Więc: Namaluj mnie ..., malarko
II. …, malarko
Ślepiec szedł pewnie, a dziewczyna nie mogła oderwać od niego wzroku. Może to przez jego chód, może przez to, że kierował się wprost na ścianę. Gdy był od niej o krok, brunetka się poderwała.
– Uwa… – przerwała, widząc, jak chłopak staje w miejscu.
Czekał. Nagle drzwi obok niego się otworzyły, a ten wślizgnął się jak kot.
„Co to za dziwak…?” – pomyślała, znów siadając na ławce.
– Sumie, nieważne. Dokończę to i wracam. Autobus mam za godzinę.
Dokończyła szkic i po kilku minutach zaczęła się pakować.
Jakiś czas później
– Jestem – oznajmiła, zamykając drzwi mieszkania.
– Siadaj, odgrzewam pierogi – odezwał się łysy mężczyzna z pokaźnym, brązowym wąsem.
Stał w kuchni, trzymając w ustach odpalonego papierosa i mieszając pierogi na patelni.
– Dobrze… tato.
Usiadła przy kuchennym stole. Zjedli w ciszy. Po posiłku ojciec sięgnął do lodówki i wyciągnął dwa piwa.
– Chcesz?
– Nie, dziękuję.
Machnął ręką i poszedł do salonu. Włączył telewizor, a dziewczyna zajęła się sprzątaniem. Kiedy skończyła, ojciec już spał. Widząc to, po cichu przeszła przez dom. Po czym zamknęła się w swoim pokoju.
– Jak oni wyglądali… – mruknęła, siadając na łóżku i otwierając szkicownik – Ten ruch ręki… nie, bardziej tak.
Ołówek sunął po papierze, lecz im dłużej rysowała, tym bardziej scena się rozpadała – proporcje uciekały, sylwetki zamieniały się w powidoki, jakby walczyli we mgle.
– A chrzanić to! – warknęła i położyła się spać.
Weekend minął jej luźno, może trochę nudno, ale przynajmniej bez nerwów. Co było nieoczywiste. Jednak gdy wróciła do szkoły, cóż, przywitała ją nieprzyjemność w różnym wydaniu. Dzwonek zadzwonił, nauczycielka wyszła z sali, zostawiając klasę samą.
– Pięknie, kolejna pała – mruknęła pod nosem, odkładając kartkówkę i wracając do szkicownika.
– Co tam robisz? – zapytała blondynka, nachylając się nad jej ławką.
– Nie nudzi wam się to? – odparła obojętnie, spoglądając na trzy stojące obok niej dziewczyny.
– Tym razem, nic złego nie powiedziałam?
– Ja tak samo.
Blondynka wyprostowała się, górując nad siedzącą. Twarz miała napiętą . Choć pod gniewem, czuć było frustrację. Siedząca brunetka patrzyła jej w oczy, wyraźnie znudzona.
– Oczywiście, musisz się wyżywać na wszystkich – wysyczała blondynka, po czym zaczęła przedrzeźniać dziewczynę – Jestem Gabriela, jestem Emo. Smutna i zła na świat.
– Dziś jestem tylko zmęczona – odparła sucho.
Odezwała się inna uczennica, stojąca za liderką.
– Dobra zostaw ją, chodź... Powiem Wiki, że przynajmniej spróbowałaś.
– Ta – warknęła – Wiedziałam, że się z nią nie dogadamy.
Odeszły, a siedząca dziewczyna wyjrzała przez okno.
„Niektórzy nie potrafią sobie odpuścić” – pomyślała, coś dostrzegając – „O, proszę. Ten typ i jego przydupas”.
Widziała, jak blondyn idzie w asyście bruneta w czarnozielonym dresie i niskiej, rudowłosej uczennicy w sportowym stroju. Grupa doszła do wyjścia i się rozdzieliła. Ślepiec został sam, po czym zniknął, idąc w przeciwną stronę, w kierunku rynku.
– Czyli mam spokój – szepnęła – Poprawię drzewo.
Dziewczyna wróciła na wczorajsze miejsce i otworzyła szkicownik. Jej drzewo było rozłożyste, ale martwe – same linie, bez życia. Zanim zdążyła znów przyłożyć ołówek, poczuła, że ktoś podchodzi.
– Nie mam czasu – rzuciła, nie podnosząc wzroku.
– Co tam rysujesz?
– Serio? Znowu ty?
Pytała, dokładając kolejne kreski.
– Znowu – odparł chłopak, pochylając się nad notatnikiem – I jak idzie, mój portret?
– Nijak, bo cię nie namaluję.
Bastian usiadł na ziemi, po turecku, krzyżując nogi i spoglądając na dziewczynę z dołu.
– To, co chcesz w zamian?
– Daj mi święty spokój.
– Da się załatwić. Ile?
Uniosła wzrok. Szczerzył się. Nie był to uśmiech serdeczny ani uprzejmy. Bardziej taki, którego nie dało się rozszyfrować.
– Jakieś trzy, cztery godziny. Jak będziesz siedział cicho, to mogę cię w międzyczasie rysować.
– Rozumiem. To chodź – rzucił żywo.
– Czekaj, zaraz mam zajęcia.
– Spoko, poczekam. Przy okazji zorganizuję transport.
Zdziwiona, zaczęła się pakować. Mimo niepełnosprawności chłopak wyglądał na wyjątkowo zadowolonego.
– Co się tak szczerzysz?
– Będę miał własny obraz.
– Dziwak – rzuciła, wstając i znikając w murach szkoły.
Po tym, jak poszła, Bastian położył się na ławce. Po godzinie wróciła. Wciąż leżał na ławce, wystawiając twarz do słońca.
– To ja.
– Wiem. Nasz transport będzie za pięć minut.
– Mam tu czekać?
– Chciałaś ciche miejsce, nie?
– Dobra, tylko się odsuń.
– Nie. Obok masz ławkę – rzucił obojętnie.
Odwróciła głowę, po czym walnęła go w brzuch. Zgiął się natychmiast, robiąc jej miejsce.
– Teraz mam tutaj.
Kąciki ust nadal miał uniesione.
– Teraz masz.
Zniesmaczona mruknęła.
– Dziwak.
– Dziwność to cecha tylko człowieka.
Dziewczyna westchnęła.
– Ale jak chcesz, żebym cię narysowała?
– Pomyślimy na miejscu. Styl może być dowolny – rzucił, wyciągając nogi i lekko się rozciągając.
– I tak, nie zobaczysz tego, co namaluje.
– Niby tak.
– Więc, po co ci to?
– Bo mi się nudzi, bo to ciekawe, bo zawsze chciałem zapozować.
– Tylko tyle? – dziwiła się.
– Na świecie nie ma wiele ciekawych rzeczy, a bez oczu ciężko określić rodzaj miseczki, więc…
Uderzyła go ponownie.
– Jak można być takim chamem?
– Talent – odparł, łapiąc oddech.
W tym samym momencie jego telefon zawibrował.
– O, nasz transport.
Chłopak odebrał, przykładając do ucha telefon z klawiaturą.
– Dobra, już idziemy.
– Gdzie niby?
– Do spokojnego miejsca. Dawaj – złapał ją za rękę i delikatnie pomógł wstać. Jego dłoń była ciepła i pewna. Nie wyczuwała w niej ani odrobiny napięcia.
– Czekaj, muszę zabrać rzeczy – powiedziała, na to, chłopak ją puścił.
Dziewczyna szybko się spakowała.
– Dobra, mam wsz…
Nie dokończyła, bo półblondyn już złapał ją w łagodnym uścisku. W drugiej ręce zaś miał już swoją laskę, rozłożoną i gotową do sprawdzania terenu. Oboje ruszyli na miejsce, Bastian dokładnie sprawdzał obszar przed sobą, w milczeniu. Jego podejście udzieliło się i jej, ta nie odezwała się ani słowem, przyglądając się jedynie jego zachowaniu.
Doszli na parking, na którym czekał Kacper w leciwym Passacie. Gdy ich zobaczył, uchylił okno i zapytał:
– Co za to dostanę?
– Zobaczysz – rzucił Bastian, nagle, czując opór dziewczyny – A tobie co?
– Nie wsiadam z nim.
Ślepiec natychmiast zareagował, zwracając się do przyjaciela.
– Coś ty jej zrobił?
– Ja? Nic!
– Cały czas się na mnie gapił.
– No wiesz co? A taki miły chłopak z niego był.
– Kur… Wczoraj pierwszy raz ją na oczy widziałem.
– I się gapiłeś!
Chłopak puścił ją i uniósł ręce, jakby się poddawał. Mimo to dalej szczerzył kły.
– Dobra, czaję, co tu jest grane – zwrócił się do rozgniewanej dziewczyny – To ja go prosiłem, żeby mi ciebie opisał. Tym razem to nie jego stulejarstwo – teatralnie machnął ręką – tylko moje… braki optyczne.
– I tak nie wsiadam – twardo stała przy swoim.
Niewidomy rzucił do kolegi.
– Dobra, stary, jedź. Załatwię to inaczej.
– Specjalnie tu przyjechałem.
– To jedź po burgery do maka albo na skrzydełka. Masz wolną rękę, a i oddam ci za paliwo.
Kacper wypuścił powietrze nosem, zamknął okno i odjechał.
– Twój plan, poszedł w łeb.
– Nie do końca – odparł szybko, wyciągając telefon z klawiaturą – Jedziemy UBER-em.
Przyglądała się anachronicznemu telefonowi, który przy każdym kliknięciu wydawał dźwięk. Bastian szybko wpisywał nazwę aplikacji, której ikona zakryła niemal cały ekran. Nacisnął ją. Aplikacja była identyczna z tą zwykłą. Telefon miał klawiaturę, ale i dotykowy ekran. Bastian szybko przesuwał palcem po kolejnych miejscach, a głos urządzenia urywał się w pół słowa: Dom, Pizz…, Rynek, Super Tajna Ukryta Baza.
– O jest! – ciesząc się, nacisnął ostatnią opcję.
– Tajna baza?
– Zobaczysz.
Chwilę później podjechało do nich czarne BMW. Wsiedli do środka. Kierowca wyglądał jak chodzący kodeks ulicy: łysy, napakowany, cały w czarnym ortalionie. W radiu leciał rap z początku wieku – prawilność, sztywne gity, klimat osiedla.
– Gdzie jedziemy? – zwrócił się do nich prawilny kierowca, charakterystycznym dresiarskim tonem.
– Pod gimnazjum numer dwa. Wie pan, gdzie to jest?
– Stara buda? – zdziwił się – Dobra.
Auto ruszyło jak pocisk, jakby miało zgubić połowę części i zyskać na lekkości przez rudy karbon. Zawieszenie ledwo żyło, a pasażerowie podskakiwali razem z nim.
„Jezu, zaraz się rozleci” – myślała, spoglądając na zamyślonego chłopaka.
– Czemu nic nie mówisz – szepnęła – teraz twój jęzor, by się przydał. Niech zwolni.
– Ładna pogoda – odparł, skupiony bardziej na szybie samochodu.
– Jak możesz to wiedzieć, bez oczu?!
– Oczy mam – dotknął szyby i nastawił uszu – Jest ciepło, jedziemy szybko. To taki zwykły, słoneczny dzień.
– Ciekawe. Skąd wiesz, że jest słoneczny.
Zwrócił ku niej twarz, z wyraźnym niesmakiem.
– Nie wiesz, co to pogodynka? Dzisiaj ma być bez chmurnie.
Dziewczyna wydała z siebie, dźwięk niepodobny do żadnego innego. Mimo ślepoty chłopak rozumiał reakcję, a kierowca zbyt bardzo był rozluźniony, by zwracać uwagę na takie pierdoły: jak rozmowa pasażerów czy braki auta. Dotarli na miejsce – kawałek za miastem, wśród drzew tworzących niemal tunel.
– Pięćdziesiąt – oznajmił kierowca, wystawiając rękę.
– Proszę – Bastian podał mu banknot.
– Dobrego. Polecam się na przyszłość.
BMW odjechało, zostawiając ich przed starym gmachem. Budynek z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Widać było, że stoi pusty od lat. Okna zabite deskami, drzwi zamknięte.
– Co to za miejsce?
– Gimnazjum numer dwa.
Mówił pewnie, stając przy wejściu.
– Uważaj, ktoś nas zobaczy.
– Jest zamknięta od dwudziestu lat. Teren opuszczony. Poza menelami nikt tu nie zagląda. A i ich, tu nie spotkamy, bo dorobiłem klucz do drzwi, a okna są zabite grubymi dechami – Otworzył drzwi – Idziesz?
Dziewczyna jeszcze się wahała, a po chwili namysłu weszła do środka. Wnętrze pachniało urbexem, na ścianach trochę graffiti, ale jak na opuszczony budynek – zaskakująco czysto. Hol był pomalowany na jasny błękit, korytarze natomiast na żółtawozielony.
– Malarko, aż tak cię zatkało?
– Po prostu… dziwnie się czuję.
– Przystojny chłopak i przeciętna dziewczyna, sami w opuszczonym budynku… aż proszą się o finał.
– Chciałeś powiedzieć: dziwak.
– I dziwaczka, bo jaka normalna dziewczyna idzie z nieznajomym do takiego miejsca?
– Nudziło mi się. Poza tym jesteś ślepy.
– Mogę mieć przyjaciół.
Na tę sugestię Gabriela zamilkła i rozejrzała się po okolicy.
– Luz, nikogo tu nie ma – powiedział, ruszając dalej i stukając laską przed sobą.
– Nie czujesz się tu pewnie? – zapytała, widząc, jak skrupulatnie bada teren.
– Nie chcę wdepnąć w martwego szczura.
Gdy byli już na sali gimnastycznej, poczuła wielkość budynku. Ogromne okna wpuszczały obraz zachodzącego słońca. Nawet to, że połowa z nich była zasłonięta, nie przeszkadzało światłu oświetlić kosze do koszykówki i stare linie na parkiecie. Po drugiej stronie stały drewniane trybuny, liczące sześć rzędów ławek.
Dziewczyna z niekrytym zachwytem oglądała opuszczoną salę. Bastian zaś w ciszy, położył się na ławce z niższego rzędu. Wyglądał, jakby właśnie pozował do okładki płyty. Noga ułożona na nodze, ręce robiące za podparcie dla głowy i twarz, ozdobiona niemal szelmowskim uśmieszkiem.
Z perspektywy dziewczyny prezentował się fajnie, nie buntowniczo, bo był spokojny i poukładany. Był arogancki, lecz w dziwnie ujmujący sposób.
– Nieźle, nie?
– Faktycznie… nieźle.
– To teraz namaluj mnie, malarko – powiedział, układając się wygodnie.
– Chcesz, żebym tak cię narysowała?
– Na razie tak, a potem się zobaczy.
Usiadła naprzeciw niego i zaczęła go szkicować, ten wydawał się niezwykle spokojny, wsłuchując się w skrobanie rysika. Minęło pół godziny, a potem godzina, a ten dalej leżał w milczeniu. W końcu dziewczyna zaczęła mówić.
– Dlaczego nie odzywałeś się w taksówce?
– Hmm…? – Ruszył głową, jakby przez cały czas spał – Z takim nigdy nie wiem, co powiedzieć. To trochę tak, jakbyś gadała z gorylem. Jest od ciebie silniejszy, więc nie prowokujesz, omijasz go i idziesz dalej.
– Czyli wiesz, że na pewno nie jechaliśmy za tyle.
– Wiem. Maks to trzydzieści, nawet z korkami.
– Nie martwi cię to? Że tyle wydałeś? – dopytywała.
– Mam spore oszczędności. Poza tym to właśnie przez takie momenty można dostać w pysk.
– Czyli zwykły dres cię wystraszył.
– Zwyczajnie nie jestem idiotą i nie daje się sprowokować. Poza tym cyckonosz ci wystaje.
– Niby jak to zobaczyłeś?
Mimowolnie, rzuciła okiem na swoje ubranie. Była w podkoszulku, ale i tak nic nie było widać.
– No i sprawdziłaś. – prychnął z rozbawieniem – Warto zgadywać.
Podniosła się z ziemi.
– Muszę wracać.
– Skończyłaś?
– Jeszcze nie… Dokończę w domu.
– Rysuj mnie tylko tutaj, okej? – luźno rzucił, bez cienia presji.
– Jeszcze… a w sumie, dobra – zgodziła, ale widząc jego reakcje, miała jeszcze moment zawahania.
– To zbieramy się, malarko.
– Gabriela – powiedziała szybko.
– Co?
– Tak się nazywam.
– Nie – przeciągnął – malarka brzmi lepiej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania