Radio (Rozdział 1)

ROZDZIAŁ 1

 

– To musiał być co najmniej metrowy szczupak! – rzekł do syna Jakub Wierzbicki, pakując do bagażnika sprzęt wędkarski. – Widziałeś jak szarpał? Myślałem, że wyrwie mi wędkę z rąk.

– Tak, to musiało być coś dużego. Może lin? – potwierdził z uśmiechem piętnastolatek.

– Może... Nie dowiemy się już. Skurczybyk zwiał. – Mężczyzna zadarł głowę i zapatrzył się na granatowe niebo. – Zaraz zacznie padać. Szybko coś ten dzień minął, co?

Ojciec miał rację, pomyślał Gabryś. Chyba tak to już jest. Kiedy zabawa jest przednia, wskazówki zegara pędzą jak szalone. Szkoda, że w szkole czas zwalnia niczym kierowca zbliżający się do fotoradaru. Musiał przyznać, że wypad na ryby z tatą był naprawdę fajnym pomysłem. Bez kitu. Choć nie przepadał za wędkowaniem tak bardzo jak ojciec, to cieszył się, że mógł z nim spędzić ten dzień. Szczególnie, że doktor Wierzbicki był zapracowanym człowiekiem i nie miał dla syna wiele czasu. Był lekarzem w szpitalu miejskim w Giżycku. Brał mnóstwo dyżurów, ponieważ kredyty jakie zaciągnęli z mamą na budowę domu, auto, wakacje i Bóg wie co jeszcze były pokaźnych rozmiarów. Udało mu się jednak zarezerwować ten październikowy piątek dla jedynego syna. Gabryś był mu za to wdzięczny. Jego twarz rozpromieniła się.

– Tak, tato. Dzięki za dzisiejszy dzień. Było naprawdę spoko.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, bo wyczuł, że Gabryś mówi szczerze. Poczochrał jasne, bujne włosy chłopaka.

– Cała przyjemność po mojej stronie, młody. Szczególnie, że nie wracamy z pustymi rękoma – puścił oko i spojrzał ucieszony na wiaderka pełne ryb. Zamknął klapę bagażnika.

Jezioro Okrągłe leżało w połowie drogi pomiędzy Giżyckiem, a Rynem, gdzie mieszkali Wierzbiccy. Było nieduże i bardzo kameralne. Czterdziestodwuletni Jakub uważał ten akwen za swoje „tajne miejsce”. Rzeczywiście, niewielu turystów miało pojęcie, że gdy skręci się z drogi krajowej numer pięćdziesiąt dziewięć i przejedzie około kilometrowy odcinek szutrówki, oczom ukaże się widok pięknego, na wpół dziewiczego jeziora z mnóstwem miejscówek do wędkowania i jedną niewielką plażą. Już jako nastolatek przyjeżdżał tu ze znajomymi z liceum by palić ogniska, pić tanie wina, popalać skręty czy po prostu powygłupiać się. Na studiach natomiast, gdy mógł już pożyczać od ojca poczciwą skodę felicię, zabierał tu na schadzki Anię – dziewczynę, którą poznał na uniwersytecie. Dziewczynę, która została później jego żoną. I matką tego oto młodzieńca, pomyślał zerkając na syna, opartego głową o boczną szybę auta i przeglądającego coś w smartfonie.

Gabryś Wierzbicki był jednym z tych chłopców, o których nauczyciele mówili: „zdolny, ale leniwy”. Klasyk. Rodzice byli po studiach medycznych, więc chcieli, żeby ich jedyny syn nie skończył jako sprzedawca w supermarkecie albo woźny. Przecież to nie przystoi „lekarskiemu dziecku”. Rozumiał dlaczego wywierają presję i naprawdę starał się sprostać ich wymaganiom. Uczył się nie najgorzej. Nie był prymusem, ale nie można powiedzieć, by zostawał w tyle. Miesiąc wcześniej zaczął siódmą klasę, więc nie uważał się już za dziecko. Ewentualnie mógł przystać na określenie „nastolatek”. Jego życie wchodziło w okres buntu, choć jak wszyscy, którzy taki przeżywali, nie był tego świadomy. Rodzice twierdzili, że za dużo czasu spędza z kolegami, a za mało wśród podręczników. Może mieli trochę racji, ale kurczę... Gabryś po prostu zwariowałby, gdyby miał siedzieć sam w dużym, pustym domu i tylko zakuwać. Pustym, ponieważ ojciec i matka wiecznie byli zajęci pracą. Co prawda fundowali mu mnóstwo zajęć pozalekcyjnych, ale czuł, że robią to głównie po to, by wyciszyć swoje sumienia, które gryzły ich z powodu braku czasu dla jedynego dziecka. No i przy okazji miał dużo mniejsze szanse na wpadnięcie w jakieś złe towarzystwo czy używki. Gabryś starał się przypomnieć sobie wszystkie zajęcia, w których uczestniczył, ale było to trudne zadanie. Piłka nożna, karate, taniec współczesny, kurs rysowania, siatkówka... Przez dwa tygodnie chodził nawet na kurs garncarstwa. To były jaja. Chłopiec uśmiechnął się na te wspomnienie. Podobnie było z gadżetami. Sprzęty elektroniczne – tylko od Apple. Elektryczna hulajnoga – częściej jeździli nią jego koledzy, niż on. Rower górski z karbonową ramą za dziesięć tysięcy – przejechał się nim chyba trzy razy i później służył już tylko jako ozdoba garażu i zbieracz kurzu. Pecet musiał być nowy co dwa lata ¬– wiadomo, żeby świeże gry śmigały bez zarzutu. Lubił te rzeczy. Lubił, gdy znajomi mu zazdrościli. A jednak, teraz poczuł, że chętnie zamieniłby to wszystko na możliwość częstszych wypadów z ojcem. Takich jak dzisiaj. Albo żeby zamiast lecieć na wycieczkę do Barbadosu i przez dwa tygodnie snuć się po plażach z drinkami w dłoniach, prawie w ogóle się do siebie nie odzywając – pójść na wspólny spacer po Rynie. Mama, tata i on. Idą razem przez Starówkę, śmieją się, wygłupiają, rozmawiają głośno. Ten obraz się nie ziści, Gabryś czuł to pod skórą. Widział, że rodzice oddalają się od siebie. Coraz mniej ze sobą gadają. Tylko kiedy muszą. O nim, o szkole, o jego przyszłości, studiach... Próbował delikatnie ich podpytywać o tę dziwną sytuację. Ale oni go zbywali. Wmawiali mu, że wszystko jest ok. Gabryś widział jak było między nimi kiedyś i wiedział, że teraz nie jest ok...

– Szklana pogoda! – z przemyśleń wyrwał go próbujący śpiewać ojciec, który wtórował wokalistce w radio – Szyby niebieskie od telewizorów!

Chłopak spojrzał na niego z politowaniem. Ojciec miał fatalny głos, ale widocznie świetnie się bawił podrygując energicznie na fotelu kierowcy.

– No, dawaj, synek! Pomóż mi! Akurat trafili z tym numerem...

Rzeczywiście, wycieraczki zbierały uparcie deszcz z przedniej szyby volvo, pracując w najszybszym trybie. Przez większość dnia niebo chmurzyło się i ciemniało, by teraz zrzucić na mazurski teren hektolitry wody. Na szczęście jak już ruszyli do domu. Było po siedemnastej, więc za oknami zapadał wieczór. Wyjechali ze żwirowego traktu i skręcili w prawo na „krajówkę”, otuloną z obu stron lasem.

– Ok. Zaśpiewam z tobą ten kawałek, ale później zarapujesz ze mną Taco Hemingwaya! – zachichotał chłopak.

– Co? Hemingwaya? On miał na imię Ernest. Poza tym pisał prozą więc ciężko go będzie zarapować! Jezu... Czego was uczą w tej szkole?

Tata puścił oko, a Gabryś wybuchł głośnym śmiechem. Jakubowi przeszło przez myśl, że zbyt rzadko razem się śmieją.

– No co? Chyba miałeś „Starego człowieka i morze”? To lektura. Musisz to kojarzyć...

Chłopak, kręcąc głową z rezygnacją, oderwał oczy od ojca i spojrzał przez przednią szybę. Jego radosny śmiech w ułamku sekundy zmienił się w przeciągły krzyk. Krzyk przerażenia...

– Taaatooo!

Wszystko trwało kilka krótkich chwil. Jakub zerknął na drogę i ujrzał jelenia na samym środku pasa, w odległości nie większej niż dwadzieścia metrów przed nimi. Zwierzę z rozłożystym porożem stało niczym posąg wmurowany w asfaltową nawierzchnię. Błyszczące ślepia wpatrywały się jak zahipnotyzowane prosto w światła reflektorów. Rogacz, za żadną cholerę, nie chciał nawet drgnąć.

Umysł kierowcy nie zdążył podpowiedzieć, jaki manewr byłby najskuteczniejszy. Ręce zadziałały odruchowo i skręciły kierownicę w lewo. Volvo w ostatniej chwili wyminęło zwierzę i gdy było na lewym pasie, Jakub energicznie skontrował w prawo. Wiedział doskonale, że po obu stronach „krajówki”, na tym odcinku, są głębokie na kilka metrów leśne zbocza. Bardzo strome. Najważniejsze to utrzymać się na jezdni, pomyślał. Nie wypaść z tej jebanej drogi.. Jednak żadna siła wyższa nie chciała wysłuchać życzeń Jakuba Wierzbickiego. Po nagłym szarpnięciu pojazdem i powrocie na prawy, pas, fizyka zrobiła swoje. Szosa była zdecydowanie za wąska...

Przerażony Gabryś zrobił głęboki wdech. Manewry ojca, aby utrzymać auto na drodze, uzmysłowiły mu, że mogła to być już jego ostatnia porcja powietrza w życiu. Po kilku sekundach walki o pozostanie na drodze, pojazd wzbił się w powietrze. Gabryś poczuł, że jest w stanie nieważkości. Czas zwolnił jak na filmach akcji, które nieraz oglądał na Netflix. Przez boczną szybę widział (jakieś trzy, może cztery metry pod autem) ściółkę leśną i pojedyncze, ogołocone z liści dzikie krzaki. Przeszło mu przez myśl, że teraz naprawdę okaże się jak bezpieczne są samochody szwedzkiego producenta. Gdzieś w oddali słyszał przeraźliwy krzyk ojca:

– Kurwaaaa!

Sam również darł się wniebogłosy, choć nie był tego świadomy. Chciał obrócić głowę i spojrzeć na tatę, być może ostatni raz, ale nie zdążył. Przód auta zetknął się z ziemią, co wywołało ogromny wstrząs. Wielkie, białe poduszki powietrzne wystrzeliły z deski rozdzielczej i kierownicy. Obie trafiły z ogromną siłą w twarze ojca i syna, ucinając ich krzyki. Gabryś usłyszał nieznośne dzwonienie w głowie. Miał wrażenie, że za chwilę pęknie mu czaszka. Poczuł jak volvo po uderzeniu w ziemię, wciąż podskakując, przemierza kolejne metry lasu. Raptem rozległ się ogromny huk połączony z odgłosem gniecionej karoserii. Chłopcem szarpnęło do przodu i w tej samej chwili wszystko dookoła przykryła czerń. Przez umysł przepłynęła mu jeszcze jedna mglista myśl. Właściwie było to pytanie...

„Czy to już koniec?”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    „był zapracowanym człowiekiem i nie miał dla syna wiele czasu. Był lekarzem w szpitalu miejskim w Giżycku. Brał mnóstwo dyżurów, ponieważ kredyty jakie zaciągnęli z mamą na budowę domu, auto, wakacje i Bóg wie co jeszcze były”
    Był – był – były
    „mu się jednak zarezerwować ten październikowy piątek dla jedynego syna. Gabryś był mu za to wdzięczny. Jego”
    Mu – ten – mu – to – jego – za dużo zaimków
    „którą poznał na uniwersytecie. Dziewczynę, która”
    2 x którą
    „się, wygłupiają, rozmawiają głośno. Ten obraz się nie ziści, Gabryś czuł to pod skórą. Widział, że rodzice oddalają się „
    3 x się
    „ich podpytywać o tę dziwną sytuację. Ale oni go zbywali. Wmawiali mu”
    Ich-tę-oni-go-mu = zaimkoza
    „To lektura. Musisz to kojarzyć...”
    Jedno to zbędne

    Dobry początek, dobrze zarysowane relacje ojca z synem. Zobaczymy, jak dalej i w którą strone to pójdzie, bo urwałeś w takim momencie, że wszystko jest możliwe, od ratunku przyz UFO, poprzez wizytę w Raju, na smutnej prozie życia w roli wdowy i półsieroty…
  • Zapach Prozy 4 miesiące temu
    https://zapachprozy.blogspot.com/p/radio-rozdzia-1.html
    Zapraszam na swojego bloga. Tutaj do przeczytania już w poprawionej wersji :)
  • Zapach Prozy 4 miesiące temu
    Dziękuję za uwagi :) Rzeczywiście zaimki stanowią moją zmorę :) Lecz będę z tym walczył :) Pozdrawiam!
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Bardzo dobre wprowadzenie do nowej historii. Na początku mamy łagodny początek, niezapowiadający niczego nadwyzajnego, po czym katastrofę - czyli właśnie to, jak często wygląda to w prawdziwym życiu. Opisane bardzo dobrze, nie miałam ani razu zakłóceń w czytaniu. :)
  • Zapach Prozy 2 miesiące temu
    Dziękuję :) Zachęcam do śledzenia dalszych losów bohaterów :) Coming soon

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania