Rycerski Cain - Opowieść Fantasy Noir [3]

HORROR DZIEJE SIĘ NA NASZYCH OCZACH!

 

Haniebna seria morderstw wciąż pozostaje niepomszczona! Jak długo lud Atlantydy będzie tolerował opieszałość i skandaliczne zaniedbania policji? Giną kolejni ludzie a morderca zdaje się śmiać w twarz wymiarowi sprawiedliwości, który to zaprawdę, nie działa! Minął ponad miesiąc a śledztwo wciąż stoi w martwym punkcie! Jest to sytuacja oburzająco wręcz skandaliczna. Na cóż zatem idą Nasze podatki? (zob. str. 15 Afera Prostytucyjna w Ministerstwie Rodziny)

 

Komendant atlantydzkiej policji Michael Adkins (pełniący tę funkcję od maja br. z nadania bandycko rządzącej Parlamentem KGJ) wciąż odmawia szczegółowych komentarzy! Co więcej, jak mogą Państwo przeczytać w naszym niedzielnym dodatku specjalnym (64.99 w wybranych kioskach i księgarniach) na ostatnią konferencję prasową nie wpuścił dziennikarzy naszej niezależnej gazety!

 

Sytuacja jest kryzysowa, pobożni obywatele wznoszą ręce ku niebiosom i wołają o pomoc! Kto bowiem wie, czy następną ofiarą nie padnie ktoś z Twojej rodziny? Wszyscy zadają sobie pytanie, kto jest godnym najwyższego wymiaru kary przestępcą?

 

Otóż, bezsprzecznie jest nim elf.

 

[Fragment pierwszej strony Kuriera Prawdy, wydanie z 06.09.1941]

 

*~*~*~*

 

Dziupla w której Cormac mieszkał oraz prowadził biuro detektywistyczne, mieściła się w szarym familoku w Neckar, ciasnej dzielnicy o zbyt szerokich ulicach będących reliktami po starych reżimach i ich idiotycznych defiladach. Z lewej strony w róg budynku wciśnięta była filia miejskiej poczty, z prawej zaś mieszkała wielodzietna rodzina ledwo ledwo trzymająca głowę nad wodą dzięki zasiłkom. Koncert więc potrafił trwać cały dzień, jak nie wrzaski o zgubione przesyłki, to kłótnie o pieniądze. Cain wolał więc z dwojga złego pracować w terenie.

 

Pomachał Pierreowi na pożegnanie i skierował powolny krok ku malowanym na zielono drzwiom z przytwierdzonym nad nimi szyldem:

 

Prywatny Detektyw Cormac Q. Cain

 

Z tych Cainów!

 

Dzień w dzień pojawiała się u niego ta sama myśl, po jaką cholerę dopisał ten pożal się boże, udawany slogan? Przecież jeśli nawet ktoś znał lokalną historię w stopniu zaawansowanym, to i tak nie miał pewnie pojęcia kim byli dziadek i pradziadek Cormaca. A jeśli nawet, to kto faktycznie by docenił jakichś dawno gryzących glebę bojowników o demokrację, przeto byli jednymi z wielu.

 

Już wyciągnął z kieszeni klucz i odblokował zamek gdy wtem usłyszał zgrzytliwy tenor:

 

- Pan Cain, jak mniemam?

 

Odwrócił się nie bez złych przeczuć igrających mu na nerwach. Oto w jego stronę zmierzał niski człowiek w eleganckim garniturze, ściągany w dół przez wielką walizkę a podrywany w chmury przez rozłożysty parasol noszony mimo że nocne niebo było czyste jak łza. Cormac od razu rozpoznał mężczyznę, głównie za sprawą gęstego wąsa opadającego wstążkami na boki i ulizanej grzywki noszącej ślady po grzebieniu głębokie jak polne szramy od pługa.

 

Nieproszonym gościem o niewłaściwej porze był Nathan Forrest, filantrop, przemysłowiec, pisarz, właściciel gazet Kurier Prawdy i Krucjata. Był też rewizjonistą z ciągotami do przed parlamentarnej rzeczywistości, lecz to stanowiło tajemnicę wyższych eszelonów atlantyckiej socjety. Strzeżoną przez samego Poliszynela.

 

Energicznym ruchem niemal naskoczył na Cromaca, podrzucił walizkę blokując ją pod pachą i mocno uścisną detektywowi dłoń. Ten nie protestował zbytnio, lecz ciągle wpatrywał się podejrzliwie w wesołe oblicze Forresta. Spotkanie z takim człowiekiem w uliczce pod zapuszczonym familokiem było zdarzeniem obłędnie odrealnionym. W szczególności jeśli dotychczas Cormac widywał ową osobę na plakatach wyborczych i całe szczęście, częściej w gazetach.

 

- Zgadza się, a pan to..?

 

Forrest zaśmiał się na ten niewyszukany żart.

 

- Proszę tylko nie udawać że mnie pan nie rozpoznaje. Na boga, nie goliłem tych wąsów chyba od ćwierćwiecza!

 

Detektyw westchnął cierpiętniczo. Otaksował wzrokiem przybysza od stóp do głów. Rozejrzał się też wkoło by upewnić się, iż nie była to prowokacja i zaraz jakaś banda oszołomów nie wyskoczy na niego i nie zacznie agitacji partyjnej.

 

- Może pan powiedzieć czemu zawdzięczam tę wizytę? Rozumie pan, jest już późno a ja mam za sobą długi dzień...

 

- Zajmuje się pan sprawą seryjnego mordercy. Nieprawdaż? Proszę tylko się nie wykręcać, mam swoje wtyki... hi hi... wiem że ty też Cain. Nasi dzielni policmajstrzy często sięgają po pomoc samozatrudnionych przedsiębiorców pańskiego pokroju. Detektywi kontraktowi, tak to nazywają. Wspaniały tytuł na artykuł, albo rozdział książki.

 

Cormac zdębiał. Nie pierwszy raz ktoś odkrywał przed nim karty z tym całym kontraktowym ambarasem, ale pierwszy raz był to cholerny Nathan Forrest.

 

- Wobec tego, iż jest to sprawa niebywale ważka jestem osobiście zainteresowany by ujęto sprawcę - ciągnął Forrest. - Ponadto, mam niezbite dowody na to, kto jest Krwawym Wampirem. Słyszał pan to określenie? Mam nadzieję, jeden z moich dziennikarzy strasznie je lansuje ale konkurencja obstaje przy tym swoim Rozpruwaczu z Atlantydy, przecież taka lokomotywa literowa się nie przyjmie...

 

- Wybaczy pan, ale ja naprawdę nie mam czasu - przerwał mu Cain powoli uchylając drzwi i wślizgując się za nie jedną stopą.

 

Wąsacz uśmiechnął się chytrze. Złożył parasol z nieprzyjemnym chrzęstem szyn i jął świdrować detektywa groźnie zmrużonymi oczyma. Odezwał się po chwili, głos jego podszyty był żarliwym naciskiem, z lekka obłąkanym rzec by można.

 

- Kawa na ławę, albo mnie posłuchasz Cain, albo zdyskredytuję cię na siódmej stronie nowego Kuriera. A badania wykazały, że pobieżny przegląd naszej gazety zaczyna się od strony siódmej, zawsze. Numerologia po prostu!

 

Cormac przywoławszy grymas wymuszonego uśmiechu na twarz, wpuścił Nathana do środka. Znając pewne legendy miejskie, za rozpowszechnianie których naraziłby się na szereg pozwów sądowych, wiedział iż od strony Forresta może się spodziewać znacznie gorszych rzeczy. Wkraczając do biura detektywistycznego, filantrop zapomniał wytrzeć butów, tudzież nie wiedział iż szarym ludziom nie sprząta służba.

 

*~*~*~*

 

Odłażącą płatami od ścian tapetę podpierały zawalone książkami regały. Wiekowy zegar stojący, z wskazówkami uginającymi się od kurzu i pajęczyn, czatował przy wejściu. Strasznie brzydka, gumolitowa podłoga miała miejscami doszczętnie sprany kolor, bowiem mimo jednego tylko okienka w gabinecie Cormaca, detektyw nie zawiesił tam nawet maluczkiej firanki.

 

Walizka Forresta łupnęła głośno o blat biurka, aż Cain dygnął zrzucając zniszczoną marynarkę z oparcia krzesła. Chmurka kurzu zatańczyła w świetle skromnej lampki o kanciastym abażurze.

 

- Może tak na rozluźnienie... czytał pan moje książki? - zagadnął Nathan wścibsko spoglądając na regały.

 

Detektyw machnął od niechcenia ręką.

 

- Tak, wszystkie trzy.

 

- No i?

 

- Podzielam pańską fascynację młodymi chłopakami w wypastowanych oficerkach. Ach, ten homoerotyzm...

 

- Cain! Toć ja nic takiego nie pisałem! To poważne powieści historyczne! - żachnął się Forrest.

 

Cormac zachichotał przecierając oczy. Rzucił fedorę na parapet za sobą i postukał knykciami w walizę.

 

- Nalegam, przejdźmy do rzeczy.

 

Z naburmuszoną miną, Nathan poobracał cylindrami przy zamku bagażu. Ustawiwszy właściwy kod, rygiel puknął a wąsacz zaczął wykładać z walizki, ku absolutnemu przeciwieństwu zaskoczenia ze strony Cormaca, egzemplarze obu swoich gazet. Były to zaiste wydania kolekcjonerskie, wytatuowane w odręczne notatki filantropa.

 

- Po pierwsze, materiał dowodowy. Tu jest wszystko co powinien pan wiedzieć. Proszę tylko ignorować co dramatyczniejsze wtręty duszpasterskie w Krucjacie, rozumiesz, w redakcji jest sporo duchownych.

 

- I jeszcze więcej ekskomunikowanych - wtrącił Cormac.

 

- Tak tak... z takimi się nawet lepiej współpracuje... ale ale! To sobie przeczytasz w wolnej chwili. A to... - oznajmił wyrywając z walizki szczuplutką teczkę. - Jest prawdziwa bomba.

 

Cormac z autentyczną ciekawością odebrał teczkę z rąk Nathana. Była szara, spięta gumką. Nie było na niej ani jednego napisu, numeru, choćby znaczka. Pierwszym co ukazało się Cormacowi po otwarciu teczki, był profesjonalnie wykonany rysunek głowy modliszki. Bardzo wąski, zwarty a zacięty aparat gębowy. Koralikowe antenki sterczące złowieszczo niby rogi demona. Wielkie, bezduszne globusy oczu oddane przez artystę z iście baśniowym sznytem, bez jakichkolwiek źrenic. Sądząc po proporcjach, owa głowa należała do elfa.

 

- Portret pamięciowy - objaśnił szybko filantrop. - Niewiadome jest jak ten osobnik ma na imię, lecz moi ludzie wywęszyli iż to on jest przywódcą Frontu Nowego Świata.

 

- Tych młodych, gniewnych socjalistów?

 

- Terrorystów. To banda anarchistów organizująca seanse nienawiści wobec rasy ludzkiej. Czy pan zdaje sobie sprawę co oni mają w postulatach? Chcą by robactwo mogło wstępować do wojska! Na włócznię Odyna! Po co, zapytasz, a no po to by łatwiej im było dokonać przewrotu i unicestwić państwo! Zaczną od Atlantydy, później padnie cała Agartha. Jeśli ktoś używałby wampira jako bicza na ludzi, to właśnie oni.

 

Pod naporem stalowego wzroku Nathana Forresta, Cormac zasłonił się arkuszem teczki i skulił na krześle podświadomie próbując ześlizgnąć się pod biurko i tam też ukryć. Filantrop w milczeniu czekał, pełny powagi i sztywny jak trup. Zapewne szczerze myślał, iż Cain wertuje materiały z teki pełen gorliwego zapału.

 

- To wszystko spisek. Są w urzędzie miasta, ba! W Parlamencie grupy wpływu, loże że się tak wyrażę, w których interesie jest siać chaos i zamęt. Które chcą byśmy utonęli w ogniu - wypalił akurat w momencie gdy detektyw czytał o aresztowaniu czternastolatka domalowującego okulary na plakatach wyborczych niejakiego N. F.

 

- Czemu nie pójdzie pan z tym do policji? Organizacje... terrorystyczne są poza moim obszarem działań. Cholera, może wojsko pana szybciej posłucha.

 

Filantrop trzasnął pięścią w stół. Wielokrotnie głośniej a mocniej niż walizką wcześniej. Wstał przeraźliwie szurając krzesłem i wybuchł:

 

- Bo mnie nie posłuchają! Na Odyna! Wiesz Cain jakie plotki o mnie krążą... plotki i nic więcej. A ten pieprzony idiota, ta zakała Adkins już nie raz odprawiał moich ludzi z kwitkiem. Jak tylko zmieni się władza, a to nastąpi choćby i mieli fałszować wybory, to to państwo podniesie się z kolan. Ale na razie obywatele muszą wziąć sprawy w swoje ręce.

 

Uspokoiwszy się, poprawił muszkę, otrzepał mankiety i zabrał walizkę pod pachę. Stos papierzysk na blacie ukoronował pozłacaną wizytówką swojej agencji prasowej.

 

- Nie wiem czy jest pan wierzący czy nie, ale proszę pamiętać jedno. Odyn powiesił się na Yggdrasilu za grzechy ludzi. Nie za robactwo.

 

Zgrzytliwy tenor Nathana jeszcze długo po tym jak opuścił kwaterę detektywa, rozbrzmiewał między jej ścianami. Mimo iż Cormac był już mocno śpiący, przesiedział jeszcze długo nad nowym materiałem dowodowym, w większości będącym makulaturą.

 

Najbardziej jednak nie dawała mu spokoju wizytówka Forresta. Ozdobiona była bowiem migdałową tarczą przebitą od dołu włócznią. Był to jeden z najważniejszych symboli, słusznie minionych, czasów faszyzmu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania