Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Prośby i próby R.2 Cz.1 "Próby"
Opuściłem Stygrię, wiosną roku 945. Mężny sir Damian zginął z rąk własnego syna, sir Uriela – młodzieńca szlachetnego, o twarzy serdecznej, obyczajach pięknych i usposobieniu miłym. Sir Damian, „największy szermierz wschodu”, poległ w zwykłej sprzeczce. Wkrótce po tym smutnym wydarzeniu zmarł wspaniałomyślny król Ijon IV, a jego syn, nastoletni Ijon V, przejął władzę. Sir Uriel objął rolę ojca, stając się doradcą młodego monarchy…
Mogłem pozostać w królestwie – następca króla dał mi taką możliwość. Jednak żal po stracie przyjaciół zmusił mnie do dalszej wędrówki. Serce mistrza nie różni się od serca człowieka: i je strata oraz gorycz mogą zranić głębiej niż najostrzejszy osąd. Moim kolejnym celem było Królestwo Baturu, sąsiad Stygrii, najbardziej obce mi ziemie. A jednak gniew imperatorów zdawał się prześladować mnie nawet tam.
Sir Tristan
Wiosna, rok 1528, Rezydencja Hrabiego Ui’jorra
– Emondzie, zbudź się – rzekł Haair, lekko potrząsając rycerzem.
– Tak? – odpowiedział, czując na twarz, że jego łzy już wyschły.
– Czy te potwory zabiły hrabiego? – zapytał sługa, wskazując na jedno z okien.
Emond zerwał się natychmiast i podbiegł do przezroczystej ściany. Na polu, tuż obok rezydencji, czekała horda. Chmara upiorów.
Dopiero teraz rycerz mógł im się przyjrzeć. Twarze mieli zapadnięte, włosy wypłowiałe, oczy nienaturalnie wielkie. Ciała wydłużone jakby rozciągnięte przez chorobę. Poruszali się powoli, lecz nieustępliwie, a ich jęki niosły się przez noc niczym echo dawno umarłych głosów.
– To one… ścigały nas – wyszeptał Emond, chcąc już biec po Tamarę.
Haair zatrzymał go, chwytając za ramię.
– Spokojnie.
– Polują na Tamarę.
– Na razie stoją. Wygląda na to, że zgubiły wasz ślad – mruknął Haair, gładząc brodę.
Rycerz westchnął.
– Zapomniałem, że jesteś też myśliwym.
Haair tylko skinął głową i zwrócił się do chłopaka:
– Widziały, w którą stronę uciekliście?
– Raczej nie – odparł Emond, wpatrując się w hordę. Kilka stworzeń spoglądało w stronę rezydencji jakby na niego.
– Może nie widzą… albo nie ciebie szukają – stwierdził Haair – Przyprowadzę Tamarę, trzeba to sprawdzić.
– Czekaj! – rycerz chwycił go za rękę – A jeśli kierują się wzrokiem? Mogą zaatakować.
– Uciekniecie. Twój koń stoi nienaruszony. Żadna z tych bestii nawet się do niego nie zbliżyła.
– Czyli nie kierują się węchem… gdyby tak było, otoczyłyby Afrrę. Czekają na rozkaz? Nie. Gdyby ktoś je kontrolował, na pewno kazałby im otoczyć teren. Może to zbyt prymitywne stworzenia i nie są w stanie być w pełni kontrolowane?
Nagle chłopak zatrzymał się na innej myśli: Czy on… powiedział „Tamara”?
Haair przyjął oficjalny ton:
– Panienko to, przed czym uciekliście, stoi teraz na polu przed rezydencją.
– Co?!
Dziewczyna spojrzała na niego w szoku. Jej zaspane oczy natychmiast zasnuło zdziwienie. Podbiegła do okna i w ciszy wpatrywała się w potwory. Kilka z nich na pewno ją dostrzegło, lecz żadne nie ruszyło w jej stronę.
– Czyli nie widzą – stwierdził ciężko Emond, spoglądając na pozostałych.
– A jednak was znaleźli – zauważył Haair, skupiony na posępnych upiorach.
– Emond, może wywęszyły nas jak psy?
– Gdyby tak było, kręciłyby się wokół konia, nie tam…
– Więc jak nas znalazły?! – przerwała, dostrzegając coś jeszcze – I dlaczego teraz nie gonią?
– Prawdopodobnie Ui’jorr przygotował się na to.
– Hrabia raczej nie praktykuje magii. W samej rezydencji nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać te stwory. Przynajmniej w miejscach, które znam.
– A pracownia?
– Być może – zamyślił się Haair – Emondzie możesz mieć rację, faktycznie tam może być coś, co was ukryło.
– Zaprowadzisz nas? – Tamara podbiegła do starca.
– To hrabia musiałby wyrazić zgodę. Sam nie mam prawa…
– Zaprowadź nas tam! – rozkaz dziewczyny zabrzmiał niczym dzwon.
Emond raz jeszcze spojrzał na upiory. Wciąż czekały.
„Słuch też możemy wykluczyć”
– Dobrze, spełnię życzenie, pani. Jednak w zamian chcę mieć zapewnienie, że hrabia nie wróci.
– Haair, nie wymagaj…
– Spokojnie, Emodzie – przerwała mu Tamara, po czym zwróciła się do sługi – Rozumiem, co czujesz. Jednak nie mogę tego obiecać.
Starzec uniósł brwi, jakby rozumiał, co dziewczyna chce powiedzieć.
– Miast tego mogę zwolnić cię z przysięgi – mówiła pewnie i wyniośle niczym królowa. Jej dominujący wzrok padł na sługę – Dlatego tu zostałeś. Rezydencja jest pusta, a mimo to nie uciekłeś. Dlatego pozwalam ci odejść, z łaski Bogini nadanej mi przez przodków.
Haair roześmiał się, niemal jak dziecko.
– Wybacz pani, ale… – jego twarz spoważniała, a głos znów nabrał powagi – Moja umowa z hrabią może się dopełnić jedynie w chwili śmierci. I ani ty, ani żaden inny władca na ziemi czy w niebiosach nie może oferować mi wolności. Taki jest mój obowiązek. Zaciągnąłem dług wobec hrabiego, który spłacić mogę jedynie sobą.
Tamara spojrzała na niego, szok to wszystko, co można było powiedzieć o jej twarz. Emond milczał, jedynie słuchając i obserwując. Starzec westchnął.
– Dobrze. Skoro te stwory są takie, jak mówiła panienka, nie ma co zwlekać. Chodźmy.
– Zaprowadzisz nas?
Zatrzymał się.
– Oczywiście, wszak uczyłem Emond manier, a panią wspierałem w troskach. Jesteście mi bliscy, a ja jestem bliski wam.
Poprowadził ich do niewielkiej izby. Ściany miały barwę kardamonu, sufit był biały, zdobiony żyrandolem i srebrno‑złotymi freskami. W centrum stało spore łóżko, obok biurko, krzesło, kilka szaf i półek z książkami.
– To sypialnia Ui’jorra? – zapytała Tamara, rozglądając się po pokoju.
– Tak – odparł sługa, podchodząc do jednej z półek – Pod nim znajduje się laboratorium.
Przejechał palcem po grzbietach ksiąg i wskazał jedną z nich.
– Wystarczy ją pociągnąć, a ściana za łóżkiem odsłoni przejście. Tam znajdziecie laboratorium Ui’jorra.
– Haair… dlaczego sam tego nie zrobisz? – spytał Emond, spoglądając na jego nogi.
Starzec stał inaczej niż zwykle. Zazwyczaj trzymał nogi równolegle, jak przystało na służbistę, lecz tym razem prawa była lekko odsunięta, jakby naciskając jedną z desek.
– To wy szukaliście laboratorium, prawda? – odparł chłodno – Więc pokazuję wam drogę.
Rycerz zmierzył go wzrokiem, gotów dobyć miecz.
– Emond, co się dzieje?
– Nie wiem… ale Haair, którego znam, nigdy nie nazwałby ani ciebie, ani Ui’jorra po imieniu. I na pewno, poszedłby z nami.
Starzec zakrył twarz dłonią.
– Cholera… a miało pójść prosto.
– Kim jesteś?! Gdzie jest Haair?! – wrzasnął Emond, dobywając miecza.
Mężczyzna rozchylił palce, odsłaniając jedno oko.
– Martwy – westchnął, a jego głos stał się wysoki i chłopięcy – Muszę mu jednak przyznać, że walczył dobrze. Jego skóra była dziwna… pełna ran. Założenie jej było nieprzyjemne, a mój dar wymaga czucia.
Tamara rozpłakała się mimowolnie.
– Czyli…
Oszust uśmiechnął się szyderczo.
– O nie, jaki zły świat… łee… jestem taka samotna, mój tata, moja mama, Emond… – mówił, gestykulując teatralnie. – Dobrze, że bogowie nie istnieją. Inaczej naprawdę współczuliby, patrząc na tak zapatrzoną w siebie dziewkę.
Rycerz chwycił miecz oburącz.
– Zamknij się. To ty sprowadziłeś te potwory?!
– Ja? – prychnął tamten – Jesteś opóźniony, naprawdę opóźniony. Jeszcze tego nie zrozumiałeś, twój ród to zbór morderców uciekających przed karą – wyciągnął ze skórzanej pochwy, krótki miecz – Dobrze, że nie możecie żyć sami.
– Milcz! – wrzasnął Emond i natarł.
Choć oszust wyglądał na starca, był zwinny jak młodzik. Sprawnie zablokował cios, a ostrza zderzyły się z hukiem. Emond poczuł, jak słaby jest oponent, i znowu uderzył, tym razem celując wysoko. Oszust minął ostrze, znajdując się tuż obok rycerza. Nim ten zareagował, szybkim, idealnie wymierzonym młynkiem uderzył w jego broń, sprawiając, że długa stal wbiła się w drewnianą podłogę. Emond skupił się na wydobyciu broni.
– Sz... – nie dokończył, otrzymując potężny cios pięścią, który go ogłuszył.
Zaraz potem runął na deski, podcięty przez wroga. Ten górował nad nim, odrzucił własny miecz i bez trudu wyrwał ostrze rycerza z podłogi.
– Tamara, uciekaj! – krzyknął Emond, próbując się podnieść, lecz został kopnięty.
– Żałosny rycerzyku, dlaczego przegrałeś?
Skierował ostrze ku szyi chłopaka.
– Ten Haair wydawała się mocny i faktycznie, ciężko było mu zabrać skórę. Ty natomiast jesteś rozczarowaniem.
– Zabiję cię – syknął rycerz, na co oszust cofnął się o krok.
– Dobrze, będę cicho… Ale najpierw coś wam powiem. Rycerzyka okaleczę, nie będzie podejrzeń, że młodemu okaleczonemu protektorowi odbiło i chce zabić swoją panią, a twoja skóra, panienko, przyda się w moich planach.
– Tylko ją tknij, a…
Oszust zakręcił mieczem.
– A może ciebie po prostu zabiję?
Tamara chciała podbiec, lecz ostrze zagrodziło jej drogę.
– Spokojnie. Twojej skóry nie mogę uszkodzić. Jeszcze mi się przyda.
Na sekundę stracił z oczu Emonda. Rycerz nie czekał. Rzucił się na niego, przygniatając zbroją i własnym ciężarem.
– Tami, odsuń się!
– Brawo – szydził oszust, odwijając się ostrzem. Emond zasłonił głowę naramiennikiem, miecz odbił się głucho. Rycerz chwycił uzbrojoną rękę przeciwnika i przygwoździł ją do ziemi. Mimo to oszust wciąż się uśmiechał.
– Ty… skurwysynu! – wrzasnął rycerz, uderzając w głowę przeciwnika pięścią.
Z każdym uderzenie opancerzona rękawica, która ją osłaniała, coraz mocniej nasiąkała krwią. Metal zmienił kolor pod naporem furii, a ciało oszusta pod ciosami wiło się i kurczyło. Jeszcze przez chwilę słychać było oddech, lecz w końcu wszystko ucichło. Emond, uświadomiwszy sobie, że przeciwnik nie żyje, osunął się na ziemie. Jego dłoń ociekała krwią, a między blachami tkwiły fragmenty roztrzaskanego mózgu.
Spojrzał na twarz przyjaciela – teraz była jedynie bezkształtną masą. Oczy wgniecione w czaszkę, nos zatopiony w rubinowym morzu. Oponent nie żył. Zmęczony rycerz podniósł miecz i spojrzał na Tamarę. Dziewczyna milczała, wpatrując się w zmasakrowane ciało.
– Wybacz… – wyszeptał, podchodząc do niej.
Tamara bez słowa otarła mu twarz dłonią.
– Tami… – powoli kontynuował.
– Jesteś brudny – odparła, z trudem się uśmiechając.
– Naprawdę… – westchnął ciężko – To nie był on.
– Wiem. Spokojnie.
– A jednak… – jego oczy zaszkliły się – To był Haair.
Rycerz bezwładnie upadł na kolana. Dziewczyna patrzyła na niego, ze szczerym żalem. Chciała go objąć, lecz powstrzymał ją. Zatrzymał również łzy, które cisnęły się spod zmęczonych powiek.
– Obmyję się i ruszamy dalej – powiedział powoli, z trudem wstając.
– A laboratorium?
– Ui’jorr na pewno zastawił tam pułapki. Haair był jedynym, który je znał, a my nie możemy się narażać.
– Rozumiem – odparła, widząc jego trzęsące się ręce – idź się obmyć.
Emond ruszył w mrok i zniknął w ciemnościach. Księżniczka została sama, a oczy jej się zaszkliły. Usiadła w rogu pokoju, starała się nie zwymiotować, widząc zmasakrowane ciało przyjaciela. Trzęsła się, drżała, a łzy tak długo skrywane przy rozmowie z Emondem teraz wylały się bez oporu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania