Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
UGRYZIONA PRZEZ LAS: EPILOG
EPILOG
Mawia się, iż zwyczajny strach: jest w stanie przezwyciężając słabości ludzkiego ciała, zawładnąć życiem... odpowiednio podatnego na trwożne okrzyki, śmiertelnika. Była tego obecnie pewną, niemal osunąwszy się w półmrok śródleśnego przedwieczoru, po kwadransie katorgi szarganych cienkimi papierosami, płuc: nie zaprzestając premedytacji ucieczki, przeszłej w trucht, aż entuzjazm domniemanej pogoni, przerodził się zapadającym mrokiem świadomości własnego istnienia: ciążącej plecakiem, jakby szczupłości zaległej nim powierzchni upoconego w kurtkę ciała, dosiadł rozbestwiony, Żydowski duch. Usiłując uspokoić oddech, zwróciła wzrok ku stronie, z której wgapiły się w tył obcisłych legginsów, przeraźliwe ślepia lęku... A nie odczuwając ich towarzystwa, ruszyła boleścią marszu, usiłując zrozumieć wydarzenia... zaledwie ostatnich kilkudziesięciu minut żywota: pozostałych jako droga powrotna... i nawet na ich temat: nie dane było zaznać olśnienia czymkolwiek.
Od kiedy rozpoczął służbę, zwykł zwać ją "chatką zboczonego drwala", ponieważ: jako ułożona przekładem świerkowych bali, chałupa: nawet kryty dachówką spad, miała wykonany pod tak koślawą linią, iż każdy wątpił, że jest w stanie zaniechać runięcia. Sam często żartował z turystami, iż "ten leśny bałagan": trasowano tkwieniem w gruncie fundamentów, wyznaczonych liniami trajektorii rzutu opróżnionymi butelkami bimbru, co gorsza:.. przez samego inżyniera... Mimo wszystko, pokochał ciszę: terkoczącą pracą agregatu prądotwórczego, ukrytego na tyłach posiadłości, jakby w obawie zgorszenia go dotykiem blasku płomienia naftowej lampy: przenikłego w noc leśnej gęstwiny, przez znaczną szczelinę wypaczenia bitych deszmi, drzwi: co z daleka sprawiało wrażenie, jakby próg... "emanował blaskiem niebios": wybrzmiałym niespodziewanie, natarczywością napierdalania: jakby zbłąkana dusza, uciekwszy z piekła, dobijała się do bram niebios: usiłując zbudzić drzemiącego opróżnieniem karafki, świętego: posiadającego jedyne klucze do bram zbawienia, od wieczności męki niewyobrażalnych katuszy. Zrywając się z objęć słodyczy drzemki, w mgnieniu oka uchwycił z blatu biurka kapelusz, doskakując umkniętych sztabą, skromnych wrót:
- Co to ma znaczyć?! - rozpoczął, usiłując maskować stanowczą powagą zaspany ton własnego głosu - jak wam się nudzi, zaraz Policja zabierze was na dyskotekę! - rzucił, zamierzając odejść.
- Ej! Otwórz! Proszę, otwórz! - rozległ się przelazły entuzjazmem gorączkowej paniki, zadziwiająco... kobiecy głos. - Pomocy!!! - co wybrzmiało, kolejną serią akompaniamentu szaleńczych łupnięć.
Tchem zapartym zdziwieniem, mimowolnie podążył w stronę biurka: szurliwością szuflady, ujmując w dłoń naładowany rewolwer: którego szczękliwość odciągu kurka iglicy, dodała mu otuchy dalszych poczynań. Odetchnąwszy głęboko, uniósł go na wysokość twarzy, oznajmiając służbowo oziębłym tonem:
- Odsuń się od drzwi. I ani kroku! Mam broń. Jeden ruch, którego nie pozwolę wykonać... i... - słowa uwięzły w gardle - nie ruszaj się poprostu! - rzucił zirytowany natłokiem myśli.
Nie otrzymał odpowiedzi. Zwłaszcza innej, poza znajomym skrzypnięciem trzeciej klepki drewnianej werandy: liczonej jawną klątwą, wobec startej buciorami, zewnętrznej krawędzi progu. Powtarzając w głowie dalszy przebieg zdarzeń, zupełnie bez zapowiedzi, ściągnął sztabę blokującą wejście, a nim przebrzmiał drzewny jej postuk, nacisnął kutą w żelazie klamkę, stawiając drzwi ościeżą. Mierzywszy matową połyskiem stali, lufę, w niemrawo rozpraszany naftowym płomykiem, mrok: na widok nieznajomego przybysza... krzyknął księżniczo: ujrzawszy zakrwawioną bladość turystki, dyszącej, jak się domyślał: czymkolwiek... nie będących pięknem uczuć. Nawet wówczas, gdy wybuchając szlochem, szepnęła:
- Dziękuję... - wyciągając ku niemu plamione paskudztwem szkarłatu, ramiona.
Była mu wdzięczna. W takim stopniu, iż mimowolnie... zupełnie bezmyślnie, postanowiła go uściskać: jako swojego wybawcę. Przynajmniej do momentu, gdy wykonawszy krok, z wyciągniętymi ku owisłych mundurem barków, ramionami: odczuła impet uderzenia blasku: wybrzmiałego hukiem wystrzału, trafiającego przez umazaną krwią twarz, dokładnie pomiędzy ciemnoczekoladowymi tęczówkami oczu, w trawę... nieopodal za taszczonym ciemiężliwie plecakiem: stanowiąc krwisty rozbryzg ostatniej myśli w życiu: będącej okazaniem wdzięczności, za udzielenie ratunku... która padłwszy bezwładem śmierci, zdawała się ścielić kobierzec Kostuchy końcem życia: pozwalając mu żywić się nieświadomością doczesności...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania