Rycerski Cain - Opowieść Fantasy Noir [5]
Podsumujmy więc, Krwawy Wampir, Rozpruwacz z Atlantydy czy jak go tam zwą w brukowcach, zabił już szóstkę ludzi. Są to:
Witalis Gieysztor, lat 78, emerytowany profesor, znaleziony 27 lipca na obrzeżach miasta, wypatroszony, oślepiony, pozbawiony krwi, pełen połamanych kości. Według rodziny miał jechać do sanatorium, auto najwyraźniej skradziono.
Timothy Bell, lat 34, pracownik kanalizacji (ciało jednak wciąż czeka na identyfikację ze strony rodziny. Po takim czasie? Powodzenia), znaleziony 7 sierpnia dzień po zaginięciu podczas pracy, oderwana twarz, zgruchotane żebra, wygryziona tchawica, wnętrzności wymieszane ze sobą pod wpływem mocnych uderzeń.
Anonim, (najprawdopodobniej jest to jednak kobieta) znaleziona 13 sierpnia na Starym Mieście, oderwana głowa (znaleziono tylko ucho), wyssana krew, wyrwane kości udowe. To wtedy mundurowi zaczęli latać jak kura z odciętą głową i przymknęli niemal wszystkie wampiry w Atlantydzie jakie znaleźli. Nie podziałało.
Tabitha Dockray, lat 29, znaleziona 23 sierpnia, brak krwi, wybebeszona, połamana w cały świat, ślady szponów pod lewą łopatką. Była w sumie w dwóch miejscach, ciało na parkingu Starej Oranżerii a serce parę ulic dalej, w rynsztoku. Ponadto, to nie jej pismo znajduje się na odwrocie fotografii od Wilhelminy.
Kolejny Anonim którego nie udało się zidentyfikować, 31 sierpnia, znowu Stare Miasto, znowu brak krwi, znowu rzeźnia.
Najnowsza ofiara odnaleziona 5 września to też Anonim, na pewno mężczyzna, znaleziony w małych kawałkach podczas prac konserwacyjnych w miejskich kanałach. Wyraźne ślady zaciągnięcia tam całego ciała i rozszarpania go pośrodku ścieków. Jego krew i szczyny pewnie już dawno przerobiono w oczyszczalni na wodę którą zalałem sobie rano kawę.
Jacy są jednak podejrzani? Może to być wampir, a może nie. Morderstwa są zbyt brutalne jak na wampira, nawet takiego co wpadł w szał. Wypita krew nie zawsze występuje, poza tym Gieysztor to był schorowany starzec, jego krew musiała być pełna chemii i antybiotyków, czyli mało apetyczna. Mam mało tropów, do tego nędznych.
Podejrzani: "Boyo" chłopak ze zdjęcia którego nikt nie zna, Victor z pamiętnika Tabithy Dockray (najprawdopodobniej jest to starzec, schorowany, być może nawet przez kogoś wykorzystywany), ktoś z Frontu Nowego Świata (nie jest to niemożliwe acz mało prawdopodobne) i wreszcie Nathan Forrest, on ma motyw, ma zysk, ma też na koncie ostre wypowiedzi o progresywnym środowisku akademickim i proletariacie. Nie mogę też wykluczyć Delacroix, choć w to nie chcę wierzyć.
Morderca atakuje pozornie bez ładu i składu, jest nad wyraz brutalny i może nawet zapomnieć by się posilić. Istnieje szansa iż przemieszcza się kanałami.
Pamiętaj: zadzwoń do Rouxa
[Wpis z Dziennika Cormaca Q. Caina]
*~*~*~*
Pub Marthas Vineyard był speluną jak każda inna. Talerze z kotami na ścianach, wypchane trocinami marliny nad barem, wielka dębowa beczka na piwo stojąca w kącie jako ozdoba. Z chyba przedwojennego, radia rozmiarów komody leciał przeważnie blues i jazz, nigdy jednak nie słychać było wiadomości. Barman bowiem czuwał i zawsze zdążył przełączyć z powrotem na muzykę. Razu pewnego nie zdołał tego jednak uczynić i dyskusja polityczna dwóch podpitych robotników zamieniła się w rozróbę. Barman od tego czasu miał krzywo zrośnięty nos.
Cain jednak lubił ten pub, było tanio i nie kręciły się tu podejrzane typy, no może za wyjątkiem jego samego.
Detektyw właśnie siedział w swojej ulubionej loży na samym końcu sali. Popijał spokojnie pintę piwa i cieszył się samotnością. Nie potrwało to jednak długo, naprzeciw Cormaca przysiadł się otyły mężczyzna. Wtłaczając swoje cielsko między obciągnięty sztuczną czerwoną skórą fotel a stolik, zasapał przeciągle.
- O, nowa fedora? - zagaił.
- Ano, tamtą zgubiłem i musiałem coś na szybko ogarnąć - objaśnił Cormac gładząc się po czarnym kapeluszu. - Długo na ciebie trzeba było czekać Carwyn. Bardziej masz napięty grafik czy pasek od spodni?
- A spieprzaj. Jest deficyt koronerów w mieście, dziś już zdążyłem obskoczyć trzy kostnice. A ta fucha łącznika dla kontraktowych nie pomaga. I mało płacą.
- Mi też - westchnął Cain biorąc łyk piwa. - Nie było przypadkiem nowych ofiar?
Koroner Carwym Kleberg znów sapnął. Z kieszeni kurtki wydobył chustkę i przetarł wysokie czoło.
- A myślisz że dlaczego kazali mi się z tobą spotkać?
Dreszcz przebiegł Cainowi po plecach. Kleberg z nerwów zaczął bawić się obrączką na palcu, jego podkrążone oczy zdradzające częste nadużywanie kofeiny rozglądały się na wszystkie strony.
- Dziś rano przy obwodnicy kolejowej znaleziono dwa ciała mężczyzn. Jeden miał skręcony kark, drugi siedem ran kłutych. Zmarli byli detektywami kontraktowymi. To nie była robota wampira, ktoś wywlekł ich w widoczne miejsce by wysłać wiadomość.
- Wiem że policja zatrudniła czterech freelancerów do tej sprawy, co z trzecim gościem?
- Jego łącznik go poinformował a ten zrezygnował. Ot. Wystraszył się facet i wyjechał z Atlantydy na czas nieokreślony.
- I co, mi też tak radzisz?
- Cormac, nie ja tylko komendant Adkins. Ponoć zesrał się ze strachu i kazał wycofać was z udziału w sprawie. Nie zapominaj że w świetle prawa jesteś cywilem.
Cain zmarszczył czoło, dopił pintę i spiorunował Kleberga wzrokiem.
- Policja sobie nie poradzi. Bawią się w łowców czarownic i inkwizytorów zamiast wykonywać swoją pracę. I jeszcze to. - Detektyw rzucił na stół mandat za złe parkowanie. - Kogoś chyba do reszty rozum opuścił, drogówka to u nich ponad połowa personelu.
- Cormac...
- Carwyn, znamy się nie od dziś. Pomogłem w niejednej sprawie, wiesz że nie robię tego dla pieniędzy.
- Ah tak, ta twoja słynna cnota rycerska.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w ciszy. Kelnerka zdążyła podejść do stolika i zapytać koronera czy nie chce czegoś zamówić. Kleberg nieudolnie starając się ominąć wzrokiem dekolt pracownicy, poprosił o małego lagera.
- Zrozum, to jakaś grubsza sprawa - podjął kiedy dziewczyna odeszła. - Pal licho wariata mordującego ludzi, ktoś zatłukł twoich kolegów po fachu. I chyba nie muszę mówić że rośnie napięcie między ludźmi i elfami, policja już zdołała udaremnić parę samosądów. Na włócznię Odyna, zaraz wszyscy tu powariują! Żarty się skończyły Cain.
Carwyn zdążył się spocić po tej małej tyradzie, poczerwieniał na twarzy i wyraźnie zestresował.
- Właśnie dlatego muszę się tym zająć, obiecałem komuś. Komuś komu wy byście nigdy nie pomogli.
- Na Odyna, ja jestem zwykłym łącznikiem!
- Ale nie weźmiesz ode mnie nowych dowodów? Nie pomożesz nawet trochę?
- Dla ciebie sprawa jest zamknięta Cormac. Wypłata za dotychczasową współpracę już poleciała na twoje konto, o to się nie martw. A więc dla własnego bezpieczeństwa, proszę cię jak kumpel kumpla, zniknij z Atlantydy na jakiś czas.
Detektyw kontraktowy myślał dłuższą chwilę nad swym zerwanym kontraktem. Pstryknął paznokciem w kufel, wyszczerzył się błyskając złotym zębem.
- Powiedz komendantowi Adkinsowi żeby wziął rozpęd i jebnął głową w ścianę, może zmądrzeje.
Koroner Carwym Kleberg zaniemówił, zdębiał nawet. Zaś detektyw Cormac Cain nie śpiesząc się, wyszedł z pubu.
*~*~*~*
Z Rouxem Thirietem znanym też jako Ważka, umówił się wieczorem w jednym z wielu zaułków Alei Primo. Gwar arterii docierał do Cormaca jak przez watę, przytłumiony, zniekształcony niczym wołania z zaświatów wczas seansu spirytystycznego. Wsłuchując się w niemal morski szum miasta, cierpliwie czekał w zatęchłej przestrzeni między wielką halą magazynową a obdrapanym pustostanem. Mimo iż Roux prowadził bardzo pracowite życie kuriera nie do końca legalnych przesyłek, zawsze zjawiał się punktualnie o wyznaczonej porze. W przeciwieństwie do pewnego koronera.
Hałaśliwy trzepot skrzydeł zamienił się w rezonans docierając między blaszaną ścianę magazynu a odpadający tynk pustostanu. Wysoko u góry, na krawędzi dachu drugiego z budynku wychynęła okrąglutka głowa o płatach oczu położonych płasko po bokach. Zwinnie jak na elfa przystało, zeskoczył łapiąc się resztek rynny i odbijając się od parapetu wytracił pęd szeroko rozłożonym spadochronem skrzydeł. Wylądował tuż przez Cormaciem.
Roux był mizernej postury, mógł się nawet zdawać anorektykiem cierpiącym na silną anemię. Ale taki po prostu już był. Ciemnozielona chityna okrywała go szczelnie i sztywno, ręce ciągle się trzęsły wprawiając w stukot rzędy złotych zegarków na przedramionach a zwisający z pleców sflaczały odwłok był wielce osobliwie dociśnięty paskiem od ciasnych jeansów. Jedynie buty Thiriet miał imponujących rozmiarów, nosił bowiem wielkie, ocieplane kalosze.
- Serwus - wychrypiał łapiąc za dłoń detektywa i potrząsając nią spazmatycznie. Zegarki zastukały jak te cymbałki. - Dalej zacinasz się przy goleniu? Harpagonie jeden, szkoda ci na barbera.
- Cześć Roux. Dalej latasz...
- Tak.
- ...z koksem?
- Tak. Nie. Koks pół na pół z kawą. Nie. Jakaś alchemia jeszcze do tego. Chcesz? Sprzedam ze zniżką.
- Lubię mocną kawę ale bez przesady. Módl się żeby kiedyś mnie nie przypisali do twojej sprawy.
Elf zaśmiał się rozpościerając żuwaczki spod tępo zakończonego przodu pyska. Widząc to Cormac zawsze się zastanawiał czy przy jedzeniu nic Rouxowi nie wypada z powrotem na talerz.
- Mnie to byś nie złapał. Za cienki w uszach jesteś.
- Elfy za to mają wielkie uszy, długie i spiczaste, ta? Gadaj lepiej jakie wieści na mieście.
- Ostatnio na Alei Secundo pałowali, ale tylko elfów, protest przeciw KGJ, bordel de merde! Ponoć doktor Jekyll przepisał cały swój majątek na tajemniczego pana Hydea, jakiś niezły przekręt to jest, mafia pewnie. Jedna stara lafirynda widziała wilkołaka na Trzynastym Pirsie, wył do księżyca i śmierdział whisky. Milicjanty węszą strasznie za tymi morderstwami, sacrebleu, kontrolują nas w biały dzień...
Rozgorączkowany Roux wyliczał wieści na pazurach obu dłoni, zginał i prostował palce w zupełnym nieładzie zupełnie nie przejmując się iż ruchy te nie korespondują z jego słowami. Tym razem to Cain wciął się w zdanie, unosząc ręce i uśmiechając się krzywo.
- Czekaj czekaj... wilkołak? Ty tak poważnie?
Ważka wzruszył cherlawymi ramionami, zadrobił żuwaczkami.
- A czemu nie? Elf może być wampirem to czemu człek nie może być wilkołakiem? Matka Natura to socjalistyczna putain a nie kapitalistyczna oligarchii, ona lubi jak jest po równo. Ale ale, sprawa jest. Mówiłeś. Moi ma ci pomóc.
- Ano, mam nadzieję że pomożesz - westchnął Cain i z kieszeni połatanej marynarki wyciągnął portret pamięciowy kogoś, kto mógł być przywódcą owianego zła sławą Frontu Nowego Świata. - Czy znasz...
- Znam tą mademoiselle. Ona jest od oszołomów z Formikarium.
- Formikar...?
- To ten kwadrant Starego Miasta gdzie kiedyś były parowozownie i bunkry. Bunkry są nadal. Bo to bunkry. To nie wiesz jak elfy na to mówią? Ale z ciebie detektyw. - Roux znów zachichotał.
- Czyli to tam siedzą elfy z Frontu Nowego Świata? Socjaliści do których jakby dopuścić policję to by ich pozamykali w cholerę? I ty to wiesz, ot tak?
- Oui.
- Można...
- Latam do nich z prochami. Możesz się tam dostać jak powiesz że ode mnie jesteś. Idziesz do ruin parowozowni Mulligana i tam będzie wrak czołgu w rumowisku. Poczekaj przy nim a cię zabiorą.
- Jak to, zabiorą?
- Normalnie. Wór na łeb i zabiorą. Mówiłem, oszołomy.
Cain zmarszczył brwi i powoli schował portret do kieszeni. Roux zaś zaczął nerwowo tupać kaloszami przystawiając rząd zegarków komicznie blisko oczu.
- A kim właściwie jest ta mademoiselle?
- A skąd ja mam wiedzieć? Ja tam latam z prochami nie po pierdolenie o kolektywizmie i wojnie klas. Raz ją ino widziałem, na pewno jest z FNŚ, miała na sobie mundurek. Całkiem seksowna swoją drogą.
- Dobra, to powinno wystarczyć. Najwyżej mnie zastrzelą. - Cain machnął ręką i zdjął na chwilę fedorę by przygładzić włosy. - Jeszcze jedno...
- Szybciej trochę stary, mam przesyłkę za pół godzinki. Teraz za dwadzieścia dziewięć minut
- Jasne. A więc...
- Cicho! Słyszałeś to? Słyszałeś?
Diler nagle przygarbił się mocno chwytając Caina za przedramię. Skrzydła mu nerwowo zadrgały, gdyby miał w pełni wykształcone czułki pewnie by strzelał z nich jak z pejczy. Zdezorientowanie opuściło detektywa chwilę potem, oto u przeciwległego końca zaułka pojawiło się dwóch dryblasów.
Jeden przy kości, w podkoszulku w gwarze miejskiej zwanym żonobijką. Drugi wysportowany o napompowanych łapach w tatuażach. Obaj wściekli i spoceni, łysi i o groźnych twarzach, trzymający w rękach kolejno tulipana z butelki po piwie i wyrwaną z chodnika kostkę brukową.
- Déjà vu - wymruczał Roux Thiriet z oczywistych powodów zwany Ważką.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania