SZKARŁATNA CELA - Rozdział 11
(Erberoon)
– Jeszcze tylko ten mały woreczek, Magnolio – powiedziała łagodnie Imagiory, przywiązując wypełniony suszonym mięsem tobołek do metalowej pętli wszytej w siodło objuczone mnóstwem innych pakunków i wywieszonych manifestacyjnie sideł. – Wiem, że ci ciężko, bidulko – mówiąc, troskliwie gładziła świeżo wyczesaną sierść gniadej szkapy. – Żadna z nas nie ma w życiu lekko, co?
Klacz okręciła szyję najdalej jak mogła, próbując dosięgnąć swojej pani. Zarżała, ze zrozumieniem mrugając ciężkimi powiekami. W zamian otrzymała ciepły, pełen miłości pocałunek w sam środek jaśniejszego grzbietu nosa.
Pod wieloma względami były do siebie podobne. Słaba kobieta i zniewolone zwierzę. Obie spokojne, ciche i pracowite. Obie bały się Alberta, a strach ów popychał je ku ślepemu posłuszeństwu. Zarówno jedna, jak i druga godziły się na destrukcyjny los, nie wyrażając sprzeciwu. Gdyby miały tyle siły co Klemens, być może umiałyby się przeciwstawić. A tak... Egzystowały na skrawku ziemi, zarządzanej przez pozbawionego empatii człowieka, niczym marionetki w przedstawieniu lalek, o którym kiedyś czytała z wypiekami na twarzy.
Imagiory nie raz marzyła o ucieczce z tego miejsca. Tylko gdzie miałaby się udać? Za co żyć? Jak zbudować sobie życie na nowo, bez umiejętności i grosza przy duszy? W Erberoon miała chociaż dom i dwa hektary żyznej ziemi. Dom stary, bo stary, ale ciepły i pomimo wielu wad oraz niedoróbek, solidny. Zdawała sobie sprawę, że po śmierci ojca, wraz z bratem otrzymają wszystko w spadku. Albert był, jaki był, ale nie pozwoliłby, aby ziemia trafiła w obce ręce. Wiedziała też, że Klemens zamierza zrzec się swojej części lichego majątku na rzecz siostry. Sam jej to zresztą powiedział i trwał w tymże postanowieniu, mimo iż stanowczo oponowała. Uważał, że on sobie poradzi, że mężczyzna ma łatwiej, szybciej może się dorobić. Może i miał rację, próbowała wmówić sumieniu wielokrotnie, leżąc nocą w łóżku, rozmyślając zarówno o teraźniejszości, jak i przyszłości. Do przeszłych wydarzeń nie lubiła wracać, zbyt wiele bólu jej sprawiały, za bardzo ciążyły na sercu.
– A ty co ją tak głaszczesz?
Skrzekliwy głos ojca wyrwał ciało z odrętwienia. Prędko odsunęła rękę od końskiego policzka i okręciła się, by nie stać plecami do rodzica.
– Sterczy szkapa codziennie w stajence, to akurat teraz cię na czułości wzięło. Akurat jak powinnaś się robotą martwić – paplał, przypinając do wątłego torsu specjalne pasy, utrzymujące kuszę, zapewniające do niej łatwy, szybki dostęp. Wszystkim mówił, że samodzielnie je wymyślił i skonstruował, ale prawda była taka, że podpatrzył pomysł u jakiegoś wędrownego bandziorka, zalanego do nieprzytomności w karczmie Pod Gronostajem. – Sprawdziłaś, czy wszystko dobrze się trzyma? Lepiej, żeby nic po drodze nie wypadło albo żebym, co gorsza, ja z konia nie zleciał, bo inaczej będziemy rozmawiać – warknął.
– Jestem pewna, że wszystko dobrze dopięłam. Sprawdzałam dwa razy – odparła prędko, na co odjęknął brzydko w ten swój zramolały sposób, lecz nie bez aprobaty.
Czknęło mu się doniośle od zsiadłego mleka, które dopiero co skończył pić do śniadania.
– Ciesz się, że mam dziś dobry humor – wychrypiał, próbując jednocześnie pozbyć się cofniętej treści żołądkowej z przełyku. – Cały rok czekałem na to polowanie. Przedwiośnie to najlepszy czas, a ja coś czuję, że tegoroczne łowy będą wyjątkowo owocne. – Śmiejąc się chytrze, zatarł dłonie. – Co byś ty beze mnie, dziewucho, zrobiła. Tylko ziemnioki i cebulę żarła. A tak... Dziczyzna z najwyższej półki. Prawie że po szlachecku. – Ni z tego, ni z owego, pokiwał na nią krzywym paluchem. Paznokcie miał tak brudne i zaniedbane, że przypominały przegrzebki, uczepione sękatych patyków. – Naucz się doceniać, co ojciec ci daje, a nie ciągle łazisz z tą skwaszoną miną, jakby ci się wiecznie ósemki wyrzynały.
Jego starcze, przepełnione egoizmem wywody przerwało przybycie kompanów rychłej łowieckiej wyprawy. Dwójka posuniętych wiekowo chłopów wjechała na małe podwóreczko, już od bramy nawołując Alberta z zapałem godnym rasowych myśliwskich psów. Ci dwaj najwidoczniej również wierzyli, że zwierzyna w tym roku dopisze.
– Ty jeszcze nie gotów? Toż ja myślał, że przed posesją będziesz na nas czekał – zaczął mniejszy z nich.
Imagiory domyślnie mianowała go Mniejszym, bo w porównaniu do drugiego wyglądał jak chucherko uczepione grzbietu klaczy o podobnym umaszczeniu co Magnolia. Niczym opity kleszcz na końskiej skórze.
– Córka mnie się ociągała z robotą – poskarżył się Albert, kiedy ta bezpiecznie usunęła się pod gruszę, wypuszczającą pierwsze, niemrawe pąki. – Zawsze się tak guzdra ze wszystkim – mówił, na pokaz sprawdzając wszystkie sprzączki i pakunki z miną znawcy.
Mniejszy, pomarszczony chuderlak z postępującą łysiną, zakrytą zaczesanymi na nią dłuższymi pasmami włosów - jakby miało mu to w czymś pomóc - pokiwał współczująco do kolegi.
Drugi, wyposażony w odstający piwny bęben mężczyzna, wgapiał się tymczasem w rzeczoną niezgułę, uśmiechając się do niej promiennie spod gęstej, siwej brody.
– Dorodna ta twoja córa, Albert – osądził fachowo. – Wdała się w matkę... Na całe szczęście. – Poprawił się w siedzisku, postękując półgębkiem od wysiłku związanego z chwilowym uniesieniem ciała. Widać nie miał zamiaru zsiadać z konia. Zwierzę natomiast niecierpliwie przestępowało z nogi, na nogę. Wierzchowcowi nie podobało mu się, że pan nie pozwala mu schylić się i posilić młodą trawą. – Aż dziw bierze, że jeszcześ jej za mąż nie wydał.
– Eee? – jęknął Albert, nie dosłyszawszy, co też tam bredzi jego towarzysz. Zajął się akurat porządniejszym, według niego, zawiązywaniem torby z ubraniami na zmianę. – Co tam mamroczesz?
– Mówię, że córę masz atrakcyjną. Głuchyś, czy jak?
Albert zmagał się z beztrosko uciekającymi mu spod palców rzemieniami, nie do końca więc słuchał, co się do niego mówi. Było błędem odwiązywanie ich i zawiązywanie na nowo. Oczywiście przy kolegach głupio byłoby mu się do tego przyznać.
– No. Wdała się w Marget – wygęgał, kiedy poradził sobie w końcu z pechowym zadaniem, jakie sam sobie przypadkiem zgotował. Zerknął krótko na Imagiory, jakby chciał się upewnić, że to, co powiedział, faktycznie pokrywało się z prawdą.
– Męża jej aby nie szukasz?
– A co? – Łypnął podejrzliwie na kolegę.
– Bo ja to bym ją chętnie do siebie przygarnął. Źle by u mnie nie miała. Nie narzekałaby.
Mniejszy prychnął z nieskrywaną drwiną, ale nie powiedział nic, zgaszony poważną miną podstarzałego amanta.
– Chałupa spora, zadbana, a pusta stoi. Stadko kóz się pod domem pasie i do tego porządny koń na dłuższe przechadzki. – Poklepał po grzbiecie srokatego ogiera.
– Tobie, Galenie, to nawet swojej klaczy bym nie oddał na przechowanie. Takiś odpowiedzialny – fuknął ostro Albert.
Galen ani myślał się poddawać. Nie odrywał oczu od chowającej się za drzewem kobiety. Imagiory zaczęła poważnie obawiać się o postępującą kolej rzeczy. Ta absurdalna, ordynarna rozmowa, mogła zakończyć się naprawdę różnie. Przez myśl przeszło jej, aby pędem rzucić się do ucieczki. Nogi jednak nie chciały się ruszać, a dłonie zakotwiczyły się w chropowatej korze w poszukiwaniu złudnej stabilności i poczucia bezpieczeństwa. Patrzyła na dyskutujących mężczyzn, oddychając ciężko przez nos. Wyraz twarzy ojca był nieodgadniony.
– No, dziadygo... nie bądź taki. – Mężczyzna wysilił się na przymilny ton. – Dziewczyna przecie sama. Nikt pretensji mieć nie będzie. Choćby na jedną noc... albo dwie. Młody nie jestem, ale w łóżku nadal żywotny jak piskorz – pochwalił się, dumnie wypinając pierś, co wyglądało wręcz śmiesznie w zestawieniu z odstającym, sprawiającym wrażenie nadmuchanego, brzuchem. – Zapłacę ci nawet, skoroś taki skąpy.
Na jeden straszny moment oczy Alberta zabłysły. Pieniądze zawsze robiły z nim takie rzeczy, że za nic nie mogła rozgryźć, jak postąpi. Na wszelki wypadek schowała się głębiej za wąskim pniem. Całe szczęście ojciec wczas się opamiętał.
– Na noc? Oczadziałeś do reszty? – Z nerwów zwyczajowo począł pluć przez szpary w niekompletnym uzębieniu. – A jak mi dziewczyna z brzuchem wróci? Dzieciak mi tu jeszcze potrzebny. – Poirytowany pokręcił poczerwieniałą ze wzburzenia głową. – Do tego od takiego dziada jak ty. – Nieomal się wzdrygnął.
Galen niespecjalnie przejął się obraźliwą wymową słów, płynących z ust ulubionego kompana od kufla.
– Tam zaraz dzieciak. Patrz... Z moją Hanką żyłem prawie czterdzieści lat i dzieciaka nie mam, to myślisz, że w noc, czy dwie, twojej małolacie jakiegoś zmajstruję?
– Ano. Wolę nie ryzykować. Poza tym piniądz to ja mam, bo dziewucha pracuje. Co z tego, że głupia i nie tak obrotna, jak syn, skoro jednak coś tam zarabia. Na dobry bimber starcza i może w końcu znajdzie się kto młody, z kim to to się zwiąże. Tylko wpierw zmądrzeć musi. – Machnął na nią, by podeszła. – Chodź no tu. Uczepiłaś się gruszy jakby cię kto ustrzelić miał.
Proste polecenie wydane przez ojca sprawiło, że odzyskała władzę w nogach. Z opuszczoną głową podeszła do niego, czując się jak zwierzę wystawiane na targu.
– Jak mówisz: Niczego jej nie brakuje. Urodziwa w miarę jest. – Wskazał na córę. – Kwestia czasu, jak się przełamie i znajdzie odpowiedniego kandydata. Nie takiego, co ty. Ciebie to by i pogrzebaczem nie tknęła, taka wybredna. – Żartobliwie ubódł ją w ramię. Nikt się nie zaśmiał, tylko Mniejszy jakby poweselał. – Raz jeden chłopa na poważnie miała. Tyle wiem na pewno – ciągnął niezrażony nieudanym dowcipem Albert. – Kojarzysz starszego syna, naszego miastowego zduna?
– Pewno. Komin u mnie stawiał. Mężniejszy nawet niż twój Klemens. Poukładany i zdrowy jak rydz. Takie wrażenie sprawiał.
– Ano. I niebiedny... A i tak siłą musiał dziewuchę na siano ciągnąć, bo się zapierała jak przetracony muł. Niby taka w nim zakochana była. Dyrdymały plotła o zamążpójściu. A jak ją rozdziewiczył, to przetrzepała po pysku i na oczy widzieć nie chciała... a tak dobrze mogła mieć. W dwupiętrowej, murowanej chałupie mieszkać. Mówię ci... Głupie to to jak but.
– Boś ją źle wychował – stwierdził uszczypliwie Galen, godząc się ostatecznie z porażką.
– Ty mnie nie pouczaj jak dzieci wychowywać, skoro sam bachora nie masz!
Albert zazgrzytał zębami, ścierając być może resztki zdrowego szkliwa, jakie na nich pozostało. Męczyła go ta bezproduktywna rozmowa. Czas naglił. Chciał dostać się do Torfowego Gaju jeszcze przed zmierzchem, co by zdążyć obóz rozłożyć i zasadzić się porządnie na zwierzynę.
Warto tu o samym gaju wspomnieć, bo pomimo mylącej nazwy, z gajem niewiele miał wspólnego. Młode drzewka nasadzone niegdyś na ziemiach po nieczynnej kopalni torfu, z biegiem lat przekształciły się w ogromne stare buki, dęby, olchy i inne liściaste cuda, tworząc gęsty, zacieniony las, pełen pokrytych mchem zdradzieckich wykopów, często wypełnionych wodą i głębokim mułem. Mieszkańcy Erberoon lubujący się w leśnych wędrówkach i przede wszystkim w obfitym grzybobraniu, znali ów las jak własną kieszeń, więc kryjące się pod ściółką pułapki, nie były dla nich problemem. Problem mógł za to mieć obcy, któremu zachciałoby się zejść z traktu, choćby za potrzebą. Pierwsze wykopy mogły bowiem trafić się zaraz obok ścieżek. Albert poruszał się pomiędzy niewidocznymi dziurami, niczym kuna przemyka między szczeblami płotu. Potrafił odróżnić mech rosnący na solidnym podłożu, od tego wiszącego na fragmentach opadłych gałęzi i liści. Dostrzegał subtelne różnice w kolorze, gęstości i fakturze roślin. Dzięki temu udawało mu się zaganiać spłoszone zwierzęta w zawczasu upatrzone miejsca i zastawione sidła.
– Dobra. Jedziem. Słońca szkoda – zarządził, pchając stopę w strzemię. – Przyjdzie nam sidła po ciemku zastawiać, jak będziemy ozorami za długo mielić.
Usiadł na Magnolii, potarł tyłkiem o siodło, układając pośladki na wysłużonej, poobcieranej skórze i zwrócił się do córki:
– Powinienem być z powrotem góra tydzień po Święcie Siejby. Naszykuj drewna pod wędzenie – mówiąc to, podłubał w nosie, wyciągając z niego solidną kozę, po czym starannie rozprowadził ją po załatanej nogawce skórzanych spodni. – Zetnij nocą kilka śliw z sadu Helmunda i pamiętaj, żeby drewno dobrze ukryć, bo gnida będzie szukał winnego. Ten stary kutwa nigdy mi w niczym nie pomógł, a śmiał przyłazić i pożyczać co popadnie. Nie oddał, co napożyczał, to zabiorę se w drewnie. – Zaczekał, aż Imagiory przyswoi wydane polecenia. – Skop też ogród pod zasiewy, przeplew i przygotuj więcej paszy dla świniaków.
– Dobrze, tato. – Przytaknęła posłusznie.
Albert wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu. Wszystko szło po jego myśli. Uwielbiał, gdy bogowie sprzyjali.
– No, chłopy! – krzyknął bojowo. – Jedziem! – zakomenderował, ruszając przodem przez bramę.
Mężczyźni rzucili na Imagiory ostatnie spojrzenia, by bez słowa podążyć za niepisanym przywódcą.
Z poczuciem ulgi opadła na podkulone nogi. Długa spódnica rozesłała się wokół niej, otaczając ją kraciastym kręgiem. Emocje stygły powoli, pozwalając uspokoić nierówny oddech i skołatane serce. Nie powinna tracić czujności. Starać się nie wystawiać na potencjalne zagrożenia, kiedy Klemensa nie było w pobliżu. Dobrze, że nie poznała Galena w innej sytuacji. Na przykład w dniu, w którym ojciec byłby pijany, bo całkiem prawdopodobne, że skończyłaby wówczas w obleśnych łapach starego dziada. Jak to dobrze, że wyjechali, mówiła kojąco w myślach, gniotąc fałdę materiału między palcami.
– Mają szczęście, że mnie powstrzymałaś.
Na dźwięk głosu Hugona okręciła szyję ku trzęsącym się tujom. Przyjaciel wyszedł spomiędzy nich, od stóp do głów pokryty przeróżnymi paprochami obsypanymi z drzew. Za misiowatą postacią kowala, niosąc pod pachą obszerną paczkę, przez rzucony byle jak worek ze świerkowymi smolakami do podpałki, gramoliła się drobnej postury dziewczyna. Jej zagniewana mina świadczyła o niedawnej kłótni mającej miejsce za wysokimi krzakami, bądź też, patrząc na przyjaciół, wewnątrz tychże krzaków. Z rozpuszczonych, sięgających bioder jasnych niczym słoma włosów, sterczał dziewczynie suchy patyk, udekorowany zeszłosezonową pajęczyną.
– To ty masz szczęście, pacanie. – Zdzieliła Hugona pięścią w ramię, czego pewnie nie poczuł, biorąc pod uwagę niewielki rozmiar owej pięści. – Może się nie zorientowałeś, ale wszyscy oni mieli kusze, a ty chciałeś wyskoczyć na nich z gołymi łapami. Weź się w łeb palnij – darła się na niego, nie przejmując się brakiem reakcji z przeciwnej strony. – Imi, kochana, nic ci nie jest? – powiedziała o kilka dobrych tonów spokojniej, wpychając pakunek Hugonowi. Kucnęła obok koleżanki, opiekuńczo kładąc rękę na jej ramieniu.
Imagiory skinęła na tak.
– W porządku. Wystraszyłam się i tyle.
– Jak ty to wytrzymujesz kobieto? Dawno powinnaś odejść od tego starego capa. Mówiłam ci wielokrotnie, żebyś to zrobiła, bo któregoś dnia szczęście cię opuści i...
– Liliano, daj jej spokój – wtrącił się Hugon, wyciągając do niej rękę. Imi chwyciła ją pewnie, pozwalając sobie pomóc.
Liliana także się wyprostowała, lecz schyliła się jeszcze na moment, by podwinąć kraciastą kieckę i otrzepać przyjaciółce kolana z resztek ziemi.
– Paczka do ciebie przyszła. – Skinęła na Hugona. – Nadana na mój adres, ale na twoje nazwisko. Musi być od Klemensa, bo zalakowano ją pieczęcią Gwardii. Wiesz jak listowy się na mnie gapił, kiedy mi ją wręczał? Pomyślał pewnie, że jakiegoś kochanka w stolicy mam, bo list w perfumowaną kopertę zapakowany. Twój brat to nieraz w ogóle nie myśli.
– To się nazywa syndrom młodszej siostry. – Wyszczerzył się Hugon, za co znowu dostał kuksańca od Liliany.
Imagiory wzięła pakunek od zawstydzonego niepotrzebnym wtrąceniem przyjaciela. Nie musiał jej przepraszać za nagły przypływ nieprzyzwoitej wesołości. Wszyscy wiedzieli, że poniekąd miał trochę racji. Klemens był nadopiekuńczy. Lata temu Imagiory podsłuchała jego sekretną rozmowę z matką. Nigdy mu o tym nie powiedziała. Lepiej, żeby nie wiedział. Obiecał wówczas matce, a było to tuż przed jej śmiercią, że zajmie się siostrą, dopóki ta się nie usamodzielni. Uparcie dotrzymywał danego słowa, co najbardziej ją martwiło, kosztem własnego szczęścia. Powiedziała mu nawet, że powinien sam ułożyć sobie życie, pozwolić jej zająć się sobą i nie ingerować tak w jej problemy. Nie zgodził się, twierdząc, że pomagając ukochanej siostrze czuje się w pełni szczęśliwy i spełniony jako mężczyzna. Tak więc owszem, Hugon miał rację. Klemens w pewnym stopniu się od niej uzależnił i kiedyś mu to wypomni.
Tymczasem skruszyła delikatnie pieczęć na kopercie, otworzyła ją, odczekała, aż będzie gotowa wyjąć i otworzyć list. Zdobywając się na odwagę, przeczytała bezgłośnie każde słowo, napisane przez brata starannym pismem. Rzęsy zrobiły się jej mokre od łez. Ucieszyła się, że Klemensowi się wiedzie i że o niej pamięta. Wierzchem dłoni otarła oczy, po czym przekazała list Lilianie. Oboje przyjaciół wyglądało na skonfundowanych emocjonalną reakcją przyjaciółki, więc pozwoliła im przeczytać podnoszącą na duchu notkę. Kiedy stali pochyleni nad kartką papieru, ona wzięła się za rozdzieranie papieru. Chciała jak najszybciej zobaczyć prezent.
– Ale śliczna. – Zachwyciła się jasnowłosa dziewczyna, kiedy zwiewny, kwiecisty materiał opadł ku ziemi, prezentując podarek w całej jego okazałości. Nikt jeszcze nie uświadomił Liliany o wczepionym w blond kosmyki patyku, ale odpadł on gdy podskoczyła podekscytowana.
– Prawda? – Oczy Imi zalśniły. – Nigdy nie widziałam takiego materiału... I ten krój. Nie chcę nawet myśleć, ile Klemens na nią wydał.
– Ubierzesz ją na festyn? – zapytał Hugon.
– Jeśli pogoda dopisze – odpowiedziała, uśmiechając się promiennie do sukienki.
– To co? Bierzemy się za kopanie ogrodu? – zaproponował, jak gdyby było to spójną częścią całej rozmowy. – Musimy wyrobić się z twoją robotą do Święta Siejby.
– Ale... – spróbowała zaoponować.
– Żadne, ale! – Zagrzmiał głos Liliany. – Odłóż wszystko do domu i przynieś nam narzędzia. Im szybciej się z tym uporamy, tym mniej będziesz nam marudzić.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania