Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA ROZDZIAŁ III ( opowiadanie gore )

ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA

 

ROZDZIAŁ III

 

Każdemu zdarza się odczuć, iż bywa zwyczajnie rozdartym. Z tego powodu, wszyscy, których dotknął takowy stan rzeczy, nie przeczą, iż skoro tak właśnie jest: każdorazowo okazuje się, co najmniej: równie bolesnym. Nie koniecznie jednak przejawia się uczuciem fizycznego rozdarcia, powodującym prześladowanie swędzeniem, na tyle uporczywym, by odczuwać je świadomością nicości: zwłaszcza w tym miejscu, którego obecnie: mianem przeszłości: dotyczy. Zrywając się na nogi, z tego powodu, postanowiła uspokoić przyjaciółkę, jednocześnie przyjmując do świadomości, że aby dotyczyło to wszystkich: musi jednocześnie pobiec w trzech różnych kierunkach, pozostając na miejscu. Jak na ironię, Aśka przypomniała sobie o niemal całkowicie rozładowanej bezmyślnością, baterii jej własnego telefonu. Chciałaby, żeby bardziej, niż ma to obecnie miejsce, przeraziła ją okoliczność widnienia dwóch kresek w skali pięciu, przy czym: uznała to za najmniejszy powód do zmartwień. Pośród nocy, niosącej oddalający się w różne strony, odgłos panicznie stawianych kroków, jej uszu, gdy one same ustały, zaczęły dobiegać także inne dźwięki, co przeraziło ją najbardziej: nie wszystkie będące bliskimi naturze wiejskiego, niezbyt sporej powierzchni, lasku. Chciała zdobyć się na odwagę, wystarczającą, aby zdecydować, czy ma zamiar przekonać się, co właściwie je powoduje. Zwłaszcza obecnie, gdy jedyną możliwością odciążenia jej umysłu, było zawieszanie spanikowanego wzroku na twarzy przyjaciółki, zdającej się momentami być usypianą odczuwanym bólem. Owszem, oprócz samej siebie: nie odpowiadała tutaj za kogokolwiek. Jednocześnie: nie chciała, aby z tego powodu, komukolwiek stała się krzywda. Czując drętwienie kolan, ułożyła półprzytomną Sylwię, zwróconą twarzą do ognia, na zapomnianej, cmentarnej ziemi, po czym sięgnęła po jedne z pozostałych, niezbyt grubych polan, pozwalając, aby ogień trawił je doszczętnie, podczas gdy pierwszy z jej kroków był nie tyle przemyślanym, co przesiąkniętym zdrowym rozsądkiem.

 

Zmierzała donikąd. Chcąc jedynie być jak najdalej. Od czego właściwie?: nie wiedziała zupełnie. A jeżeli nawet od samej siebie, dlatego: od własnego przerażenia, okazało się być to dla niej pozbawionym racji poświęcenia uwagi. Nie myślała o tym zupełnie. Nie zastanawiała się także, dlaczego właściwie, ból ponad kostkami obu nóg, popchnął ją z impetem na coś powodującego rozsiane pasmami, bratnie mu ogniska. Nie rozumiała, dlaczego czuje, iż unosi się nad ziemią. Wzdrygając się epileptycznie, dała upust własnej nieświadomości, otwierając oczy. Przerażenie, uderzyło jej umysł z impetem ciężarówki, ponieważ leżała na przeżartej erozją klatce, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ponad mokrym, zbutwiałym drewnem trumny. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ją to szokuje, gdy zupełnie podświadomie, uniosła obolałą twarz, usiłując znaleźć punkt podparcia dla dłoni. Górujący ponad nią obelisk, obejmując swymi ramionami całe jej pole widzenia, zdawał się być kwintesencją spowijającego ją mroku. Zapierając się obiema rękoma, zwiesiła głowę, chwytając kurczowo przeżarte rdzą sztaby, dając sobie moment na zebranie sił, pozwalających jej unieść, w ten sposób, obolały tułów. Czuła, iż ramiona, jak i reszte jej ciała, wstrząsa uporczywe drżenie wysiłku. Chiała dodać sobie odwagi, postanawiając nie otwierać oczu, oby utkwić spojrzenie w wieku, dzielącym ją od cmentarza. Nie chciała myśleć, jakich właściwie doznała urazów, a jedynym, czego miała świadomość, był bolesny nimi fakt, że gdyby tak mogło nie być: nie czułaby czegokolwiek. Wykonując kilka szybkich wdechów, mocniej zacisnęła na tkwiącej w ziemi sztabie nie skaleczoną dłoń, niechętnie puszczając ją drugą, usiłując w mroku odszukać dla niej oparcie, jednocześnie przesuwając się niezdarnie w dół. Mogło to nawet okazać się skutecznym, a zanim doświadczyła tej skuteczności, poczuła na plecach uderzenie, o tyle dziwne, iż łudząco pozbawione cielesnej doczesności, a mimo tego, na tyle silne, aby cisnąć jej ciało z głuchym impetem metalicznego łupnięcia, wyciskającego oddech z jej płuc, powrotnie na żelazną konstrukcje, dzielącą ją od wiecznego odpoczynku.

 

Ból starł sen z jej powiek. Kamila czuła, iż jest przytomna, ponieważ zaciskając szpony na karku i policzku nie pozwalał jej uznać inaczej. Nieznacznie poruszając ramionami, zauważyła, że nie może zrobić czegokolwiek więcej. Czując bolesny ucisk pod lewym oczodołem, zaraz pod okiem, zrozumiawszy własną bezsilność, wzniosła bezsilnie wzrok. Oprócz odcieni czerni, zdawało się jej, iż dostrzega na jej tle, nieco jaśniejszy, paraboliczny kształt, którego, jak nawet sztab pod sobą, nie była w stanie dosięgnąć. Przez zamglony wzrok, zdała sobie sprawę, że w umyśle słyszy jazgot, co odczuwa realnie, jako sporadyczne drgnięcia powierzchni, która obecnie ją utrzymywała. Nie rozumiała tego zupełnie, pomimo, iż była przekonana, że powtarza się. Nie uznała tego za istotne. Nie mogła przecież wiedzieć, że ciężki, rzeźbiony w kamieniu obelisk ponad nią, w ten sposób oznajmia, iż dostojnie się ku niej pochyla, zanim nonszalancko postanowił utulić obejmującymi świat ramionami, jej nieświadomą tego potylice. Tylko dlatego nie odczuła, że kamienny krzyż, własnym impetem oparł się na ostro złamanym końcu żelaznej sztaby, niczym igła gramofonu na winylowej płycie, groteskowo przeszywającej kość policzkową Kamili, żeby dać mu ku temu okazję, zdobioną purpurowymi szarfami, bezwiednie spływającymi po butwiejącej płaszczyźnie.

 

Cisza zapadła niespodziewanie: szybko. Jedynym, co odważyło się w tym przeszkadzać, było metaliczne kliknięcie. Cichy, urwany brzęk, dzięki któremu niezbyt cienki, srebrny łańcuch, zsunął się pospiesznie z masywnego, kamiennie zimnego ramienia, pozwalając sobie na miłe lądowanie w bezwładnie wspartej o żelazo dłoni Kamili, co mogłoby ją ucieszyć... gdyby obecnie: dane jej było żyć, nawet pośród krzepnącej kałuży jej własnej krwi.

 

Czuła, iż na jej plecy, runęła cała doczesna rzeczywistość. Dlatego się obudziła, ponadto: nie czując gruntu pod stopami. Właściwie: oprócz tępego, rozdzierającego bólu kończyn, nie czuła właściwie nic. Przyjmując to do świadomości, pozwoliła, aby przerażenie uniosło jej powieki. Oprócz płomienia, tańczącego blaskiem w spowijającym ją mroku, czuła przenikliwe uczucie gorąca, jakby została powoli podsmażana, ziejącym z czeluści piekielnej skwarem. Nie on jednak wydawał z siebie bulgotliwe, wzbudzające odrazę odgłosy. Tłuste bąble, mlaszcząc rytmicznie, pękały niewiele dalej pod nią. Usiłując się od nich odsunąć, zrozumiała, że nie jest to możliwe, z powodu nierównych kajdan, utrzymujących przy jej nadgarstkach i kostkach łańcuchy. Szamocząc się szaleńczo, w próbie ich ściągnięcia, zrozumiała, że jeśli tego dokona: zwyczajnie wpadnie do wrzącej, bulgoczącej pod nią mazi. Na samą myśl o tym, uspokoiła się niespodziewanie, przestając kończynami wykonywać jakiekolwiek ruchy, aby temu zapobiec. Przyniosło to zamierzony efekt. Do momentu, gdy jej umysł, zanim przyjął do świadomości zmianę położenia, przeszył jej ciało zlewającymi się ze sobą dźgnięciami żrącego jej układ nerwowy bólu, w akompaniamencie głośnego plusku. Nie miała czasu, aby zrozumieć, że spore, wypełnione płynem bąble na jej skórze, zanim zaczęła ona dlatego odpadać wraz z tkanką mięśniową, powoduje obecne gotowanie jej ciała żywcem: we wrzącym, ludzkim tłuszczu, nie tylko wytapianym w ten sposób z niej samej, barwiąc się na coraz bardziej nasyconą, szkarłatną barwę. Niedługo później: nie czuła już nic, kojona obojętnością, tulącą ją pośród gęstniejącego mroku.

 

Usiłowała zdusić dłońmi łkający na jej twarzy żal, wsparty na ramieniu przerażenia, co powodowało nierówne drżenie snopu światła latarki telefonu. Już zdążyła doskonale to pojąć. Nie chciała jednak, aby stało się jej bliskie, nawet na moment. Tylko dlatego podeszła kolejny krok, wyciągając drżącą dłoń w kierunku bezwładnego ciała jej zmarłej kuzynki. Odetchnęła głęboko, dodając sobie otuchy, podczas zbierania się na odwagę, po czym szybkim gestem ujęła w palce spoczywający w zakrwawionej dłoni stygnących zwłok, srebrny łańcuch, aby upychając zdobycz w kieszeni bluzy, odwracając się odejść.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania