Prośby i próby R.1 Cz.2
Jakiś czas później:
– Emondzie, zatrzymaj się… – prosiła Tamara, ale rycerz nie reagował. Afrra sama stanęła na środku drogi, jakby zwierz zrozumiał jej błagania.
– Co z tobą?! – Emond krzyknął na konia i dopiero wtedy zauważając, że księżniczki nie ma już na grzbiecie wierzchowca – Tamara?!
Rozejrzał się. Dziewczyna siedziała w krzakach, wymiotując. Emond zszedł z konia.
– Przepraszam…
– W żyć sobie wsadź te przeprosiny! – mówiła drżącym głosem – Od godziny cię prosiłam… żebyśmy się zatrzymali.
– Odstawię cię do…
– Jesteś głupi?! To potwory, mary, cholerne upiory?!
– Zabiły mojego ojca i króla… twojego ojca!
– Wiem! – krzyknęła, wychodząc z krzaków – Dlatego nie możesz dać się zabić! Jeśli zabiły twojego ojca, ty nie masz szans.
Jej złote oczy, zwykle pełne boskiego autorytetu, teraz były zwyczajne, proste. Rycerz zaś drżał z wściekłości, oczy płonęły żywym ogniem, a widząc to dziewczyna zawahała się przez chwilę. Powoli wzięła głęboki oddech, uspokajając głos:
– Byłam gotowa… Wiedziałam, że ojciec nie wyzdrowieje. Dlatego…
– A ja nie miałem tego luksusu! – grzmiał – Mój ojciec żyłby jeszcze długo!
– Sir Raymond obiecał chronić króla do końca…
– Mógł żyć! – zacisnął opancerzone ręce – Mógł!
Dziewczyna patrzyła na niego, z troską.
– Pamiętasz, jak wracał z bitew? Broczył krwią, pluł nią. Jako dzieci baliśmy się o niego, ty się bałeś, a potem ci to zobojętniało… Nie, po prostu uznałeś, uznaliśmy, że jego nie da się zabić.
– Nie rozumiesz…
– Prawda. Nie miałam okazji cię o to zapytać. Sama też myślałam, że sir Raymond jest niepokonany. Wciąż jak dzieci przecenialiśmy zwykłego człowieka, a te potwory są ponad nami. Twój ojciec bronił król i zginął, ale ty musisz żyć. Dla dobra wszystkich.
Emond milczał. Tamara oderwała niewygodne części stroju służki, odsłaniając nieco nóg i wsiadła na klacz.
„Też chciałabym płakać” – pomyślała, następnie zwróciła się do rycerza – Ja nie umiem jeździć konno.
Rycerz westchnął ciężko i wsiadł na konia – Odwiozę cię do miasta i wracam.
„Idiota, nie jestem tylko damą w opałach”.
Ścieżka była stara, zniszczona, zbudowana z płaskich kamieni. Obok ciągnęły się gęste krzaki, tętniące życiem.
– Dziwna ta droga – zauważył Emond.
– Widziałam takie w księgach. Pochodzą z czasów pierwszego państwa.
– Ono nie było trochę dalej na zachód?
– było, ale Arystol sprowadził tę technologię tutaj. To pewnie pierwsza droga prowadząca do stolicy.
Nagle rycerz dostrzegł coś na drodze. Szybko zatrzymał wierzchowca, stając bokiem i grodząc przejście. W kierunku dwójki zbliżała się postać, była wysoka, chuda, odziana w kaptur i brunatny płaszcz. Mimo zewnętrznego ubóstwa, pod szatą kryło się niebieskie-złote ubranie, którego elementy, choć z trudem można było dostrzec. Przybysz szedł bezgłośnie. Emond dostrzegł go tylko dlatego, iż ten kroczył środkiem drogi.
– Kto to? – spytała Tamara.
– Elf – syknął rycerz, następnie głośno zwrócił się so obcego – Jestem Emond Aervarr i nakazuję ci się przedstawić!
Wędrowiec zignorował go, idąc dalej.
– Tami – ja się tym zajmę, ty siedź cicho – szepnął Emond, po czym znów zawołał: – Przedstaw się!
Po chwili dziewczyna również się odezwała – Jestem Tamara z rodu Ijonów. Córka Ijona XIII i jako księżniczka tych ziem, rozkazuję ci się przedstawić!
W końcu przybysz się zatrzymał i uniósł wzrok. Spod kaptura wychyliła się elfia twarz – ta sama, którą Emond widział w karczmie.
– Wiedziałem… – rycerz przygotował miecz, znów rozkazując – Przedstaw się, elfie!
– Wedle traktu mojego dziada, Ijona XI, elfom zabronione jest przemierzać te ziemie – wtrąciła się Tamara.
Elf ruszył powolnym krokiem, a Emond dobył miecz.
– Jako rycerz jej królewskiej mości nakazuję ci się zatrzymać!
– Jesteście strasznie głośni – rzekł cicho i obojętnie, ściągając kaptur – nawet wyspać się nie można.
– Kim jesteś?
– Protektorze, nazywam się Ethar z Lar’mond – mówiąc to, ściągając ze swoich pleców tobołek i wyciągając z niego bukłak.
– Nie wolno ci tu przebywać!
– Jestem tylko pół-elfem. Dokument obejmuje tylko elfy czystej krwi.
– Mieszaniec?! – zdziwiła się Tamara – To prawie niemożliwe.
– Owszem – podróżnik przetarł oczy i napił się, mimochodem spoglądając na jej twarz – Mieszańcy to rzadkość. Jednak i tak, częstsza niż zobaczyć księżniczkę przebraną za służkę – rozejrzał się – na polnej drodze.
Dziewczyna lekko się zmieszała. Przybysz zarzucił tobołek na plecy.
– Co tu robisz?! – zapytali niemal w jednym momencie
– Chcę renegocjować zapis o zakazie elfów na terenie królestwa.
– Masz tupet, elfie. Po waszej zbrodni…
Przerwał mu – Gardzę, i ludźmi, i elfami. Zbrodnia to zbrodnia. Nie ma znaczenia, czy ręka należy do Stygryjczyka czy Lar’monda. Krew to krew. Nie ma gorszej ani lepszej.
– Mocne słowa. Radzę je ważyć, nie jesteś u siebie – warknął Emond, na co Ethar się zamyślił.
– Z uwagi na moją profesję, ciężko znaleźć miejsce, gdzie będę „u siebie”.
– Czym się zajmujesz? – zapytała Tamara.
– Księżniczko. Nie lubię się tym chwalić – podrapał się po szyi – Lepiej się zejdę wam z drogi i wszyscy rozejdziemy się w pokoju.
Emond już chciał odpowiedzieć, ale Tamara szepnęła mu do ucha:
– I tak zginie. W stolicy roi się od tamtych potworów. Nie ryzykuj. Jedźmy dalej.
– Dobrze – szepnął, po czym zwrócił się do przybysza – zgoda, ale ostrzegam, nie rób nic głupiego.
– Gdzież bym śmiał podnieść rękę na królewską córę. Wolę negocjować na miłych warunkach, a uszkodzenie waszej dwójki, raczej tego nie zapewni – odparł Ethar, schodząc z drogi i znikając w zaroślach.
Oboje pognali dalej. Tamara jeszcze patrzyła za wędrowcem, ale ten nie wyszedł już na drogę. Emond szarpnął lejcami, by koń przyspieszył.
– Cholerne elfy – warknął – pewnie w krzakach jest ich więcej.
– Boi się, że nas zaatakują?
Jedynie mruknął, wyczekując ataku. Nic się jednak nie wydarzyło. Tamara ułożyła głowę na plecach przyjaciela.
– Może powinniśmy mu powiedzieć o stolicy.
– To elf. Nie będę po nim płakał – odparł Emond, wjeżdżając do miasteczka.
Była to niewielka miejscowość, kilka chat krytych strzechą, a na środku studnia. Kobiety pracowały przy domach, szyjąc ciepłe ubrania. Emond zatrzymał się przy jednej z chat.
– Gdzie jest najbliższe miasto?
– Quecja, panie.
– A poza nią? Co to za miejsce?
– Hega, panie. A poza Que…
– Hega? – powtórzyła Tamara.
– O co chodzi?
– Ui’jorr miał tu rezydencję – przypomniała sobie – jak byliśmy dziećmi, to sir Raymond nas tam zabrał.
Kiwnął głową i zwrócił się do kobiety – Gdzie jest rezydencja hrabiego Ui’jorra?
– Tam, panie – wskazała palce – Idźcie nowym traktem, nie starym. Jak tamten baran, pytał o drogę, a i tak poszedł po swojemu, jakby znał okolice.
– Dzięki za pomoc.
– Za pomoc się płaci, panie – odparła, wciąż pracują.
Rycerz westchnął i podał jej złotą drachmę, ta lekko się ukłoniła. Ruszyli dalej. Oba trakty ponownie biegły w kierunku Quecji, lecz ich stan był znacząco różny. Drzewa i krzewy przy drodze były wykarczowane.
– Chcę odpocząć – szepnęła, wciąż opierając głowę o srebrny naplecznik Emonda.
Podróż była spokojna, wiatr ucichł, słońce nikło za horyzontem, a niebo okrył ciemny gobelin z usiany małymi świecącymi punktami. Widząc to dziewczyna, śledziła zmieniający się dzień.
– Jak myślisz, są w wiecznym królestwie?
– Na pewno – rzucił krótko Emond, w pełni skupiony na drodze.
Po tym, dziewczyna już milczała. W ciszy oglądając gwiazdy i śniąc. Ciężko było dokładnie rozgraniczyć, gdzie wtedy była jawa, a gdzie sen. Obie te sfery złączył się w jedno, obie zdawały obce dla dwojga podróżnych.
Ścieżka niknęła w mroku. W końcu Emond dostrzegł białą rezydencję. Pognał konia. Afrra ruszyła, choć była równie strudzona. Dworek stał pusty, a okolica pozostawała cicha, tylko puchacze i koniki polne, zadawały się przypominać o swej obecności.
– Zaczekaj tu – oznajmił Emond, do śpiącej dziewczyny.
Powoli zszedł z konia i delikatnie przesunął śpiącą tak, by oparła głowę na grzywie zwierzęcia. Ta, mimo ruchu wciąż spała.
„Śpiąca królewna” – pomyślał, po czym wydobył ostrze z pochwy.
Zbliżył się do budynku i zajrzał przez okno.
– Pusto.
Rycerz delikatnie wybił szybę okrągłą głowicą miecza.
– Co robisz? To Ui’jorra – odezwała się zaspana Tamara.
– Był na zamku. Już mu się nie przyda – odparł i wszedł do środka.
Wnętrze było ciemne i w nieładzie, jakby służba uciekła. Szafy pootwierane, dywany rozrzucone.
– Okradli go i uciekli.
– Stój! – rozległ się głos z cienia. Rycerz natychmiast odwrócił się w jego kierunku.
– Jestem sir Emond Aervarr. Przychodzę po pomoc.
– Emond?
Człowiek podniósł lampę bliżej twarz, starej, pomarszczonej i szczodrze okrytej siwym włosem. Odziany był w czarny mentyk, oraz wyróżniające go białe rękawiczki, o złotych zdobieniach.
– Haair… jak dobrze cię widzieć – rzekł, chowając miecz do pochwy – Co tu się stało?
– Sam chciałbym wiedzieć, obudziłem się kilka godzin temu i zastałem taki obraz.
– Rozumiem. Nic ci nie jest?
Machnął ręką – Nic.
Emond szczerze się uśmiechnął, a zarządca spojrzał na niego podejrzliwie – Chłopcze, czy ktoś jeszcze z tobą jest?
– Tak, Tamara.
– To co tu jeszcze robisz?! Zostawiłeś kobietę… Dame w nocy! Życie ci niemiłe?! – wrzasnął, otwierając wrota i rozkazując – Na ten tychmiast, sprowadzić ją tutaj.
Emond zerwał się, podchodząc do wierzchowca. Tamara spała na końskiej grzywie. Twarz miała brudną, a w długich włosach zaplątane były liście. . Mimo tego jej sen był spokojny, niczym u dziecka. Rycerz delikatnie ściągnął ją z siodła i zanosząc do środka rezydencji.
– Niech mnie… to o was mówił – rzekł Haair, dziwiąc chłopaka.
– Kto?
– Przyjaciel Hrabiego, to on mnie znalazł i obudził.
– Przyjaciel?
– Nie przedstawił się, ale pokazał mi dokument z pieczęcią i podpisem hrabiego.
– Czego chciał? – dopytywał młodzieniec.
– Kazał mi czekać, a sam wziął jednego z koni i odjechał. Ale to nie ważne, czemu tu jesteście? Ty i księżniczka. Gdzie Hrabia?
Emond zadrżał, zimny pot spłynął mu po plecach. Gardło stało się jałowe, wolne od słów.
– Stolica została zaatakowana…
– Przez kogo?
– Upiory… Jeśli Ui’jorr był na zamku…
Haair westchnął. – Rozumiem.
– Wybacz mi… Nie mogłem…
Stary zarządca ułożył dłoń na jego lewym ramieniu.
– Spokojnie, chłopcze. Spełniłeś swoją powinność. Księżniczka jest bezpieczna i chyba obśliniła ci naramiennik.
Emond spojrzał nią.
– Mógłbyś ją gdzieś położyć?
– Naturalnie. Zaraz wracam – odparł Haair, zbierając śpiącą i znikając w jednym z pokojów.
Rycerz usiadł pod wybitym oknem
– Po tym wszystkim. Ojcze, co mam robić? – zapytał i zaczął cicho płakać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania