SZKARŁATNA CELA - Rozdział 2

(Synon)

 

Przycupnięta na gałęzi płomykówka zahuczała ponuro, gapiąc się wielkimi oczami na księżyc w pełni, hojnie oblewający uszczkniętym od słońca blaskiem obrzeża Synonu – rybackiej miejscowości położonej u wybrzeży Morza Wschodniego, której ostatnie zabudowania kończyły się wraz z linią ponurego, sosnowego boru. Spomiędzy gęsto rosnących drzew dostrzec można było odległe światła rozrzuconych bezładnie małych gospodarstw. W samym lesie ciemność przywodziła na myśl wnętrze kaflowego pieca. Ciężkie od igieł, grube gałęzie przepuszczały jedynie wąskie pasma księżycowej poświaty, ukazując niewyraźne fragmenty zamarzniętego poszycia. Śnieg w tej okolicy zniknął za sprawą kilku słonecznych dni, odsłaniając opadłe przez lata gałęzie, które sterczały teraz w mroku, niczym wystające spod ziemi smukłe, powykręcane palce wiedźmy.

 

Po skrytej w niegościnnej gęstwinie polanie rozchodził się zapach gotowanego mięsa. W ustawionym na rozgrzanych węglach kotle doprawione połówkami cebuli, owocami jałowca i suszonymi ziołami dusiły się solidne kawałki świeżej dziczyzny. Dwaj mężczyźni pilnujący dochodzącej powoli strawy pochylali się nad ogniem, aby ogrzać zmarznięte dłonie. Raz po raz któryś pociągał ze wspólnej butelki napełnionej wątpliwej jakości alkoholem.

 

– Powiedz mi, Rodo. Źle ci było w tym Synonie, że postanowiłeś się do nas przyłączyć? – zapytał młodszy z mężczyzn, podając drugiemu butelkę. – Wydawało mi się, że tutejsi rybacy całkiem nieźle sobie radzą. Gdzie nie spojrzeć, nowe łodzie, mocne sieci, a ich właściciele ubrani całkiem bogato. – Przerwał, aby odebrać butelkę od brodatego towarzysza. Pociągnął kolejny łyk mętnego trunku. – Naprawdę. Dawno nie widziałem takiej ilości ryby: świeżej… – Czknął. – marynowanej, suszonej. – Wykrzywił się, przywołując jakieś wspomnienie. – Choć prawdę powiedziawszy, za rybą nie przepadam. – Zerknął wyczekująco na Rodona, dając tym samym znać, że zakończył swój wywód.

 

– W tym właśnie problem – odezwał się brodacz, gestem odmówiwszy kolejnej porcji alkoholu. – Bo widzisz, Gustavie... Ryb w tym roku jest za dużo. Ceny straszliwie spadły i jeśli ktoś nie ma stałych odbiorców, a dotąd utrzymywał się z prostego, ulicznego handlu... – Westchnął ciężko. – Ech, szkoda gadać. Po prostu nie miałem innego wyjścia.

 

– Myślisz, że podjąłeś słuszną decyzję? Latem ceny mogą przecież pójść w górę i interes znowu się rozkręci. – Młodzian dopił resztki, po czym wierzchem dłoni otarł sobie usta.

 

Rodon mu nie odpowiedział. Uznał więc, że mężczyzna faktycznie wyjścia nie miał.

 

Postanowił zmienić temat. – Jesteś tu od dwóch dni, prawda? Już się chyba przekonałeś, że u nas jest... – Namyślił się, szukając odpowiedniego określenia. – dość specyficznie. – Uśmiechnął się tajemniczo, mierząc wzrokiem kompana. Do głowy wpadł mu pewien pomysł. Choć trafniejszym byłoby rzec, że myślał o tym jeszcze zanim zaczęli szykować jedzenie. Wpierw jednak musiał urobić sobie grunt przed wprowadzeniem swojego planu w życie. Teraz okazja była ku temu idealna. Wstał, otrzepując zupełnie czyste spodnie. – Powiem ci, że nie widziałeś jeszcze wszystkiego. – Zaniósł się śmiechem, zataczając niepewnie do tyłu. Wpływ procentów na jego motorykę zaczynał być widoczny. – Co prawda poza porą wydawania posiłków szef nie pozwala mi tam chodzić... No ale... – rzucił konspiracyjnie, mrugając okiem. Chwiejnym krokiem odstąpił od paleniska i machnął do starszego wiekiem mężczyzny, by poszedł za nim. Ten, woląc mieć na oku wstawionego, plotącego trzy po trzy młodziaka, który niechcący mógł narobić rabanu i wszystkich pobudzić, niechętnie ruszył za nim.

 

Zatrzymali się przy dużej, opartej na sześciu kołach konstrukcji, skrytej w cieniu starego wiązu. Drzewo wydawało się nagie, rosnąc pośród swoich iglastych braci. Na skraj obozowiska padało niewiele światła, głównie z płonącego pod kotłem ogniska. Mimo to nietrudno było domyślić się, że owa konstrukcja była niczym innym jak klatką. I to nie byle jaką. Grube kraty umieszczono blisko siebie i solidnie przymocowano do blaszanej podłogi, skąpo przyprószonej słomą. Na oko jej długość można by ocenić na pięć, sześć metrów. Jedną trzecią jej powierzchni zajmowała solidna skrzynia z otworem wejściowym pozbawionym drzwi. Jaśniejsza, zrobiona zapewne z innego gatunku drewna ościeżnica, wyglądała jak rama czarnego niczym sadza obrazu.

 

– Tutaj szef trzyma swój największy skarb – pochwalił się Gustavo, podnosząc z ziemi długą tyczkę, służącą do badania głębokości strumieni. Czynność ta była niezwykle istotna podczas wypraw z wozami. Niejedni już stracili konie i dobytek, przeprawiając się na ślepo przez pozornie spokojne i płytkie potoki. Tymczasem Gustavo wsadził ją pomiędzy kraty, celując do wnętrza skrzyni. Dźgnął czerń kilka razy, wyraźnie natrafiając na coś kryjącego się w jej objęciach. – Wyłaź. Pokaż się nowemu kucharzowi. – Dźgnął jeszcze raz, poirytowany. – Tylko bądź grzeczny i go nie wystrasz.

 

Zaintrygowany Rodon przesunął się, by mieć lepszy widok. Spora część tyczki ginęła w nieprzeniknionym mroku. Chłopak chciał wyprowadzić nią kolejne pchnięcie, ale coś złapało za drugi koniec, odpychając go silnie do tyłu. Ze środka dobyło się dziwne, gardłowe warczenie. W prostokątnym otworze wejściowym dostrzegli niewyraźny odblask pary łypiących na nich z nienawiścią oczu. Rząd białych zębów zwieńczonych ostrymi kłami kłapnął w kierunku Gustava.

 

Starszy mężczyzna cofnął się instynktownie.

 

– Co, do cholery?

 

– Cooo, cooo, co... Właśnie rzecz w tym, że nikt poza szefem nie wie, co.

 

Młodzian, najwyraźniej przyzwyczajony do widoku czegoś, co skrywało się w wielkim drewnianym pudle, zakręcił lekko kijem. Bardziej przejmował się tym, jak jego mały pokaz odbierze kolega, niż rozeźloną istotą. Zachowywał się tak, jakby zawartość skrzyni była po części jego własnością. Jego ekscytacja rosła na widok spanikowanej miny Rodona.

 

– No dalej! Wyłaź! – ponaglił istotę w klatce.

 

Warczenie przeszło w niskie, pełne agresji pomrukiwanie.

 

– Nie każ nam czekać. – Chłopak zaczynał się niecierpliwić. – Zwykle wychodzi, jak mu się każe – wyjaśnił pobladłemu Rodonowi. – Z tym że zwykle – powtórzył, zwracając się do stworzenia – mam ze sobą tę fajną broń od Wilsona. Mam ją przynieść, żebyś w końcu stamtąd wylazł?

 

Na wzmiankę o broni klatka drgnęła. Zaczęła kiwać się nieznacznie na boki. Usłyszeli odgłos trzeszczącej blachy pod powolnie stawianymi krokami i towarzyszący im subtelny akompaniament szeleszczącej słomy. Rodon aż przysiadł na widok stwora, który pojawił się za kratami.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Dalia 2 mies. temu

    Sprawnie budujesz klimat minionej epoki, umiejętnie posługując się językiem. Póki co akcja dynamicznie posuwa się do przodu, a rozdziały są odpowiedniej długości - wystarczająco zwięzłe, by nie nużyć, i na tyle treściwe, aby nie zostawiać niedosytu :)

  • P. J. Otter 2 mies. temu

    Dziękuję! Cieszę się, że zarówno klimat, jak i tempo tego fragmentu przypadły Ci do gustu. :)

  • Stefan Pawłowski 3 tyg. temu

    Najbardziej w tym fragmencie podoba mi się stopniowe budowanie napięcia – od spokojnego opisu Synonu aż po tajemnicze stworzenie w klatce. Jednak w porównaniu do poprzednich fragmentów zdania w dwóch pierwszych akapitach są przeciążone metaforami i szczegółami. Dostrzegam też drobne niezręczności językowe, np. „wpływ procentów na jego motorykę” , „doprawione połówkami cebuli” czy „przycupnięta na gałęzi płomykówka” . Od momentu pojawienia się klatki jest już dobrze – napięcie i tajemnica są tam bardzo dobrze prowadzone. Jestem ciekaw dalszego rozwoju tej historii.

    Pozdrawiam.

  • P. J. Otter 3 tyg. temu

    Dziękuję za komentarz i miłe słowa dotyczące stopniowego budowania napięcia. To ważne, zwłaszcza że rozdział ten był pisany 6 lat temu i od tamtego czasu korygowany może z 3 razy. Tak więc cieszy mnie, że ta część nadal wzbudza ciekawość i ma potencjał fabularny, mimo że pisana była w czasach, kiedy pisałam „nieco mniej pewnie”.

    Chciałabym natomiast dopytać o kilka wskazanych przez Ciebie „drobnych niezręczności językowych”, a to dlatego, że pod tym kątem tekst był już wcześniej korygowany.

    „Przycupnięta na gałęzi płomykówka” – czy mogę dopytać, co dokładnie uznałeś w tym fragmencie za niezręczne? Nie dostrzegam w tej konstrukcji problemu językowego, dlatego jestem ciekawa, co konkretnie wzbudziło Twoje zastrzeżenie.

    „Doprawione połówkami cebuli” – tak, to może być nietypowe sformułowanie, ale w scenie chodziło mi o duży kocioł, w którym przygotowywana jest dziczyzna. Cebula jest tutaj nie tylko składnikiem, ale również nośnikiem smaku i aromatu. Samo wspomnienie o wrzuconych do gara cebulach nie przekazywałoby w pełni funkcji, którą chciałam zaznaczyć. To tylko tytułem wyjaśnienia z mojej strony.

    „Wpływ procentów na jego motorykę” – zgadzam się, że jest to bardziej potoczne sformułowanie. Nie będę ukrywać, że lubię wprowadzać tego typu dodatki do narracji i jest to element stylu, z którego nie chciałabym rezygnować wyłącznie dlatego, że może nie odpowiadać każdemu czytelnikowi. Tak już po prostu mam, że lubię trochę chaotycznego narratora. :)

    Jeśli chodzi o uwagę dotyczącą przeciążenia metaforami i szczegółami w dwóch pierwszych akapitach, to zgadzam się, że pierwsze zdanie jest dość rozbudowane (dość bardzo) i w przyszłości chciałabym nad nim popracować. Tylko jeszcze nie mam na nie konkretnego pomysłu. Nie odnosi się to jednak do pozostałej części opisu, którego rozbudowana forma jest dla mnie celowa i stanowi istotny element tego, jak chcę przedstawiać świat oraz atmosferę w „Szkarłatnej Celi” (i chyba w większości moich tekstów).

    Bardzo zależy mi na świecie, który ma własne życie, na bohaterach i ich relacjach, a także na opisach, które pozwalają zarówno mi, jak i czytelnikowi poczuć miejsce i sytuację, zamiast jedynie szybko przechodzić między kolejnymi wydarzeniami. Dlatego nie traktuję obecności szczegółów i metafor jako czegoś, co samo w sobie wymaga ograniczenia. Dla mnie w tekstach, zarówno moich, jak i tych, które czytam, jest to ogromny atut.

    Mimo że pewnych kwestii nie do podzielamy (a przynajmniej nie do końca), mam nadzieję, że dalszy rozwój historii również cię zainteresuje. Nie wiem, czy będzie to widoczne, ale są to rozdziały pisane od 2020 roku do teraz, więc można spodziewać się różnic w narracji czy sposobie przedstawiania scen (ale metafory i obszerne opisy będą :D, one są u mnie od zawsze, w zasadzie to od czasów szkolnych. Więc jak ktoś nie lubi, to za wczasu ostrzegam ;) ).

  • Stefan Pawłowski 3 tyg. temu

    Jeśli chodzi o wskazane przeze mnie niezręczności językowe, to chyba powinienem doprecyzować, że użyłem tego określenia dość szeroko i niekoniecznie w znaczeniu błędu językowego czy konstrukcji, którą można uznać za niepoprawną. W przypadku „przycupniętej na gałęzi płomykówki” nie chodziło mi o błąd w samej konstrukcji, tylko raczej o to, że w moim odczuciu zestawienie tych słów zabrzmiało nieco nienaturalnie. Podobnie z „doprawieniem połówkami cebuli” , ale po Twoim wyjaśnieniu rozumiem, dlaczego właśnie tak to sformułowałaś i nie traktuję tego jako czegoś, co wymaga poprawienia. Natomiast w przypadku „wpływu procentów na jego motorykę” moja uwaga dotyczyła przede wszystkim tego, że takie sformułowanie nie do końca pasowało mi do klimatu, który budujesz w powieści; nie chodziło mi więc o jego poprawność, tylko o to, jak zabrzmiało w kontekście całej narracji. Skoro jednak jest to świadomy element Twojego stylu i lubisz wprowadzać do narracji tego rodzaju potoczność, to oczywiście rozumiem :) Bardzo doceniam też to, że tak świadomie budujesz świat „Szkarłatnej Celi” i że szczegółowe opisy oraz metafory są dla Ciebie sposobem na nadanie mu własnego życia i atmosfery. Zrobiło to na mnie wrażenie już w pierwszym rozdziale. Samo stworzenie takiego świata, jego historii, bohaterów, relacji i całej warstwy opisowej wymaga ogromu pracy, dlatego nawet kiedy zwracam uwagę na coś, co osobiście odebrałem jako niedociągnięcie, mam pełną świadomość, ile wysiłku stoi za takim tekstem. W moich komentarzach chodzi mi przede wszystkim o przekazanie autorowi możliwie szczerego, ale konstruktywnego feedbacku, a nie o podważanie jego pracy czy zamysłu — moje uwagi są przecież siłą rzeczy subiektywne i wynikają z mojego własnego odbioru tekstu. Co ważne, dostrzeżenie tych rzeczy absolutnie nie zniechęciło mnie do dalszego czytania; wręcz przeciwnie, tak jak wspominałem wcześniej, jestem ciekaw, jak historia będzie się dalej rozwijać. Tym bardziej interesujące będzie zobaczyć, jak zmieniała się narracja na przestrzeni tych kilku lat :)

  • adelas 3 tyg. temu

    Powoli nadrabiam!
    Ten rozdział podobał mi się zdecydowanie bardziej niż poprzedni. Mniej lania wody, dużo budowania napięcia. No i styl jakiś taki lepszy, zdania po prostu lepiej brzmią. Jestem zaciekawiona.

  • P. J. Otter 2 tyg. temu

    Dziękuję. Jeśli chodzi o styl, to na pewno będzie widać zmianę na przestrzeni kolejnych rozdziałów, bo wszystko było pisane na przestrzeni niemal 6 lat, z większymi i mniejszymi przerwami. Mimo że pierwsze rozdziały były korygowane, na pewno różnica będzie mimo wszystko widoczna.
    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania