, a jeszcze inni przerzucali się argumentami w kształcie samolocików. John już miał wypowiedzieć super mądrą refleksję, gdy zakręciło mu się w głowie i prawie by upadł, ale przytrzymała go dziewczyna z dorysowaną na czole uśmiechniętą buźką.
Nagle usłyszał dźwięk smsowy, później mailingowy, a za moment walenie w szybę i krzyki. Na siedzeniu obok leżały obgryzione kostki od kurczaka i w połowie zjedzony biszkopt dla Róży.
Komentarze (4)
U Ciebie tak z polotem! Zazdroszcze
Nic Ci się nie rwie jak u mnie kartki w zębach. :)
Podoba mi się :)
Nic innego nie wymyśliłam, niestety, a bardzo chciałabym napisać krócej.
Nie wiem, jak to zrobić?
Dziękuję za podobanie :)
Aisak Nie chodz na skróty...
C₁₂H₂₂O₁₁
To nie są skróty.
Skondensowana forma dobrze podana i przyprawiona jest super.
Nie wiem, na razie nie mam innych pomysłów, więc poczekam na złoty strzał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania