SEN BOGA -ROZDZIAŁ 4 - DZIEDZIC
ROZDZIAŁ 4
DZIEDZIC
Nie zobaczyłem planety od razu. Najpierw poczułem zmianę w statku. Łagodne drżenie przeszło przez podłogę, a złote pasma światła biegnące wzdłuż ciemnych ścian zwolniły swój ruch. Powietrze zdawało się cięższe niż wcześniej. Z korytarzy zniknęły głosy załogi, jakby cały statek wstrzymał oddech.
Lyra zatrzymała się w pół kroku.
— Co się dzieje? — zapytałem.
— Zbliżamy się do Atherii.
Dla mnie te dwa słowa oznaczały koniec podróży, której celu wciąż nie rozumiałem.
— To tam mam się spotkać z tymi, którzy wiedzą, co się ze mną stało?
— Spotkasz tych, którzy czekają na twoje przybycie.
— Nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Lyra spojrzała na mnie. Jej twarz była ludzka, a spojrzenie uważne. Czasami miałem wrażenie, że rozumie więcej, niż pozwalała sobie powiedzieć.
— Nie każda odpowiedź będzie taka, jakiej oczekujesz — odparła.
— A czy otrzymam jakiekolwiek odpowiedzi?
— Tego nie mogę ci obiecać.
Z góry Atheria wyglądała jak świat, którego nie potrafiłbym porównać z niczym znanym. Ogromne obiekty wyrastały z powierzchni planety, niektóre przypominały rozległe miasta, inne wysokie, smukłe wieże sięgające daleko ponad chmury. Pomiędzy nimi ciągnęły się szerokie pasy terenu, poprzecinane głębokimi zagłębieniami i konstrukcjami o kształtach, których nie umiałem nazwać.
Nie widziałem dróg ani budynków podobnych do tych na Ziemi. Nie potrafiłem nawet określić, gdzie kończyła się jedna budowla, a zaczynała następna. Wszystko było ogromne, a zarazem uporządkowane, jakby ktoś zaplanował cały świat, nie pozostawiając miejsca na przypadek.
Próbowałem wyobrazić sobie, ile czasu zajęło stworzenie takiej cywilizacji. Nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Miałem tylko pewność, że wszystko, co znałem z historii Ziemi, wydawało się przy tym niewielkie i młode. Piękno tego widoku nie przyniosło mi ulgi. Przeciwnie — miałem wrażenie, że patrzę na miejsce, które już mnie rozpoznało.
— To jest Atheria? — zapytałem.
— Tak.
— A co mnie tam czeka?
— Kiedy tam dotrzesz, sam się przekonasz.
— Zawsze mówisz w ten sposób. Tak, jakbyś wiedziała, co się wydarzy, ale nie mogła mi tego powiedzieć.
Jej twarz na moment stężała.
— Nie wszystko zależy ode mnie.
Nie wyjaśniła niczego więcej.
Statek opadał bez huku. Nie było gwałtownego wstrząsu ani odczuwalnego hamowania. Powierzchnia planety przesuwała się za przezroczystą ścianą, aż w końcu ruch ustał. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że przybyliśmy.
Przy wyjściu czekała kapitan Lara. Nie wspomniała o naszym wcześniejszym spotkaniu. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie na chwilę, pełne napięcia, lecz nie próbowała podejść ani odezwać się. Została przy statku, gdy Lyra ruszyła ze mną w stronę monumentalnej budowli. Jej bezruch wyglądał jak rozkaz, którego nie wolno jej złamać.
Załoga stała po obu stronach przejścia. Gdy przechodziłem, rozmowy milkły, a kolejne osoby pochylały głowy. Nie rozumiałem, czy był to zwyczaj, rozkaz, czy coś więcej. Czułem się niezręcznie. Nikt nie patrzył na mnie wystarczająco długo, bym mógł odczytać z twarzy choćby odrobinę prawdy.
Na zewnątrz czekała monumentalna budowla. Nie przypominała statku ani niczego, co widziałem wcześniej. Wznosiła się z jasnych, wielokątnych płaszczyzn, które nachodziły na siebie pod ostrymi kątami, jak kamienne skrzydła zastygłe w chwili ruchu. Nie tworzyły regularnej fasady; z każdej strony układ wyglądał inaczej. W samym środku tej konstrukcji znajdowała się wąska szczelina — wejście pozbawione zawiasów, uchwytów i jakiegokolwiek znaku, który podpowiadałby, jak je przekroczyć.
Lyra towarzyszyła mi aż do wrót. Potem zatrzymała się tak nagle, że niemal na nią wpadłem. Jej twarz pobladła, a dłoń zawisła kilka centymetrów od ciemnej powierzchni.
— Co się stało? — zapytałem, odwracając się.
— Dalej musisz iść sam.
— Nie możesz wejść?
Spojrzała na wrota.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Zza wrót dobiegł głuchy dźwięk, jakby coś ogromnego przesunęło się w głębi budowli. Lyra cofnęła rękę.
W tej samej chwili wrota zaczęły się rozsuwać. Za nimi pojawiła się przestrzeń skąpana w przytłumionym świetle.
— Będziesz tutaj? — zapytałem.
— Tak.
Skinąłem głową i przekroczyłem próg. Wrota zamknęły się za mną.
Przede mną stała nieznana istota. Jej sylwetka była wysoka i wąska, a ciało składało się z wydłużonych segmentów, których kształtu nie potrafiłem rozpoznać. Poruszała się płynnie, niemal bezszelestnie. Nie wiedziałem, w jaki sposób mnie obserwowała.
— W końcu przybyłeś — odezwała się istota. Głos nie wydobył się z żadnego widocznego otworu. Usłyszałem go wyraźnie, choć przez chwilę miałem wrażenie, że dźwięk nie tyle rozchodzi się w powietrzu, ile powstaje wewnątrz mojej głowy.
— Kim jesteś?
— Nazywam się Wolarius.
— To imię?
— To moja godność.
— Mam cię zaprowadzić przed tych, którzy na ciebie czekają.
Za progiem przestrzeń otworzyła się gwałtownie, jakby wnętrze budowli było większe, niż pozwalały na to jej zewnętrzne wymiary. Nie było tu korytarzy ani szeregu podpór, których się spodziewałem. Daleko nad głową biegły szerokie, jasne łuki, przecinające się pod niemożliwymi kątami. Ich powierzchnie nie odbijały światła, lecz rozpraszały je w chłodnej poświacie. Kroki Wolariusa nie niosły echa. Dźwięk gasł natychmiast, a cisza była tak pełna, że słyszałem własny oddech.
Po obu stronach stały szeregi przedstawicieli obcych ras. Nie widziałem wśród nich Vaelorian. Jedni przypominali ludzi niemal pod każdym względem, inni mieli twarze i sylwetki, których nie potrafiłem porównać z niczym znanym z Ziemi.
Nikt się nie odezwał.
Gdy ruszyłem naprzód, poczułem na sobie spojrzenia zgromadzonych. Nie wyglądało to na zwykłą ciekawość. Miałem wrażenie, że każdy z nich czeka na potwierdzenie czegoś, o czym wiedział wcześniej ode mnie.
Dopiero w głębi sali dostrzegłem przed sobą niewyraźne, ogromne zarysy. Były zbyt odległe, bym potrafił rozpoznać ich kształt. W półmroku przypominały coś monumentalnego, lecz nie wiedziałem, czy patrzę na kolumny, posągi, czy na coś zupełnie innego.
Wolarius nie zatrzymał się. Prowadził mnie dalej, w stronę majaczących kształtów.
Ruszyłem za nim. Po obu stronach sali przedstawiciele obcych ras pozostawali nieruchomi. Czułem na sobie ich spojrzenia, ale nikt nie wypowiedział ani słowa.
Im bliżej podchodziliśmy, tym wyraźniej zarysy wyłaniały się z mroku. Dopiero gdy stanęliśmy niemal u ich podnóża, zrozumiałem, na co patrzę.
Przed nami wznosiło się pięć gigantycznych tronów. Na każdym z nich zasiadała postać ledwie widoczna w półmroku. Ich kontury rozpływały się, jakby materia, z której powstały, nie chciała przyjąć stałego kształtu.
Odruchowo pochyliłem głowę. Przez ułamek sekundy chciałem wykonać pełny ukłon, lecz zatrzymałem się w połowie ruchu. Nie wiedziałem, czy byłby wyrazem szacunku, czy przyznaniem się do uległości, na którą nie chciałem się godzić, choć sam nie rozumiałem jeszcze dlaczego.
— Kim oni są? — zapytałem cicho, nie odrywając wzroku od pięciu postaci.
Wolarius skierował ku nim swoją sylwetkę.
— Aetheryci — powiedział Wolarius.
— Dlaczego?
— Nie zadawaj tutaj pytań, na które nikt nie chce odpowiadać.
— Dlaczego wszyscy się ich boją?
— Nie wszyscy się boją. Niektórzy pamiętają, co się dzieje, gdy ktoś zapomina, przed kim stoi.
Wolarius cofnął się o krok. Nie dodał nic więcej.
Zostałem sam przed tronami.
Pięć ledwie widocznych sylwetek spoglądało w moją stronę. Ich obecność naciskała na mnie jak ciężar, którego nie dało się zrzucić. Próbowałem utrzymać głowę uniesioną, choć każda część ciała podpowiadała mi, bym opuścił wzrok. W ciszy usłyszałem własny oddech — i drugi, którego nie potrafiłem przypisać żadnej z postaci.
Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Nie wiedziałem nawet, czy wolno mi się odezwać.
Wtedy jedna z postaci poruszyła się na swoim ogromnym fotelu. Jej kontury na moment stały się wyraźniejsze. Nie potrafiłem dostrzec twarzy, ale miałem pewność, że właśnie na mnie patrzy.
Jeden z Aetherytów przemówił. Głos nie dobiegł z jednego miejsca. Rozległ się jednocześnie przede mną i wewnątrz mojej głowy.
— Zostałeś przyprowadzony przed nas, ponieważ twoje przybycie narusza porządek, który trwał dłużej, niż potrafisz pojąć.
— Co takiego zmienia moje przybycie? — zapytałem.
— Nie zostałeś sprowadzony tutaj bez przyczyny.
— To nadal nie wyjaśnia dlaczego.
— Nie wszystkie przyczyny mogą zostać ci teraz ujawnione.
Poczułem narastającą irytację. Od początku podróży słyszałem podobne zdania. Każdy wiedział coś, czego ja nie wiedziałem, lecz nikt nie zamierzał powiedzieć mi całej prawdy.
— Czy to wy zdecydowaliście o moim losie? To wy zabraliście mnie z Ziemi? To wy sprawiliście, że nie mogę wrócić do domu?
— Nie wszystkie decyzje, których skutki odczuwasz, zostały podjęte przez nas — odpowiedział jeden z Aetherytów.
— Więc kto podjął tę najważniejszą?
Jeden z Aetherytów nie odpowiedział.
— Dlaczego ja? Spośród miliardów istnień wybrano właśnie mnie. Chcę wiedzieć, dlaczego.
— Wiemy, że wybór został dokonany — odezwał się inny z Aetherytów. — Nie znamy jednak wszystkich przyczyn.
— Zostałeś wskazany jako Dziedzic.
— Dziedzic? Jaki Dziedzic? O czym wy mówicie? — zapytałem, nie kryjąc zdumienia.
— Dziedzictwo sięga dalej, niż pozwala dostrzec pojedynczy świat. Dalej, niż sięga sama rzeczywistość.
— Wciąż nie rozumiem.
— I nie powinieneś jeszcze rozumieć.
Nie poczułem żadnej przemiany. Nie rozbłysło światło. Nie usłyszałem głosu, który potwierdziłby ich słowa. A jednak miałem wrażenie, że właśnie wypowiedziano wyrok, którego znaczenia jeszcze nie rozumiałem.
Cisza zaczęła mnie przytłaczać. Pięć postaci spoglądało w moim kierunku, a ja wciąż próbowałem zrozumieć, co właściwie usłyszałem. Dziedzic. Słowo, którego znaczenia nie znałem, a które miało odtąd określać moje istnienie.
Pomyślałem o Ziemi. O życiu, które utraciłem. O wszystkich decyzjach, których nie zdążyłem podjąć, i o tym, że nikt nie zapytał mnie, czy zgadzam się na to, co mnie spotkało.
Nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Nie wiedziałem nawet, czego mam prawo od nich oczekiwać.
I wtedy pojawiła się ta myśl.
Vaelora.
Nie potrafiłem powiedzieć, skąd przyszła. Nie wiązała się z żadnym wspomnieniem ani z czymś, co wcześniej usłyszałem. Pojawiła się pośród obcych słów i niezrozumiałych deklaracji, wyraźna, choć pozbawiona wyjaśnienia.
Przez chwilę milczałem. Mogłem ją zignorować. Mogłem uznać, że to przypadkowe skojarzenie, jeden z wielu niespójnych impulsów, które pojawiały się w mojej głowie od chwili przebudzenia na statku.
Jednak im dłużej próbowałem ją odrzucić, tym trudniej było mi wrócić do rozmowy.
— Chcę Vaelory — powiedziałem w końcu.
Słowa wyrwały się ze mnie, zanim zdążyłem nadać im właściwe znaczenie.
Jeden z Aetherytów pochylił nieznacznie głowę. Pozostali nie poruszyli się, lecz atmosfera w komnacie uległa zmianie. Nie dostrzegłem gniewu ani oburzenia. Raczej coś, czego nie potrafiłem rozpoznać.
— Vaelory? — powtórzył głos z jednego z tronów.
— Tak.
— Dlaczego?
To pytanie okazało się trudniejsze, niż przypuszczałem.
Otworzyłem usta, ale nie znalazłem odpowiedzi.
— Nie wiem — przyznałem w końcu.
Po raz pierwszy od początku audiencji zapadła cisza, która zdawała się zaskakiwać również ich.
— Nie wiesz, dlaczego żądasz planety? — zapytał inny Aetheryt.
— Nie wiem, dlaczego właśnie o niej pomyślałem. Nie mam żadnego planu. Nie potrafię wam powiedzieć, co zamierzam z nią zrobić. Wiem tylko, że chcę ją otrzymać.
Nie próbowałem brzmieć pewnie. Nie miałem powodu udawać przed istotami, które zdawały się wiedzieć o mnie więcej, niż ja sam, że rozumiem własne postępowanie.
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadali.
Potem jeden z Aetherytów zwrócił się do pozostałych. Wymienili kilka zdań w języku, którego nie potrafiłem pojąć. Ich głosy nie zdradzały emocji, ale rozmowa trwała dłużej, niż się spodziewałem.
Kiedy ponownie skierowali uwagę na mnie, pierwszy z nich odezwał się spokojnie:
— Nie potrafimy wskazać przyczyny twojego żądania.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
— Myślałem, że znacie odpowiedzi na wszystkie pytania — powiedziałem.
— Nie znaczy to, że znamy odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące ciebie.
Te słowa zaniepokoiły mnie bardziej, niż chciałem przyznać.
— A więc co teraz?
— To zależy od tego, czy twoje żądanie jest jedynie pragnieniem, czy też ma znaczenie, którego sam jeszcze nie rozpoznajesz.
— A jeśli nie ma żadnego znaczenia?
— Wówczas przekonamy się o tym.
Nie była to ani zgoda, ani odmowa.
— Czy możecie przekazać mi Vaelorę? — zapytałem.
Tym razem nie odpowiedzieli od razu. Jeden z nich odwrócił głowę ku pozostałym. Wymienili spojrzenia, jakby rozważali nie tylko samo żądanie, lecz także to, co należało uczynić w obliczu czegoś, czego nie potrafili wyjaśnić.
— Nie podejmiemy tej decyzji pochopnie — usłyszałem w końcu. — Twoje słowa wymagają rozważenia.
Nie wiedziałem, czy powinienem poczuć ulgę, czy niepokój. Nie otrzymałem tego, o co prosiłem, ale nie zostałem też odprawiony.
Po raz pierwszy od chwili, gdy przekroczyłem próg tej komnaty, miałem wrażenie, że nie tylko ja nie znam odpowiedzi.
A to oznaczało, że tajemnica mojego przybycia mogła być większa, niż przypuszczałem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania