Próby i prośby R.1 Cz.1
Dotarłem do Stygrii, zimą roku 943, uchodząc przed siłą imperatora Adweriona. Jako mistrz, skryłem się na dworze ówczesnego króla, Ijona IV. Tam poznałem jego doradcę, sir Damiana Aervarra, zwanego przez ludy południa „Czarnym Psem”. Choć przydomek ten miał być pogardliwy, w istocie trafnie oddawał naturę rycerza. Jak chart, najdzielniejszy wśród psów, tak sir Damian był najdzielniejszym wśród ludzi. Nie znał litości wobec wrogów Stygrii, a na dworze nie było większego obrońcy taktu i rycerskich cnót…
Nie było mi dane ujrzeć go w prawdziwej bitwie. Jednak w pojedynku z nim zrozumiałem, jak niewiele różni mistrzów od zwykłych ludzi. Sir Damian powalił mnie tyle razy, ile ja jego. Jeśli mój tytuł „największego szermierza zachodu” ma jakąkolwiek wartość, to tytuł „największego szermierza wschodu” winien należeć właśnie jemu…
Wedle jednej z plotek, które zasłyszałem, sir Damian miał rzekomo sprzedać duszę całego swego rodu, by zyskać potęgę godną mistrzów. Uznaję to jednak za pomówienie. Mąż o takim dostojeństwie nie splamiłby się tak podłym paktem…
Sir Tristan
Prośby
Końcówka zimy, rok 1527, Garnizon Stygryjski, na północ od stolicy
Przez obóz kroczył postawny oficer. Zdobiona zbroja i herb na tarczy – kruk dzierżący tulipana – jasno świadczyły o jego szlacheckim pochodzeniu. Poruszał się pewnie, twarz krył pod opuszczoną przyłbicą. Wszedł do jednego z namiotów. W środku, przy stole siedział skupiony na liście brunet, a na jednym z łóżek leniwie spoczywał blondyn o pewnym spojrzeniu.
– Co robicie? – zapytał oficer, zdejmując hełm i odsłaniając twarz pooraną bliznami.
– Kyriel próbuje napisać list do panienki.
– Staram się, ale on ciągle trajkocze o swoich podbojach – burknął zirytowany.
Oficer westchnął i podszedł bliżej.
– Kiri… Panienka pragnie ciebie, nie twoich rozterek. Wystarczy, że napiszesz, co czujesz. To naprawdę nie jest trudne – poklepał go po ramieniu.
Zielone oczy Kyriela rozjaśniły się, a pióro zaczęło kreślić litery. Blondyn wciąż leżący, spojrzał lekceważąco na oficera.
– Irionie, po co się tak starasz? Przecież wiadomo, że i tak się pobiorą. Ich ojcowie już o to zadbali – zaśmiał się i podniósł głowę – Kyriel jest na nią skazany.
Oficer spojrzał na przyjaciela.
– Emondzie, a ty nie piszesz do księ…
Blondyn zerwał się gwałtownie.
– Tamara nie pisze do mnie, więc i ja nie muszę.
Irion zmarszczył brwi, szczerze zdziwiony.
– Wiesz, że to nie ma sensu? Wczoraj sam przyniosłem ci list z królewską pieczęcią.
– Ta, czyta je po kryjomu, a potem wrzuca w ogień – wtrącił Kyriel, nie odrywając się wzroku od listu – pewnie boi się, że jeszcze odkryjemy…
Emond gwałtownie chwycił jedna z butelek – Nie znacie jej. Wszystko zależy od perspektywy. Mi to nie przeszkadza. Wina jest pod dostatkiem, a głupich rozkazów nie muszę słuchać.
Przechylił szkło i wypił całą zawartość jednym haustem. Irion patrzył na niego z politowaniem. Choć jego twarz była oszpecona bliznami, głos miał spokojny.
– Zostaw to – powiedział, widząc jak Emond sięga po kolejną butelkę.
– Jeszcze rok, zanim wrócę na dwór – mruknął blondyn – Do tego czasu chcę się wyszaleć.
Wojować, ile się da. Obrócić tyle panienek… – obaj towarzysze spojrzeli na niego z politowaniem – Może poza tym ostatnim. Pałace są nudne. Pięć lat tam spędziłem i naprawdę, mam dość balów i…
– Tamary – dokończył Irion, zdejmując napierśnik.
– Właśnie.
– Po prostu dalej mu wstyd, że to ona go pasowała – rzucił Kyriel, nie przerywając pisania – Dwa lata minęły, a on wciąż tego nie przełknął. Jesteś jej protektorem, pogódź się z tym.
Emond zmarszczył brwi i wskazał palcem:
– Zamknij się i pisz do swojej nieuniknionej.
– Powinieneś bardziej docenić swój status.
– Który? Status niewdzięcznego syna bohatera czy niańki następczyni tronu? – zajrzał do wnętrza butelki – Mam.
– Jako protektor jesteś ponad królewską gwardią. W armii wyżej od ciebie stoi tylko król i generał.
– Wiem, ale szczerze – nie mam ochoty wracać do stolicy.
Blondyn otworzył karafkę, a Irion spoważniał.
– W takim razie, z przykrością muszę ci przekazać, że zostałeś wezwany… na królewski dwór.
Emond zakrztusił się i spojrzał na niego.
– No pięknie – skwitował Kyriel, podnosząc wzrok znad kartki – Lepiej się ogarnij, bo wyglądasz jak prostak.
Blondyn wyprostował się, wytarł usta i spojrzał na siebie. Koszula była usiana plamami po winie, w krótkiej brodzie tkwiły resztki jedzenia, twarz młoda, lecz brudna, oczy podkrążone. Spojrzał na stojak – zbroja, miecz i tarcza z herbem dwóch lilii, wszystkie pokryte kurzem. Usiadł i spuścił głowę.
– Tamara czy król?
– Żadne z nich – odparł Irion – Generał Aervarr.
– Kurwa…
Wiosna, roku 1528, trakt biegnący do stolicy Stygrii, okolice Gyry Większej.
– Ojcze, powiesz mi wreszcie, dlaczego mnie wezwałeś? – zapytał Emond, jadąc za potężnym mężczyzną.
– W swoim czasie, wszystko zrozumiesz.
W porównaniu do syna, stary rycerz był wielki i masywny niczym góra. Twarz poorana bliznami kryła się pod gęstą, kasztanową brodą. Oczy, nos i uszy wydawały się maleńkie, jakby ginęły w gęstwinie włosów. Zbroja lśniła w blasku zachodzącego słońca, a na lewym barku spoczywała niedźwiedzia skóra. Na napierśniku – z przodu i z tyłu – widniał herb: dwie bliźniacze lilie, splecione ze sobą. Przy koniu wisiały ciężkie juki i ogromny dwuręczny miecz.
– Stolica jest dzień drogi stąd, a słońce już zachodzi – zauważył Emond.
– Zatrzymamy się tam – wskazał ojciec na światło migoczące w oddali.
Zeszli z koni, przywiązali je obok innych wierzchowców i weszli do karczmy. Wnętrze było niemal puste – tylko dwa stoły zajęte. Przy jednym siedzieli starcy, pijąc za wszystko. Przy drugim – dziwaczny mężczyzna w niebiesko-złotym płaszczu, z długimi czarnymi włosami, wąsami i bródką.
– Ojcze, widzisz go? – Emond wskazał na nieznajomego.
– Nie czas na to. Usiądź – rzekł rycerz, podchodząc do karczmarza.
Młodzieniec usiadł tak, by mieć nieznajomego na oku. Nie mógł oderwać wzroku – coś w środku kazało mu patrzeć. Może przez wygląd, a może przez to, że przypominał elfa: podłużna twarz, jasna cera, oczy niebieskie, podkrążone, lecz niezmęczone.
– Przestań, Emondzie – ojciec usiadł naprzeciw, zasłaniając mu widok.
– Ale ojcze… On wygląda zupełnie jak…
Urwał, gdy przybysz wstał i podniósł pochwę miecza. Skórzany kokon był dziwnie długi i pogrubiony na samym końcu. Wędrowiec był nienaturalnie chudy, wysoki i cichy. Gdy stąpał po deskach, rozlegały się tylko puste uderzenia skórzanych butów.
– Jak elf… – dokończył Emond. Zapadła cisza. Ojciec go zignorował.
Starszy rycerz zamknął oczy, jakby pogrążony w modlitwie. Po chwili karczmarz przyniósł im dwa kufle piwa. Emond od razu wychylił połowę, chcąc zapomnieć o tajemniczym przybyszu, który właśnie opuścił karczmę.
„Ach… Jak dobrze” – pomyślał.
– Emondzie – odezwał się ojciec – pamiętasz, co obiecałeś księżniczce?
Młodzieniec spojrzał na kufel, zakręcił zawartością i zamyślił się. Zbyt wiele razy musiał składać przysięgi, zbyt wiele razy przypominano mu o deklaracjach, których nie sposób zapomnieć.
– Wierność pani, służba koronie, ochrona królestwa.
– Synu, które jest najważniejsze?
– Wierność. Dla mnie jako protektora księżniczki.
Ojciec skinął głową, zadowolony. Gęsta broda skrywała jego usta, lecz Emond wiedział, że ojciec właśnie się uśmiecha – zdradzały to oczy, małe, lecz zawsze przenikliwe.
– Dobrze, synu. Pamiętaj jednak: ród Ijonów może stracić koronę, królestwo może upaść, ale ty nigdy nie możesz zdradzić księżniczki. Rozumiesz?
– Oczywiście, ojcze – powiedział bez przekonania.
– I jeszcze jedno. Nigdy nie może być twoja – powiedział, patrząc mu prosto w oczy – Przyrzeknij.
Emond westchnął. Choć nigdy nie miał takich zamiarów, ukląkł na jedno kolano, wzbudzając ciekawość zgromadzonych w karczmie. Wiedział, że ojciec celowo kazał mu złożyć przysięgę publicznie – by sprawdzić, czy obecność świadków zachwieje jego głosem.
– Ja, Emond Aervarr, syn Raymonda i Beatry Aervarrów, protektor księżniczki Tamary, przyrzekam, że nigdy nie wyrzeknę się korony, nie porzucę królestwa, nie zdradzę mej pani i nigdy nie uczynię jej własną – mówił donośnie, lecz mechanicznie, niczym aktor recytujący wyuczoną kwestię.
Raymond uśmiechnął się szerzej i podał mu list.
– Teraz mogę ci go dać – oznajmił Raymond.
Emond przyjął dokument, a ojciec wstał, wciąż pogodny.
– Odpocznijmy. Masz klucz do naszej izby. A i zgól tę brodę – jako protektor musisz wyglądać godnie i dostojnie – rzekł, samemu gładząc swoją – masz za mało lat, by taką nosić.
– Zrobię to, ojcze – odparł młodzieniec, patrząc, jak rycerz odchodzi.
Dopiero po tym wczytał się w zawartość listu:
Król Ijon popadł w chorobę. W ciągu dwóch tygodni jego ciało pokryło się czarnymi guzami. Dworscy medycy i alchemik nie są w stanie go skutecznie leczyć. Sir Raymondzie, piszę w imieniu ojca. Proszę, przybądź do stolicy jak najszybciej. Choroba postępuje, a król pragnie rozmawiać z tobą osobiście.
Księżniczka Tamara
Następnego dnia ruszyli w dalszą drogę. Raymond, jak miał w zwyczaju, nie pytał o minioną noc. Emond zaś, ledwo trzymając się w siodle, przeklinał w myślach pitny miód, atmosferę i starców, z którymi go pił. Szum w głowie i kołysanie konia przyprawiały go o mdłości.
– Litości – jęknął, chwytając się grzywy Affry – Dobrze, że ściąłeś brodę – zauważył chłodno Raymond.
Mimo fatalnego stanu Emond faktycznie ostrzygł włosy i zgolił brodę, choć krzywo i niedbale. Zbroja, wcześniej zakurzona, teraz lśniła, a zdobne ubranie pod spodem nie zdradzało śladów wczorajszej zabawy. Nawet on sam pachniał czystością – rano wziął kąpiel, co zdarzało się rzadko.
Około południa dotarli do stolicy. Mury Quecji, wysokie jak wiekowe dęby, górowały nad kotliną. Miasto, stojące na wzniesieniu i otoczone trzema koncentrycznymi kręgami murów – jednym zewnętrznym i dwoma wewnętrznymi – prezentowało architekturę typową dla Stygrii.
Wąskie brukowane uliczki wiły się między drewnianymi domami, których piętra wysuwały się nad przechodniów. Budynki stykały się ze sobą, tworząc liczne pomosty i przejścia nad ulicami. Tłum był tu codziennością, lecz łatwo było przed nim uciec dzięki wąskim przesmykom między zabudowaniami, jakimi usiana była cała stolica.
Jednak nie to odróżniało Quecję od innych miast, lecz dwa wzgórza otoczone wewnętrznym murem.
Azchylos – z antyczną świątynią wspartą na sześćdziesięciu kolumnach. Jej dach był dwuspadowy, ozdobiony niską iglicą, na której szczycie stał posąg najważniejszego boga. Właściwa część budowli, ceglana i prostokątna, znajdowała się za kolumnadą. Zdobiona złotem i kością słoniową, otaczała marmurowe posągi bóstw.
Arystylos – z królewskim zamkiem, nowoczesną ceglaną fortecą otoczoną fosą i małymi basztami flankującymi zarówno wejście, jak i narożniki murów. Całość miała niemal kwadratowy kształt. W centrum wznosiła się monumentalna wieża – wysoka, a przy tym stosunkowo wąska. Nie dało się do niej wejść z poziomu ziemi; wejście znajdowało się na pierwszym piętrze, na które prowadziła mała wieża połączona długim drewnianym mostkiem. O wschodzie słońca zamek mienił się jasną, niemal perłową bielą.
Raymond i Emond bez trudu minęli trzy pierwsze bramy. Zatrzymano ich dopiero przy czwartej, strzegącej Arystylosu.
– Wybacz, panie. Mamy zakaz wpuszczania ludzi – oznajmił strażnik.
– Sir Raymond przybył. Powiadom księżniczkę – odparł spokojnie starszy rycerz.
Strażnik skinął głową i odszedł. Raymond znał go – Horst był służbistą, lecz lojalnym. Musieli poczekać.
– Synu, gdy ja będę rozmawiał z królem, ty idź do księżniczki – Ale po co… – mruknął Emond, zdejmując hełm – Taka jest twoja powinność.
Po dłuższej chwili Horst wrócił.
– Możecie wjechać – rzekł i ruszył za nimi.
Gdy zeszli z koni, podał Emondowi bukłak.
– To pomoże ci na głowę.
– Skąd wiedziałeś…
– Masz tę samą minę co sir Raymond, gdy z nami pił… – urwał, widząc spojrzenie generała – Nie ważne, pij i zdrowiej protektorze.
Emond spróbował. Nie była to woda, lecz cytrusowy sok z nutą imbiru.
– Ui’jorr… – szepnął, rozpoznając dzieło alchemika.
– Coś mówiłeś, sir Emondzie? – zapytał Raymond.
– Nic, oj… Generale.
Raymond spojrzał na grupkę chłopców pracujących przy bramie. Najstarszy mógł mieć dwanaście lat. Przywołał go – piegowatego bruneta.
– Weź nasze konie.
Chłopak chwycił za lejce, lecz Dellos – potężny ogier Raymonda – stanął dęba. Affra, choć mniejsza, również się spłoszyła.
– Co w ciebie wstąpiło, mała? – mruknął Emond w stronę klaczy.
Raymond odebrał lejce zarówno chłopcu, jak i Emondowi. Stanął przed końmi niczym góra, unieruchamiając oba zwierzęta siłą własnych ramion. Mimo siły zwierząt ten stał, groźnie marszcząc brwi. Dopiero gdy konie uspokoiły oddech, podał lejce chłopcu.
– Weź je – rozkazał – I trzymaj przy bramie.
Blady jak ściana, skinął głową. Chłopiec oglądał się na zwierzęta, a te choć spokojne z zachowania, zdawały się zaniepokojone. Emond również to zauważył.
Ruszyli do zamku, powoli przeszli przez drewniany mostek i znaleźli się na wąskich, zamkowych korytarzach.
„Dziwne, gdzie służba?” – pomyślał, dostrzegając jedynie kilka służek.
– Coś cię niepokoi, Emondzie?
– Generale, co mam czynić wobec księżniczki, w czasie tego kryzysu? – zapytał niepewnie.
Zatrzymali się na jednym z korytarz, z którego było widać dziedziniec oraz fontannę.
– Sir Emondzie, jeśli kiedyś zdarzy się najgorsza rzecz i Stygria padnie – spojrzał na syna – nie wahaj się uciekać… z następczynią.
– Rycerze nie uciekają, sam mnie tego uczyłeś generale. Jeśli coś zagraża królestwu, stanę u twego boku.
Raymond westchnął, kładąc rękę na ramieniu młodzika.
– To rozkaz, masz żyć i chronić księżniczkę.
– To sprzeczne z cnotami, rycerz broni swej pani do…
Przerwał mu – Posłuchaj mnie, sir Emondzie. Dobry z ciebie rycerz i postaraj się omijać zagrożenia, by nie musieć stawiając życia na szali.
– Dobrze, ojcze – spojrzał na twarz Raymonda – ale czemu, tak nagle…
– Są rzeczy, których nie rozumiemy – odparł i ruszył dalej.
Dotarli pod królewską komnatę, nim rycerz wszedł do niej, odwrócił się do Emonda.
– Powodzenia mój synu.
Po tym, Raymond wszedł do komnaty. Emond zaś skierował się ku komnatom księżniczki.
– Ciekawe, jak Tami się zmieniła – zamyślił się – Pewnie dalej jest dziecinna i głupia,przynajmniej taka była w listach.
Nie patrząc przed siebie, wpadł na jedną ze służek. Oboje się przewrócili.
– Bardzo przepraszam – podniósł wzrok – Tama…!
Rudowłosa dziewczyna natychmiast zasłoniła mu usta ręką, drugą kryjąc obolałe miejsce.
– Ciii. Chcę wyjść na zewnątrz.
Emond odepchnął jej dłoń, a ona uderzyła go pięścią w twarz i ponownie zatkała mu usta, tym razem obiema rękami.
– Zamknij się i nie wyrywaj – syknęła – Bo znowu cię uderzę.
Emond wyrwał się ponownie, tym razem zasłaniając twarz dłonią.
– Dość. Wygrałaś – szepnął.
– No to nie przeszkadzaj mi – rzuciła Tamara i przeszła obok niego.
Dotknął policzka.
– Au… Zapomniałem, jaką ma ciężką rękę – mruknął i podążył za nią.
Dogonił ją po chwili.
– Wiem, że musisz się wyładować, ale…
– Nie gniewam się – odparła dumnie, wciąż trzymając się za czoło.
– Nic ci nie jest?
– Nie – syknęła.
Rycerz już otworzył usta. Gdy nagle, dziewczyna stanęła i spojrzała na niego kpiną:
– Ble, ble, ble, jestem z rodu Aervarr. Ble, ble, ble, wielki wojownik. Ble, ble, ble, muszę cię chronić, bo jestem twoim…
– O co ci chodzi? – przerwał – Sama wybrałaś mnie na swojego rycerza.
– Tak, ale to miało wyglądać inaczej – szepnęła.
– Wybrałaś giermka na protektora i sama mnie pasowałaś. Ojciec, gdy się dowiedział, mógł mnie zabić, a zamiast tego wysłał na granice.
– Właśnie! Po co się zgodziłeś?! – krzyknęła tak głośno, że jej głos odbił się echem po zamku.
– Ciszej. Nie zgodziłem się. Musiałem. Świeżo pasowany rycerz ma obowiązek zdobywać doświadczenie.
– Mogłeś to zrobić tutaj, w stolicy!
– Ojciec jest najwyższym dowódcą. Muszę go słuchać. Nawet gdyby nie był – i tak musiałbym. Takie jest prawo.
– To je zmienię.
– To nie zwykły zapis, to rozkaz bogów. Dziecko należy do rodzica, a ten ma prawo zrobić z nim wszystko.
Szli przez zamek, żywiołowo dyskutując i mijając służbę, która zdawała się ignorować ich obecność.
– Bogowie, jak na rycerza jesteś tchórzliwy.
– Nie tchórzliwy, tylko rozważny.
Idąca przed nim Tamara zaczęła machać rękami, udając ptaka.
– Koo, koo, koo.
– Poza tym, kury tak nie robią.
– Jako kurczak znasz się na dźwiękach godowych, co? – szydziła.
On tylko milczał z grymasem.
– Ile masz lat? Szesnaście?
– Tak. Już zapomniałeś?
– Nie. Po prostu mam wrażenie, że już kiedyś się tak bawiliśmy.
Tamara posmutniała, jej twarz stężała.
– Liczyłam, że i ty będziesz chciał powspominać, powygłupiać się jak dawniej.
– Tami… znaczy, księżniczko Tamaro, to nie czas na zabawę. Król jest…
Nie zdążył dokończyć. Dziewczyna spoliczkowała go.
– Myślisz, że nie wiem?! Od dwóch tygodni siedzę przy jego łóżku i pilnuję oddechu. Codziennie się dusi, a Ui’jorr podaje mu kolejne lekarstwa… – jej głos drżał – Chciałam choć na chwilę oderwać się od tego wszystkiego! Sir Raymond to jedyny, któremu ufam. Tylko jemu mogę zostawić ojca i się nie martwić, a ty mówisz, że mam być poważna?! Dorosła?! Już jestem!
Odeszła. Korytarz opustoszał, stracił całą lekkość. Emond dotknął obolałego policzka.
– Au… to bolało – skrzywił się.
Ruszył za nią, mijane służki patrzył na niego, a raczej na ślad po królewskiej ręce, jaki odbił się na jego twarzy. W końcu dobiegł do niej, zaraz przed mostkiem.
– Zostaw mnie – powiedziała chłodno.
– Moim obowiązkiem jest cię chronić…
Przerwała mu – Zostanę w zamku. Masz moje słowo, ale daj mi odpocząć.
– Dobrze – zastanowił się – To chodźmy do fonta
– Codziennie tam chodzę – odwróciła wzrok.
– Może, ale beze mnie.
Spojrzała na niego.
– Masz milczeć. Chodźmy.
Usiedli przy fontannie, dziewczyna zrzuciła z siebie strój służki. W świetle dnia Tamara wyglądała niczym z piękności z baśni – włosy płonęły czerwienią, złociste oczy błyszczały, blada skóra i pełne usta dopełniały królewskiego obrazu.
Dotknęła tafli wody, tworząc kręgi. Jej twarz złagodniała.
– Pamiętasz, jak tu siedzieliśmy, gdy Sir Raymond rozmawiał z królem? – zapytała.
– Tak. Gadaliśmy, co zrobimy, gdy będziemy „dorośli”.
– Które z tych marzeń się spełniło?
– Zostałem rycerzem…
– I przez to dwa lata nie rozmawialiśmy.
– Wybacz. Jeździłem z Kyrielem i Irionem od garnizonu do garnizonu. Nie miałem czasu czytać listów… – to kłamstwo przeszło przez gardło z taką łatwością, że rycerz sam się zdziwił.
– Słucham?!
– Czemu jesteś zła?
– Przez dwa lata myślałam, że masz do mnie żal, że mnie nienawidzisz za tamto… a ty mówisz, że nie pisałeś, bo byłeś zajęty?! Co to, za idiotycznie tłumaczenie?
Milczał. Wiedział, że miała rację. Złościł się na prawo, które uczyniło ich zabawę pasowaniem. Drewniany miecz, królewska formuła – i stało się.
– Dwa lata – powtórzyła w gniewie – A żeby cię…! – krzyknęła i wepchnęła go do fontanny – I co teraz, rycerzyku?!
– Ty mała gni… – syknął, powstrzymując się – znaczy księżniczko, to było wyjątkowo nietaktowne
Tamara porwała jego hełm i uciekła, śmiejąc się, tańcząc w stroju służki.
– Patrz, gnida ucieka ci z hełmem!
– Wracaj tu! – wrzasnął.
Rycerz pokracznie gonił dziewczynę, ta nie obciążona metalem, zwinie uchodziła pogoni. W końcu, zatrzymał się i rzucił część zbroi, pozbawiając tylko pancerz torsu i ud, oraz rękawice na lewej ręce.
– O i co, teraz? Myślisz, że mnie dogonisz? – zapytała szyderczo.
Raymond westchnął ciężko, opierając dłoń o chłodny parapet okna.
– Dzieci… – mruknął pod nosem, patrząc, jak na dziedzińcu dwie sylwetki znów się o coś sprzeczają.
– Miło słyszeć, że Tamara i Emond wciąż się dogadują – odezwał się król ze swojego łoża. Głos miał słaby, jakby każda sylaba ważyła więcej, niż był w stanie udźwignąć. Srebrna maska zakrywała mu połowę twarzy, a oddech był płytki, urywany.
Raymond odwrócił się powoli, wciąż milcząc.
– Emond jest… dzielny – kontynuował władca, jakby wypowiadał słowa z wysiłkiem – Ale zbyt porywczy. Za bardzo pozwala, by serce prowadziło miecz. A Tamara… – westchnął – zbyt boi się być ciężarem, choć nigdy nim nie była. Oboje nieświadomi, ile już dźwigają.
Raymond skinął lekko głową.
– To będą wspaniali ludzie – wyszeptał król, jego głos słabł z każdym słowem.
Chwila milczenia zawisła ciężko w komnacie. Wreszcie Raymond przemówił:
– Wybacz, mój królu… że dotarłem za późno.
Maska drgnęła, jakby skryta pod nią twarz uśmiechnęła się smutno.
– Raymondzie… – rzekł cicho władca – obaj wiemy, dlaczego. Klątwa.
– Tak. Stanowię zagrożenie dla wszystkich.
– Ile lat mi służyłeś?
– Trzydzieści dwa. Od czasów giermka.
– To były dobre czasy… Kiedy klątwa zacznie działać?
– Zaraz po twojej śmierci.
– Ui’jorr mógłby ją zatrzymać… albo dać nam chwilę więcej czasu?
– To magia, a nie alchemia. Tym razem jest bezbronny. Tak jak i my.
– Wybacz mi, Raymondzie. To mój błąd, by ściągnąć cię tutaj.
– Przyjechałem, więc i ja jestem winny.
– Wspaniały z ciebie człowiek. Żal mi, że przez moje ciało i ty umrzesz.
– W wiecznym królestwie dalej będę cię chronił.
– Tam będziemy braćmi… – władca kaszlną krwią, która poderwana pod góry opadła na maskę – Czy twój plan się uda?
– Tak. Jeśli król wytrzyma, nikt nie ucierpi. Emond jest silny i jest w stanie… – zadrżał mu głos.
– Nie mów. Dziś tylko nam dane będzie zginąć.
Rycerz uderzył się w pierś i wybiegł z komnaty. Raymond biegł, jego kroki były metaliczne, twarde, pewne. Nagle zatrzymał się. Twarz, dotąd dumna, zamarła w przerażeniu.
– O nie… – wyszeptał, czując nieopisywalne uczucie.
Początek „Hordy Aervarrów”, roku 1528, Quecja, zamek królewski
– Emond, spójrz! Co to?! – zawołała Tamara, wskazując niebo.
Nad stolicą rozciągnęły się czarne jak smoła chmury. Nikt nie widział, kiedy się pojawiły. Nikt nie słyszał ulewy. Po jednym mrugnięciu, cała Quecja pogrążyła się w ciemności. Chwilę później rozległy się wrzaski. Wycie dobiegające z wnętrza zamku.
– Tato! – krzyknęła Tamara, chcąc wbiec do środka.
Wtedy przez jedno z okien wyleciał gwardzista. Mimo zbroi był rozpłatany na trzy nierówne części. Twarz zastygła w przerażeniu, a oczy były całe czerwone – nie przekrwione, lecz rubinowe.
– Tamara! – krzyknął Emond, zasłaniając ją, gdy drewniany pomost rozpadł się na kawałki, siejąc wokół śmiercią.
Rozejrzał się. Chłopak, który miał zaprowadzić ich konie, leżał przebity gradem drewnianych odłamków. Strażnicy przy bramie podzielili jego los – połowa z nich padła, przeszyta drewnianymi gradem. Wiatr, dotąd spokojny, zerwał się nagle w sztorm, którego epicentrum znajdowało się w samym sercu pałacu.
– Co się dzieje?! – pytała dziewczyna, próbując dostrzec coś we wnętrzu.
– Nie mam pojęcia, ale musimy uciekać! – Emond pociągnął ją za sobą.
– A tata?!
– Mój ojciec go ochroni. Nic mu nie będzie! – krzyknął, biegnąc w stronę koni.
Affra i Dellos szarpały się, przywiązane niedbale na supeł. Emond walczył z więzami, aż pierwszy uwolnił się Dellos – ogier uciekł, nie oglądając się za siebie.
– Chodź, mała – mówił, uwalniając Affrę.
Wtedy ujrzał wnętrze zamku, którego wylewała się chmara chodzących zwłok i efemerycznych upiorów. Każde monstrum inne: chłopi, żołnierze, szlachcice, kobiety, dzieci. Wszystkie jęczały i wyły się, sunąc w ich kierunku. Strażnicy nie próbowali walczyć – otworzyli bramy i uciekli.
– Co to jest…? – wyszeptał Emond, nie wierząc własnym oczom.
– Em… Em… ond… spójrz… – Tamara wskazała palcem.
Na końcu pochodu, zmarli nieśli kawałki zbroi Sir Raymonda i srebrną maskę króla. Horda trzymała je jak trofea.
– Emond… uciekajmy… – powtarzała dziewczyna, wtulając się w niego.
Otrzeźwiał. Złapał ją i wsadził na grzbiet konia. Wtedy dostrzegł Horsta – starszy strażnik miał przebitą pierś, a mimo to poruszał ustami, w nie mym głosie słyszał słowa „Pomocy… pomocy…”. Emond zamknął oczy, wskoczył na wierzchowca, a ten ruszył przed siebie.
Horda była liczna, lecz zbyt wolna, by ich dogonić. Niczym wielka fala zwłok przetaczała się przez ulice, na które licznie wylegli zaniepokojeni mieszkańcy. Sir Emond i Tamara uszli uliczkami, ale ludzie widząc ich prześladowców sami rzucili się do ucieczki. Wtedy to, więcej ludzi zginęło stratowanych przez tłum niż od samych potworów.
Od autora: Mam nadzieję, że mimo wad. Wstęp do książki się podoba.
Komentarze (1)
Na prozie się nie znam, ale stary strasznie mieszasz style. Jak to jest średniowiecze, to niektóre zwroty nie powinny się pojawiać. A i jeszcze jedno, bardzo dużo informacji wepchnąłeś na raz i tempo, jak dla mnie trochę siadło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania