SZKARŁATNA CELA - Rozdział 9

(Attala)

 

Dzwony Katedry Firniana wybiły godzinę dziewiątą. Znad dzwonnicy, wysoko ponad dachy stołecznych budowli wzbiło się spłoszone stado gołębi, szukając bezpiecznego schronienia z dala od wibrujących ścian wieży. Leopold przechadzał się wzdłuż strzelistych okien sali obrad, obserwując wzmożony o tej porze ruch w stolicy. Niby wszystko wyglądało tak, jak należy, ale coś wisiało w powietrzu. Wyczuwał to od kilku dni. Zagnieździł się w nim jakiś irracjonalny niepokój i trawił jasność myśli, mącąc mu w głowie. Dysputa toczona przez radnych pod wachlarzowym sklepieniem komnaty wpadała mu jednym uchem, a wypadała drugim, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Gdyby w dyskusji padło teraz istotne pytanie, pytający zapewne otrzymałby w zamian jedynie zdziwione, nierozumiejące spojrzenie władcy. Zresztą króla niespecjalnie interesowały sprawy zasiewów. Nie znał się na tym. Miał cały sztab ludzi odpowiedzialnych za rolnictwo, a w jego gestii leżało tylko złożenie stosownych podpisów po uprzednim wysłuchaniu obojętnych mu w zasadzie propozycji i rozwiązań na budujące się rokrocznie problemy.

 

Po raz ostatni zerknął na miasto, na okolice głównego rynku, gdzie zebrał się tłum ludzi, oczekujący przyjazdu gońca z wozem wypełnionym przesyłkami i listami o treści, miał nadzieję, przychylnej koronie. Przyjrzał się odzianym w białe szaty najgorliwszym wyznawcom Nebru, wnoszącym dary przez główne wejście katedry i dzieciom wybiegającym na szkolne błonie, radośnie korzystającym z krótkiej przerwy w nauce. Jego wzrok powędrował poza mury Attali i spoczął na skraju ciągnącej się po horyzont puszczy. Pogładził się po słomkowej brodzie, po czym niespiesznym krokiem udał się na swoje miejsce przy granitowym stole, zawalonym mapami, pożółkłymi dokumentami i dziesiątkami pism od poddanych. Nie mając lepszego pomysłu na ulokowanie myśli, skupił się na toczącej się niezmiennie od ponad godziny dyskusji. Odniósł wrażenie, że radni przestali zwracać na niego uwagę. Czyżby zbyt długo pogrążał się we własnych rozmyślaniach? O dziwo brak atencji ani trochę mu nie przeszkadzał. Wygodniej rozsiadł się na obszernym krześle i wsłuchał w plany zagospodarowania ziem wokół nowo utworzonego zalewu.

 

Porządek obrad zakłóciło nagłe pojawienie się następcy tronu. Książę dosłownie wtargnął do sali, podnosząc głos niemal od samego progu:

 

– Wyjdźcie, chciałbym porozmawiać z ojcem na osobności! – zarządził, mijając zamilkłych zebranych.

 

Członkowie Królewskiej Rady niepewnie spojrzeli na Leopolda. Nikt nie zamierzał ruszać się z miejsca bez wyraźnej aprobaty władcy. Książę może i był synem króla, ale jeśli w pobliżu znajdowali się obaj, to król miał zawsze ostatnie słowo. W innym wypadku, słowo księcia było świętością i wymagało rychłej realizacji.

 

Leopold westchnął ze zniecierpliwieniem, po czym skinął ponaglająco na zebranych. Grupa przyodzianych w dworskie togi mężczyzn, szurając przydługim materiałem, ciągnącym się za nimi po posadzce, w ciszy wykonała niemy rozkaz.

 

Zostali sami. Król rozparty na nabitym arduriańską wełną siedzisku i książę, który stał po drugiej stronie stołu z założonymi pod piersią rękoma.

 

– Moja odpowiedź nadal brzmi, nie – zaczął Leopold znudzonym głosem.

 

– Pozwól więc, że przypomnę ci twoje własne słowa. – Benjamin pochylił się wyzywająco, opierając dłonie na szerokim blacie. – Nie zamierzam decydować, jaka kobieta zasiądzie kiedyś u twego boku. Nie mnie rozstrzygać, która wyda na świat twoich następców. Ty sam o tym zadecydujesz.

 

Król, dość otwarcie wyrażając poirytowanie, pokręcił głową.

 

– Ty sam o tym zadecydujesz, kiedy dorośniesz i co najważniejsze, kiedy dojrzejesz – zacytował samego siebie. – Zapomniałeś dokończyć – dodał uszczypliwie.

 

– Przecież już dawno zdążyłem dojrzeć. – Zdenerwował się na wytknięte mu pominięcie paru istotnych kwestii. – Czy nie tak mówi się na dworze: że jestem nad wyraz dojrzałym młodzieńcem? Poza tym jestem już prawie dorosły. Za trzy lata kończę dziewiętnaście lat, a to lada moment.

 

– Lada moment, to wyprowadzisz mnie z równowagi tym swoim biadoleniem. Posłuchaj mnie. Nie możesz wziąć sobie za żonę chłopki. Są pewne granice, o których jako książę Attalrei powinieneś mieć choćby mgliste pojęcie.

 

Benjamin zaczął kręcić się niespokojnie, gorączkowo szukając mocnych argumentów, jeszcze bardziej irytując ojca swoją nieproszoną obecnością.

 

– Ale nie wydaje ci się, że żona z ludu przysporzy koronie sympatii poddanych? – zapytał w końcu, całkowicie przekonany o trafności własnego rozumowania.

 

– Nie wydaje mi się – odpowiedział mu spokojnie ojciec.

 

– Ale... tato – nieomal zakwilił. – Pokazałem ci portret tej kobiety. Namalował go Artbeauty. Pamiętasz? Obraz w komnacie Klemensa.

 

– Klemens... – Leopold zastanowił się nad potencjalnymi właścicielami tegoż imienia. Za nic nie potrafił skojarzyć osoby noszącej to miano.

 

– Klemens. Mój gwardzista z Małej Gwardii.

 

Wielkodusznie oświecił go syn.

 

– Ten, który uczy mnie strzelać z kuszy.

 

Przypomniał sobie. Nie było to łatwe, bo osobiście widział wspomnianego najemnika góra trzy razy. Dość wysoki, postawny i o ile dobrze pamiętał, z wyjątkowo przyzwoitą reputacją. Sam do siebie pokiwał głową z aprobatą.

 

– I co z nim?

 

Benjamin wywrócił oczami.

 

– Nie z nim. Mówię przecież, że pokazywałem ci portret siostry Klemensa. Sam aż zagwizdałeś na jej widok.

 

– Tak, tak. – Machinalnie pogładził się po brodzie, przywołując wspomnienie sprzed paru tygodni. W wyobraźni dotknął tego, o czym mówił syn. Portret niezwykle urodziwej kobiety. Spurpurowiał nieco, bo do głowy przyszło mu coś nadto i odkaszlnął sucho dla niepoznaki. – Pamiętam – przyznał. – Jednakowoż... – Zaznaczył wagę zamierzonego zdania podniesionym palcem. – Wygląd jest zawsze sprawą drugorzędną. Liczy się to, co druga osoba ma w głowie... A ty nie wiesz przecież, co z niej za jedna. Rozumiem cię. Też byłem kiedyś młody. Pociągała mnie co druga napotkana niewiasta, lecz na końcu wybrałem twoją matkę. Wykształconą szlachciankę z drygiem do rządzenia i niezwykle silną prawą pięścią. – Uśmiechnął się na dawne wspomnienie. – Teraz podoba ci się ta, jutro tamta, za jakiś czas kolejna. Rozejrzyj się lepiej wokół siebie. Mało to nadobnych dam mamy na dworze?

 

Książę próbował coś wtrącić, ale ojciec prędko go ubiegł.

 

– Poza tym ona jest chyba od ciebie dużo starsza. Wiem, że wiek nie ma znaczenia – dodał, nie chcąc wyjść na nieczułego – ale pochodzenie w tej sytuacji, jak najbardziej znaczenie ma i to niemałe.

 

Benjamin ponownie chciał coś powiedzieć, przerwało mu jednak głośne pukanie do drzwi. W utworzonej pomiędzy kunsztownymi skrzydłami szczelinie pojawiła się zakuta w lekki szyszak głowa strażnika.

 

– Jaśnie Wielmożny Wielki Marszałek Servius Kacerian prosi o pilną audiencję – rzucił nosowym głosem, wgapiając się w króla śmiesznie wyłupiastymi oczami.

 

– W tej chwili?

 

– Tak, Najmiłościwszy Panie. Jaśnie Wielmożny Wielki Marszałek Servius Kacerian czeka w westybulu.

 

– Jestem zajęty – odparł król, nie namyślając się szczególnie nad odpowiedzią. – Niech przejdzie do Sali Narożnej i tam poczeka.

 

Strażnik, pomimo wydanego polecenia, nadal tkwił w uchylonych drzwiach, prowadząc chyba wewnętrzną batalię, bo prawie nie mrugał, a na jego okrągłej twarzy zebrały się drobne kropelki potu.

 

– Co jeszcze?

 

– Jaśnie Wielmożny Wielki Marszałek Servius Kacerian wygląda na wysoce zniecierpliwionego.

– Przełknął ślinę. – Najmiłościwszy Panie.

 

– Jaśnie Wielmożny może sobie nawet i na umierającego wyglądać. Skoro mówię, że jestem zajęty, to jestem zajęty! – ryknął, aż jego głos odbił się echem od sklepienia.

 

– Leopoldzie!

 

Pchnięty czyimś ramieniem strażnik uderzył twarzą w kant trzymanego skrzydła. Na szczęście jego mało urodziwą facjatę ochronił przytwierdzony do szyszaka nosal. Mężczyzna w średnim wieku wyminął go, nie zaprzątając sobie głowy zwyczajowym „przepraszam”.. Minął też księcia, zapominając o grzecznościowym powitaniu, po czym wbił ze złością ciemne oczy w monarchę i zatrzymał się zaraz przy wezgłowiu krzesła, splatając palce u dołu pleców. Przypominał teraz matkę stojącą nad niegrzecznym dzieckiem.

 

– Sprawa jest nagląca – zakomunikował.

 

Machnął podbródkiem na doprowadzającego się do porządku gwardzistę, aby wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Księcia nadal ignorował.

 

– Właśnie tłumaczyłem coś synowi. – Nieomal poskarżył się król, pokazując na chłopaka.

 

– Benjamin nie obrazi się chyba, jeśli na moment wam przerwę.

 

Chłopak tylko wzruszył ramionami. Nie przepadał za Serviusem. Strasznie się szarogęsił, odkąd awansował na Wielkiego Marszałka. Co z tego, że był bliskim kuzynem władcy. Zdaniem Benjamina, wuj powinien znać swoje miejsce.

 

– Ehh... Mów co masz mówić i zostaw nas samych. Mam jeszcze obrady do dokończenia – powiedział tymczasem Leopold.

 

Niezrażony tonem władcy, Servius pochylił się do jego ucha.

 

– Wilhelm cię zdradził. Jego wojska ustawiają się na granicy Okręgu Erad – wyszeptał, osłaniając dłonią usta. – Mamy mało czasu.

 

Leopold wyprostował się na krześle. Na chwilę brakło mu oddechu, lecz prędko wziął się w garść.

 

– Wezwij do mnie generała Roberna i podczaszego Arosa.

 

– Podczaszy Aros zniknął.

 

– Jak to, zniknął?

 

– Nie ma go na zamku.

 

– Niech go szlag! – Przez cały czas rozmawiali szeptem, tym razem jednak król pozwolił sobie krzyknąć. – Benjamin – zwrócił się do syna. – Idź proszę do swojej komnaty. Muszę załatwić coś z wujkiem Serviusem.

 

– Coś się stało?

 

Chłopak, choć nie usłyszał nic z krótkiej rozmowy, instynktownie czuł pod skórą, że dzieje się coś niedobrego.

 

– To nic takiego. – Zerknął na mapy. – Problemy przy nowym zalewie. Jeśli zaraz się tym nie zajmę, możemy stracić jedną dziesiętną zbiorów.

 

– Mieliśmy skończyć rozmowę – zauważył uspokojony wyjaśnieniami ojca. Nie należał bowiem do ludzi podejrzliwych i, o czym dla dobra korony nikt na zamku wolał nie mówić, szczególnie błyskotliwych.

 

– Tak, tak. Skończymy ją później.

 

– Kiedy później? – dopytywał niezadowolony, że ojciec znowu go zbywa.

 

Leopold wstał z krzesła, trzaskając pięścią w stół.

 

– Do stu piorunów, Benjamin! Jestem zajęty!

 

Młody następca tronu ani trochę nie przejął się wybuchem króla. Owszem, wyszedł i skierował się do komnaty, ale dla zaznaczenia swojego ustosunkowania do całej sytuacji, po opuszczeniu sali obrad porządnie trzasnął drzwiami.

Następne częściSZKARŁATNA CELA - Rozdział 10

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania