SZKARŁATNA CELA - Rozdział 13
(Okolice Morza Śródlądowego)
Wzburzone morskie wody rzucały statkiem i znajdującymi się na nim ludźmi. Wszystko trzeszczało, skrzypiało i dudniło przeraźliwie. Silne podmuchy wiatru targały naderwanymi żaglami, które łopotały wespół z bijącymi wokół grzmotami. Rozbijające się o kadłub fale wlewały się na pokład, zmywając z niego zapomniane zwoje lin, beczki i inne przypadkowe przedmioty, niefrasobliwie porzucone przez pasażerów Czarnej Ważki, flagowego okrętu należącego do floty Hallfreda Veturlidisa, obrzydliwie bogatego kupca z wyspy Gudbrand i jednocześnie intratnego partnera w interesach, pracodawcy Rodona. Za wynajęcie pięciu okrętów, celem skrócenia drogi między portowym miastem Iyle, leżącym na południe od Barthill, a portem w Hesarionie, z którego prostą drogą, jadąc na północ, można było dostać się do Erberoon, szef zapłacił Hallfredowi jajem skalnego wiwerna. Rzeczą tak rzadką, że majętni szlachcice gotowi byliby oddać za takowe, połowę swego majątku, jeśli tylko jajo byłoby zalężone. Te, które otrzymał Hallfred, nie miało w środku zarodka, a jedynie wysuszone pozostałości żółtka i białka. Niby bezużyteczne, ale nadal na tyle cenne, aby wykupić sobie morską przeprawę i to w okresie największych sztormów.
Rodon przycupnął w ładowni, nucąc stare rybackie pieśni, mające za zadanie odegnanie burzowych chmur. Podobnież, aby zadziałały, należało skryć się w zamkniętym pomieszczeniu, usiąść na wprost wejścia i wyobrażając sobie przebijające się przez chmury słońce, odfajkować minimum trzy różne melodie. Tyle w teorii. W praktyce, schodzono z pokładu w bezpieczne miejsce tylko po to, aby nie wpaść przypadkiem do morza, a siadano przed drzwiami dlatego, żeby w razie czego mieć prostą drogę do ewakuacji. Nucenie pieśni miało za zadanie zaprzątnąć umysł. Nie śpiewano, o nie. Śpiew zarezerwowany był dla bardziej budujących chwil. W praktyce, oczywiście, nucenie wcale nie wpływało na burzę. Wystarczyło ją przeczekać i liczyć na łut szczęścia.
Choć cały konwój, wraz z wozami i osobliwą menażerią, podzielony został pomiędzy wszystkie statki, to i tak na pokładach wszystko i wszyscy ledwie się pomieścili. Rodonowi wygodniej było pośród klatek pełnych wyjątkowych stworzeń niż pomiędzy ludźmi stłoczonymi w ciasnych, śmierdzących kajutach. Siedział wciśnięty między dwiema belkami, zapewniającymi mu stabilność, i z zainteresowaniem obserwował mieszkańców przydzielonych do Ważki klatek. Ciekawiło go, jak reagować będą na sztorm oraz sam rejs.
Harpie, których klatkę osłonięto pledami, przy każdym większym przechyle zrywały się z umieszczonych na ich małym wybiegu gałęzi, darły się i trzepotały skrzydłami, rozbijając się o podrdzewiałe kraty. Rodon mógłby zajrzeć, czy któraś z nich przypadkiem się nie połamała, ale nie miał na tyle odwagi. Za często widywał ich przerażające dzioby. Wolałby nie przekonywać się w temacie ich zabójczej skuteczności na własnej skórze.
Znana mu tak dobrze syrena pływała w tę i we w tę w swoim akwarium, na okres rejsu zabezpieczonym mocnymi pasami. Jej żabie usta zasłaniał specjalny kaganiec. Willson wyjaśnił Rodonowi, że syreny, choć nieme na lądzie, w pobliżu morza potrafiły wrzeszczeć niczym rozdzierane koty, nierzadko powodując u ludzi krwawienie z uszu, a nawet doprowadzając swoją „pieśnią" do trwałej głuchoty.
Całą ładownię oświetlały raptem cztery naftowe lampy, kiwające się pod sufitem. Poziom jasności był więc skąpy, wpasowywał się w senne, choć silne bujanie statku. W takich warunkach, przywykłemu do żeglugi człowiekowi, nietrudno było o sen.
Rodon powiódł wzrokiem na stojący najbliżej niego wóz. W miejscu utrzymywały go solidne, przybite do podłogi kliny, które pewnie mocowały koła. Od góry, wóz przypięto zaciągniętymi na belki łańcuchami. Kiwał się co prawda nieznacznie i trochę trzeszczał, ale mowy nie było, aby się wywrócił. Konstrukcja ta zajmowała połowę powierzchni ładowni. Wciągano ją do niej po wzmacnianym trapie i ustawiano do obecnej pozycji prawie cały dzień. Najcenniejszy ładunek na najcenniejszym z pięciu statków, wiozącym na swoim pokładzie najważniejsze osoby.
W osobnych, prywatnych kajutach miejsca zajmowali kapitan statku oraz szef. Kolejną, największą i najwygodniejszą kajutę przydzielono Willsonowi, Elvirze i Egonowi. W następnej, pomniejszej zamieszkiwała załoga. Ostatnią natomiast zajmował Gustavo, którego z jakichś powodów szef darzył dziwacznym rodzajem sympatii, być może dlatego, że chłopak, choć mało bystry, wierniejszy był od najwierniejszego nawet psa. Był wraz z nim Neres z wiecznie zatkanym nosem, plus kilku mniej mu znanych współpracowników. Po prawdzie była to i jego kajuta, ale nieczęsto w niej bywał. Tak czy siak, cieszył się z obecności na tym właśnie okręcie. Gdyby nie to, że zajmował się największym skarbem szefa, wylądowałby na jednym z czterech pozostałych, mniej reprezentacyjnych łajb i jak szeptali inni, z uboższym wyżywieniem oraz większą ciasnotą.
Gdy tylko skończył nucić jedną z pieśni, zza krat wozu spojrzała na niego para połyskujących oczu. Cień wielkiej, opartej o metalowe szczeble postaci poruszył się niespokojnie.
– Słuchałeś? – zapytał Rodon.
Postać pochyliła głowę, a kiedy milczał zbyt długo, obróciła się w kierunku przeciwległej ściany.
Wsłuchującego się w dźwięki sztormu i walczącego z nim statku starszego mężczyznę zaczął morzyć sen. Broda opadała mu na pierś coraz niżej i niżej. Zasnąłby, gdyby nie rytmiczne pukanie, całkiem podobne do nuconej przez niego pieśni. Wyraźnie dobiegało z wozu. W kącikach oczu starca pojawiły się zmarszczki. Uśmiechnął się.
– A niech mnie. Naprawdę słuchałeś.
Bestia przestała wybijać rytm i nastawiła uszu. Statkiem wstrząsnęło, gdy uderzyła w niego jakaś większa fala. Harpie znowu wpadły w szał, zaczęły drzeć się i rozbijać po kratach.
Bestia warknęła tak nienawistnie, że diabelskie ptaszory zamarły, jakby potraktowano je jakimś niecnym zaklęciem.
– Dobrze więc. – Rodon odchrząknął. – Pozwól, że zanucę ci kolejną pieśń. Miejmy nadzieję, że przypadnie ci do gustu.
Komentarze (4)
Tekst ma momenty z potencjałem (zwłaszcza relacja z bestią oraz dynamiczna walka generała).
a co mi przeszkadzało w czytaniu:
1. Krótka forma nie sprawdza się dramaturgicznie. tnie sceny w losowych momentach i rozbija uwagę.
2. Brakuje mikrokonfliktów i wyraźnych point
3. Opowiadanie to trzy niepołączone wątki
4. Fabuła tonie w czynnościach pozornych i wykładach narratora, przez co akcja stoi w miejscu.
5. nagminne łączenie synonimów oznaczających to samo: "podnieść do góry”, „unosić w górę”, "powrócić z powrotem”, „cofnąć się w tył”, zapaść w głąb" albo powtarzanie tego samego znaczenia "lękiem i strachem", "wyczerpujące i wyniszczające”
Dziękuję za komentarz i poświęcony czas. Kilka z twoich uwag jest dla mnie interesujących, choć nie ze wszystkimi się zgadzam. Chciałabym przede wszystkim dopytać o punkt dotyczący „nagminnego łączenia synonimów”.
Przejrzałam ponownie rozdziały 1–13 i nie znalazłam w nich podanych przez ciebie przykładów typu „podnieść do góry”, „powrócić z powrotem” czy „cofnąć się w tył”... Jest natomiast jedno zdanie „napawała ich lękiem, strachem przed nieznanym”, ale tutaj „strach przed nieznanym” odbieram raczej jako doprecyzowanie wcześniejszego, bardziej ogólnego „lęku”, a nie powtórzenie tego samego znaczenia.
Dlatego chętnie zobaczę konkretne miejsca, które miałeś na myśli, pisząc o nagminności tego zjawiska. Jeśli rzeczywiście jest ich więcej, z przyjemnością się im przyjrzę.
Chciałabym też dopytać, co dokładnie masz na myśli, pisząc o „krótkiej formie”. Czy chodzi ci o długość poszczególnych rozdziałów, sposób dzielenia tekstu na sceny, czy o samą formę publikowania historii? Jest to dla mnie o tyle istotne, że chciałabym dobrze zrozumieć, co konkretnie, twoim zdaniem, nie sprawdza się dramaturgicznie.
Przy okazji, jeśli miałbyś ochotę doprecyzować również pozostałe punkty — szczególnie „cięcie scen w losowych momentach”, brak mikrokonfliktów czy „czynności pozorne” — będę wdzięczna za wskazanie konkretnych fragmentów. Łatwiej mi będzie wtedy odnieść się do tego, co dokładnie wpłynęło na taki odbiór tekstu.
Nie oczekuję oczywiście, że sposób prowadzenia narracji czy konstrukcja historii muszą każdemu odpowiadać. Jestem natomiast jak najbardziej otwarta na konkretną krytykę, również tę surową, jeśli dzięki niej mogę zobaczyć tekst z perspektywy konkretnego czytelnika.
ale mi zadanie dałaś ;-) . pisałem ma świeżo po przeczytaniu z pamięci czyli z niczego. powtórzenia podałem przykładowe.
przejrzę na szybko jeszcze raz. np. to Ktoś załomotał w przytwierdzone doń drzwi, wystukując przypadkowy rytm zaciętości i determinacji.
zaciętośc i determinacja. to raczej to samo
Osobliwość grupy, z jaką podróżował Rodon, napawała ich lękiem, strachem przed nieznanym.
lęk i strach
Będzie to wyczerpujące oraz wyniszczające.
przypadkowe cięcia.
rozdział drugi zaczyna się bez żadnej przerwy czasowej po pierwszym. mogłaś zrobić jeden.
z tą formą miałem największy problem. przeczytałem całośc jednym ciągiem a pomimo tego miałem kłopot z posklejaniem poszatkowanych rozdziałów w spójne opowiadanie. jeśli publikujesz rozdzaił co kilka dni to czytelnicy mają jeszcze większy kłopot. lepiej zrobić trzy spójne rozdziały prowadzące do celu. czytelnik bedzie miał czas wtopić się w fragment.
czynności pozorne.
scena z mlekiem i rozglądaniem sie po szafkach. opisy w żaden sposób nie prowadzą do rozwoju akcji czy bohaterów tylko zapychają nieistotną treścią.
brak mikrokonfliktów
np scena u kowala. pozorny ruch , ale zero oporu materii. Kiedy dziewczyna mówi, że nie ma jak zapłacić, problem znika w pół sekundy. Kiedy martwi się ojcem, chłopak mówi, że ma to gdzieś. Kiedy zaprasza ją na festyn, okazuje się, że ona ma wolne.
Wszystko idzie zbyt gładko. Scena jest długa, ale nie generuje żadnego napięcia dramatycznego.
oczywiście każdą uwagę możesz poprzedzić "moim zdaniem"
Dzięki za doprecyzowanie, bo właśnie o takie konkrety mi chodziło. Przy ogólnych uwagach trudno mi ocenić, czy rzeczywiście mamy do czynienia z problemem w tekście, czy po prostu inaczej go odbieramy, a przy przykładach przynajmniej wiem, o czym dokładnie mówisz. I rozumiem, że "moim zdaniem" :)
Co do powtórzeń, to chyba po prostu mamy trochę inne wyczucie językowe. „Zaciętość” i „determinacja” są dla mnie bliskoznaczne, ale nie oznaczają dokładnie tego samego. Z „wyczerpujące” i „wyniszczające” mam podobnie - można być wyczerpanym czymś, co wcale nie musi człowieka wyniszczać. A „lękiem, strachem przed nieznanym” tak jak wspominałam, jest akurat celowym uściśleniem. Najpierw jest ogólny lęk, a potem doprecyzowanie. Więc tych przykładów akurat nie odbieram jako łączenia synonimów. Ale rozumiem, że tobie mogą brzmieć jak powtórzenia.
Z tą „krótką formą” chyba też zaszło małe nieporozumienie, że tak to nazwę. Rozdział pierwszy jest u mnie jednym rozdziałem, tylko został podzielony na dwie części do publikacji (bo kiedyś dawno temu tak to opublikowałam i tak już zostało mi w dokumentach). Pozostałe są już celowo osobnymi rozdziałami, bo zależy mi na przeplataniu kilku wątków i prowadzeniu ich równolegle. Nie chciałabym ich łączyć w trzy większe rozdziały, bo zmieniłoby to sposób, w jaki ta historia jest opowiadana, i odebrało kilka rzeczy, które mają zadziałać właśnie dzięki temu, że te wątki są na początku rozdzielone.
Natomiast bardzo mnie zdziwiło to, że miałeś problem z posklejaniem tych wątków. Pierwszy raz spotykam się z taką opinią. Osoby, które czytały całość ciągiem, raczej nie miały z tym problemu, a część wręcz zaczynała zgadywać, jak poszczególne rzeczy się ze sobą połączą. Dlatego potraktuję twoją uwagę raczej jako sygnał, żeby sprawdzić, czy gdzieś przejścia między wątkami nie są dla części czytelników zbyt słabo zaznaczone, ale nie jako argument za zmianą samej konstrukcji.
Z „czynnościami pozornymi” chyba najbardziej różnimy się w tym, czego oczekujemy od sceny. Scena z mlekiem jest dla mnie właśnie po coś. Nie chodzi o samo picie mleka czy oglądanie szafek, tylko o to, jak Klemens zachowuje się wobec Imi, jak unika tematu i jak wygląda ich relacja. Gdybym napisała po prostu, że stoją w kuchni i rozmawiają, scena byłaby krótsza, ale też sporo bym z niej straciła.
Jeśli chodzi o ten „opór materii” u kowala, to chyba tutaj po prostu inaczej patrzymy na tę scenę. To, że Hugon bez problemu zgadza się nie brać pieniędzy, a później okazuje się, że Imi ma wolne, nie jest dla mnie brakiem konfliktu, który przypadkiem przeoczyłam. Wręcz przeciwnie — właśnie tak miała wyglądać ta sytuacja. Hugon zna Imi od dziecka, wie, w jakiej jest sytuacji i ich relacja jest na tyle bliska, że nie robi z tego problemu. A to, że Imi ma wolne, też nie ma być kolejną przeszkodą do pokonania.
Chyba po prostu nie zakładam, że każda scena musi mieć jakiś problem, który bohater powinien rozwiązać. Nie każda sytuacja w życiu generuje konflikt i nie chciałabym go sztucznie dodawać tylko po to, żeby scena miała większą dramaturgię. Dla mnie scena u kowala ma przede wszystkim pokazać relację Imi i Hugona, trochę więcej powiedzieć o nich samych i przy okazji zrobić miejsce na kilka rzeczy, które później wracają. To, że po drodze nic szczególnie nie staje im na drodze, jest w tym przypadku zamierzone.
Natomiast rozumiem już, co masz na myśli, mówiąc o „oporze materii”, i sama mogę się przy kolejnych scenach zastanowić, czy tam, gdzie rzeczywiście chcę budować napięcie, nie brakuje jakiegoś tarcia. Tylko nie chciałabym przenosić tej zasady na wszystkie sceny, bo wtedy musiałabym zacząć tworzyć problemy tam, gdzie w historii ich po prostu nie ma.
W każdym razie dobrze, że podałeś konkretne przykłady. Teraz przynajmniej wiem dokładnie, co miałeś na myśli, i mogę się zastanowić, czy gdzieś rzeczywiście coś wymaga poprawy i czemu powinnam się dokładniej przyglądać, zamiast zgadywać na podstawie ogólnego komentarza. Tacy ludzie tutaj to skarb. :D
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania