Rozdział 13
To była walka o to, żeby nie wyć, kiedy pielęgniarka zmieniała sączki. Potem walka o to, żeby przejść dziesięć metrów do łazienki bez utraty przytomności. Wypisali mnie po trzech tygodniach, kiedy lekarz uznał, że antybiotyki zabiły najgorsze gówno, a reszta zależy od mojego organizmu.
Tyle że mój organizm miał dość. Przez pierwszy miesiąc powrót do żywych był żałosny. Siedziałem w swoim mieszkaniu, w tym sterylnym grobowcu, który śmierdział Domestosem i tanią whiskey, nie mając siły, żeby podnieść z podłogi upuszczony widelec. Ciało odmawiało posłuszeństwa przy najprostszych rzeczach – potrafiłem spocić się z wysiłku przy zapinaniu butów, a tętno skakało mi do gardła, kiedy tylko szybciej wstałem z fotela. Ta bezsilność była gorsza od samej sepsy. Każdy oddech przypominał mi, że o mało nie zdechłem w tym szpitalnym łóżku, a świat na zewnątrz kręcił się dalej, jakby nigdy mnie nie było.
Dopiero gdy ten otępiający koktajl leków i osłabienia zaczął schodzić, mózg, z braku innych zajęć, zaczął mielić dane. Góra mogła pogrzebać Vargę, ale nie to, co po sobie zostawił. Zamiast wychodzić do ludzi, których widok tylko mnie drażnił, całą tę narastającą wściekłość pchnąłem w ścianę w kuchni.
Tam, gdzie kiedyś wisiał stary zegar Dutch’a, teraz pojawiły się mapy, wydruki z bazy danych i zdjęcia, które zdążyłem zgrać z pendrive’a, zanim oddałem go Grayowi. Pozbycie się zegara było jedyną rzeczą, która przyszła mi z łatwością. Dutch przestał istnieć w tym domu. Zostały tylko fakty.
Fakt numer jeden: Owens. Ten skurwysyn zapadł się pod ziemię idealnie w momencie, gdy ja walczyłem o życie. Analizowałem każdą trasę ucieczki, każdy stary kontakt, o którym wspominał Mark. Gdzie może być gliniarz, który wie, że jest spalony? Nie ucieka do Meksyku. Ukrywa się tam, gdzie system go nie widzi, ale on wciąż widzi system. Owens to nie amator – on czeka, aż kurz opadnie.
Fakt numer dwa: Fotografia z mariny. Czarna limuzyna. Powiększenie ziarna na rejestracji wskazywało na Biuro Burmistrza. Wysoki profil mężczyzny w tle, charakterystyczny sposób splatania palców – widziałem tę postawę na dziesiątkach konferencji prasowych Dixona. Zastępca burmistrza na zdjęciach Vargi to nie był przypadek, ale dla sądu to wciąż tylko zbiór pikseli. To był jedyny punkt wspólny między ratuszem a pirsami San Pedro.
Fakt numer trzy: Varga i Dixon. Szukałem połączeń, których nie było w oficjalnych aktach. Varga był starym wygą, Dixon – ambitnym politykiem. Pieniądze to za mało. Varga był zbyt szczwany, by ryzykować wszystko dla samej działki ze Szkła. Przeszukiwałem stare rejestry, archiwa spraw z lat dziewięćdziesiątych. Gdzieś tam musiał być ten pierwszy wspólny grzech.
Fakt numer cztery: Spooner. To on wystawił kark. Bar, w którym go widziałem ostatni raz, został zamknięty przez inspekcję sanitarną trzy dni po mojej hospitalizacji. Oficjalnie: szczury. Nieoficjalnie: czyszczenie przedpola. Spooner albo uciekł z miasta, albo leży już w kanale.
Dwa miasta tej paranoi. Mark zginął, bo wierzył w lojalność. Ja przeżyłem, bo przestałem wierzyć w cokolwiek poza twardymi danymi.
Kiedy w końcu, w marcowy poranek, wsiadłem do Forda, przejechałem obok placu budowy Hegry Arena. Stalowy szkielet ma już sześć pięter. Robota idzie na three zmiany, reflektory walą po oczach nawet w dzień, a pompy ryczą bez przerwy. Frank zapierdala tak, jakby chciał zagłuszyć huk wystrzału, który zabił jego żonę.
Zatrzymałem się przy krawężniku. Obok stał radiowóz Miller. Młoda opierała się o maskę i patrzyła na dźgwi.
— Widzi pan to? — spytała. — Osiem tygodni i mają sześć pięter. Frank buduje to tak, jakby się ścigał z samym diabłem.
— Sprawa morderstwa Kat Hegry kompletnie zdechła — Miller spuściła wzrok. — „Brak postępów, motyw niewykryty”. Akta leżą w archiwum, a wszyscy tutaj jarają się tym, jak szybko Frank stawia ściany.
Spojrzałem na to stalowe monstrum, a potem na nią.
— Jeśli chcesz przeżyć w tym wydziale, Miller, zapamiętaj jedno: oficjalne wersje są dla prasy. Robota ruszająca na trzy zmiany i nagłe przestoj w śledztwie to nigdy nie jest przypadek.
Włączyłem bieg. Czułem ciężar odznaki w kieszeni.
— Sprawa jest zawieszona, Miller. Nie skończona — odparłem krótko.
Budynek komendy pachniał tak samo – tanią kawą i kurzem. Przechodząc przez open space, czułem na sobie wzrok ludzi. Miejsce Owensa nie było puste. Drzwi do przeszklonego gabinetu były otwarte na oścież.
— Harrison? — Głos Graya dobiegł z korytarza. — Chodź, musisz poznać nową szefową.
Za biurkiem Owensa siedziła kobieta w jasnym żakiecie. Blask Florydy.
— Detektywie Harrison, to kapitan Elena Rodriguez — przedstawił ją Gray.
Rodriguez patrzyła na mnie, jakby skanowała każdą moją bliznę.
— Nie interesują mnie pana stare układki ani prywatna vendetta — Rodriguez pochyliła się nad biurkiem. — Przyjechałam tu, bo ten komisariat śmierdzi na odległość. Ale jeśli myśli pan, że pozwolę panu na partyzantkę, to się pan myli. Jeśli chce pan uderzyć w kogokolwiek w tym mieście, musi mieć pan krew na papierze.
Patrzyłem na jej gładki, pozbawiony emocji żakiet. Kontrastował z tym gabinetem, w którym wciąż unosił się zapach tytoniu Owensa i potu udręczonych ludzi.
— Mark nie żyje, a ja prawie zgniłem od sepsy — odparłem, wskazując podbródkiem na puste krzesło obok. — Dla mnie to wystarczająco dużo krwi, pani kapitan.
— Tyle że prokuratura nie karmi się pana bliznami, Harrison — Rodriguez nawet nie mrugnęła. Jej głos był jak uderzenie lodowatej wody. — Myśli pan, że jest pierwszym sprawiedliwym, który odkrył, że to miasto jest zgniłe? Widziałam w Miami wydziały, które sypały się z dnia na dzień, bo ludzie przestawali odróżniać lojalność od wspólnictwa. Kiedy struktury zawodzą, tacy jak pan chcą palić wszystko do gołej ziemi. Tylko że nikt nie pójdzie siedzieć za to, co pan „wie”. Ludzie idą siedzieć za to, co potrafi pan udowodnić zgodnie z procedurą. Jeden pański błąd, jeden nielegalny krok, a prawnicy drugiej strony obrócą to przeciwko nam. Zrobią z wydziału bandę oszalałych prześladowców.
Nie odpowiedziałem. Przesunąłem tylko dłonią po boku, tam gdzie pod koszulą sztywniał bandaż. Pozwoliłem, żeby ta cisza między nami trochę potrwała. Chciała zobaczyć wściekłego furiata, ale ja byłem już po prostu zimny.
— Ta sprawa od początku była prowadzona na kolanie — powiedziałem spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. — Owens gubił ślady, zanim jeszcze zniknął, a góra tylko czekała na pretekst, żeby włożyć akta do niszczarki. Nie potrzebuję partyzantki, pani kapitan. Potrzebuję tygodnia, żeby zebrać to, co celowo pominięto w pierwszym protokole. Jeśli zamknę to zgodnie z procedurą, pani dostanie czysty wydział, a ja święty spokój.
Rodriguez przyglądała mi się dłuższą chwilę, jakby szukała w mojej twarzy śladów fałszu albo tików nerwowych faceta na skraju załamania. W końcu jej wzrok złagodniał o milimetr. Przesunąłem w moją stronę cienką teczkę.
— Sprawa Kat Hegry od dwóch miesięcy stoi w miejscu. Ma pan tydzień, żeby udowodnić mi, że pańska odznaka jest jeszcze coś warta. Jeśli nie dostanę nic konkretnego, osobiście podpiszę pana przeniesienie do archiwum w porcie.
Wstałem. Rana pod żebrami lekko zapulsowała, ale utrzymałem prosty grzbiet.
— Tydzień to dużo czasu, pani kapitan — powiedziałem, kierując się do wyjścia.
— Harrison, jeszcze jedno — jej głos zatrzymał mnie przy samych drzwiach. Odwróciłem się z ręką na klamce. — Sheppard szkolił Miller, zanim zginął. Nie mam wolnych ludzi, a dziewczyna nie może zostać w próżni. Dopóki nie znajdę innego zastępstwa, bierze ją pan pod skrzydła. Skoro i tak zamierza pan kręcić się po mieście, niech przynajmniej ktoś patrzy panu na ręce. Jeśli pan utonie, ona ma pociągnąć za sznur i zameldować mi o tym, zanim wejdzie pan w szkodę. Zrozumiano?
Nie czekałem na jej reakcję. Nie było sensu licytować się na riposty. Rana pod żebrami rwała przy każdym kroku, ale to był dobry ból. Miller czekała przy biurku Marka. Kiedy mnie zobaczyła, wstała gwałtownie, poprawiając pas z bronią.
— Miałaś już swój dzień w cywilu, Miller? — spytałem, stając przed nią.
Spojrzała na mnie, a w jej oczach mignęło zrozumienie. Wiedziała, o co pytam. To nie była troska o jej czas wolny, to było pytanie o instynkt. O to, czy potrafi działać, gdy nikt nie mówi jej, co ma robić.
— Mark miał mnie zabrać w zeszłym miesiącu — odparła cicho, prostując plecy. — Nie zdążył.
Patrzyłem na nią, ale przez ułamek sekundy widziałem tamtego dzieciaka w za dużym mundurze sprzed piętnastu lat. Siebie.
Dyrektor akademii rzucił moją teczkę na stół, a facet siedzący w kącie pokoju, z nogami wyciągniętymi na drugie krzesło i pogniecionym krawatem, nawet na mnie nie spojrzał. „Harrison?” – mruknął Mark, żując jakąś cholerną wykałaczkę. „Słyszałem, że jesteś prymusem. Współczuję. Tutaj nikt nie daje punktów za czyste buty. Zbieraj się, młody, szkoda dnia”. Myślałem wtedy, że trafiłem na najgorszego gbura w całym San Pedro. Dopiero rok później zrozumiałem, że tamtego dnia facet po prostu uratował mi tyłek, biorąc pod swoje skrzydła kogoś, kogo reszta wydziału miała za mięczaka z dyplomem.
Głos Miller zerwał tę kliszę. Wróciłem do zatrutego powietrza komendy. Marka nie było. Zostało po nim tylko puste krzesło, kubek z zaschniętym śladem po kawie i ta dziewczyna, która patrzyła na mnie, szukając odpowiedzi, których sam nie miałem. Przez klatkę piersiową przeszedł mi ten znajomy, palący skurcz – nie od sepsy, nie od rany. To był czysty, spóźniony żal. Żal, że to on leży w ziemi, a ja, poskładany na sznurki i prochy, muszę teraz ciągnąć ten wózek sam. Powinienem był wtedy w porcie biec szybciej. Albo strzelać celniej.
Skinąłem głową. To była jedyna prawdziwa odpowiedź. Miller wciąż była „surowa”, ale nie miałem czasu na jej doszkalanie. Musiała przejść ten test teraz, w biegu.
— To uznaj, że twój dzień w cywilu właśnie się zaczął. Bierz papiery i idź za mną. Ja nie będę ci mówił, gdzie idziemy ani po co. Masz nadążyć i sama wyciągać wnioski.
Ruszyłem w stronę korytarza prowadzącego do archiwum.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania