Zagubiony umysł Rozdział 3 - Rytuał

14 lat później

 

– Lulu, gdzie mam to postawić? – zapytał Hyacinth, krążąc z wielkim pudłem w rękach.

– Tutaj. – Wskazałam podłogę przy małej kuchennej wyspie, starając się jednocześnie by nie patrzeć w stronę starszego o pięć lat brata.

 

Czułam, jak po policzkach rozchodzi się niekoniecznie przyjemne ciepło, zwiastujące wstydliwy rumieniec. Nieodwzajemnione uczucie i podkochiwanie się Hyacinthcie od niemal dziesięciu lat to moje małe przekleństwo. Z kolei te największe, które nade mną ciąży, uniemożliwia mi nawet próby przełamania tego pierwszego. To ich ojciec poprosił by pomógł mi i Victorowi w przeprowadzce, ponieważ sam musiał pilnie wyjechać. Tego roku wraz z młodszym z braci skończyliśmy studia i wróciliśmy do rodzinnego miasta, by właśnie tutaj pracować. Oboje studiowaliśmy na tej samej uczelni, co było w naszym przypadku oczywiste. Odkąd pojawiłam się w rodzinie Parkerów, byliśmy nierozłączni i zżyci ze sobą.

 

Akurat tego dnia nie miałam ochoty widzieć Hyacintha, nie dość, że miałam na sobie znoszony dres to w dodatku ani się nie uczesałam, ani nie umalowałam. Chociaż mieszkaliśmy razem tyle lat, starałam się, żeby jak najmniej widział mnie w naturalnym wydaniu. Kiedy on wyglądał świetnie w jasnoniebieskiej koszuli i ciemnych, eleganckich spodniach, z idealnie wystylizowaną fryzurą. Spojrzałam na niego i westchnęłam, później czekała go jeszcze randka z Ginny. Zabolało, jak zawsze przez ostatnie lata, kiedy się z kimś spotykał.

 

Wtedy do mieszkania wszedł Victor i spojrzał na mnie, a w mojej głowie rozległ się jego krzyk “Lulu, znowu to robisz. Myślałem, że ci przejdzie z tym idiotą, kiedy wyjedziemy na uniwerek, a ty wciąż… Nie mam na ciebie słów”. Nie odpowiedziałam, miał rację, jak zawsze. Byłam naprawdę beznadziejnym przypadkiem, jeśli chodzi o życie uczuciowe. W tym momencie chciałam, żeby cała przeprowadzka się skończyła, ale wciąż do przeniesienia było trochę rzeczy. Postanowiliśmy z Victorem, że po studiach będziemy razem wynajmować dwupokojowe mieszkanie i żyć, według niego, jak przystało na młodych ludzi, którymi jesteśmy. Nasza bliskość najbardziej przeszkadzała Marthcie, która i tak uważała, że jesteśmy parą, ale ponieważ była uparta specjalnie nie wyprowadzaliśmy jej z błędu i tak uważałaby, że wie lepiej.

 

Kazałam braciom, tylko przynosić kartony i elektronikę, a sama rozdysponowywałam je według podpisów po mieszkaniu, mając nadzieję, że pozwoli mi to uniknąć choć częściowo kolejnego zażenowania. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Hyacinth o wszystkim wiedział, a Victor nie. Gdyby się o tym dowiedział, mogłoby się to zakończyć wizytą w szpitalu, bo spróbowałby zabić brata. Czasem bywał zbyt impulsywny, co wynikało zazwyczaj z tego, że nie mógł poprawnie wyrażać swoich myśli i komunikować się z innymi. Obwiniałam się, że nie potrafiłam nic zrobić z tym fatalnym zauroczeniem, ale przynajmniej miałam ‘zajęte’ kimś serce i przyzwyczaiłam się do tego bólu odrzucenia, co dawało złudne poczucie stabilności w sferze uczuciowej. Bałam się nowych rzeczy i zmian.

 

Jakiś czas później w końcu wszystkie rzeczy znalazły się w mieszkaniu, a Hyacinth zaczął pilnować czasu, zerkając z większą częstotliwością na zegarek.

– Gdzie ci się śpieszy? – zapytał go, migając Victor. – Myślałem, że zamówimy pizzę i zjemy we trójkę jak za dawnych czasów.

– Nie mogę – mruknął starszy Parker. – Mam randkę z Ginny.

– To idź, idź. Nie każ dziewczynie czekać, przecież jest ważniejsza niż rodzina – migał dalej mój przyjaciel.

– Victor, mamy dużo pracy z rozpakowywaniem – powiedziałam spokojnym głosem i uśmiechnęłam się do niego smutno. – Hyacinth ma swoje życiem, a nam nic do tego. Jutro zresztą widzimy się na obiedzie u rodziców, prawda?

Młodszy brat przytaknął niechętnie. Zapytałam, czy będzie tam też Ginny Zdziwiłam się, że tak ponieważ Hyacinth zazwyczaj nie przedstawiał nam swoich dziewczyn. Lubił być w związku, bo podobało mu się to uczucie adoracji. Wiedział, że jest przystojny a biznes modowy, w który wprowadziła go Martha dodawał mu tego smaczku, którym plasował się wyżej w listach popularności u płci przeciwnej. Często jednak dziewczyny zbliżały się do niego, licząc na przykład na darmowe ubrania od jego matki albo na propozycje modelowania dla niej i tak dalej. Czasami się trochę z tego śmiałam, ale przypominałam sobie potem, że sama jestem miłosnym przegrywem.

 

Przez kolejnych parę godzin zajmowaliśmy się planowaniem i rozpakowywaniem rzeczy, aby nie ciągnęło się to przez kolejne dni, zwłaszcza, że oboje zaczynaliśmy pracę w nowych miejscach. Wolałam wtedy poświęcić temu całą swoją uwagę, a nie zastanawiać się w której szufladzie ułożyć bieliznę, a w której skarpetki. Nastał wieczór, więc postanowiliśmy z Victorem obejrzeć jakąś durną komedię. Wzięłam prysznic jako pierwsza i zabrałam się za przygotowywanie ciepłego kakao, które często towarzyszyło nam w ważnych wydarzeniach. Napój ten stał się pewnym elementem naszych rytuałów. Zamówiliśmy też w końcu pizzę, o której wcześniej wspominał brat. Wybrałam pierwszy lepszy film, który wpisywałam się w szukany przez nas gatunek, lecz czułam, że raczej nie będziemy poświęcać ekranowi zbyt dużo uwagi. Odkąd Hyacinth wyszedł, jego młodszy brat zachowywał się, jakby coś go trapiło i zastanawiał się, czy powinien to z siebie wyrzucić czy nie, zawsze wtedy miał specyficzny wyraz twarzy. Nawet bez moich umiejętności mogłam wiele z niego wyczytać.

 

Westchnęłam ciężko i uśmiechnęłam się, kiedy sam wyszedł spod prysznica i podał mi swoją szczotkę do włosów. Victor już od kilku lat zapuszczał włosy na znak buntu przeciwko temu jak chcieliby widzieć go rodzice. Usiadł przede mną na kanapie, którą jako jeden z wielu mebli była już na wyposażeniu mieszkania. Ujęłam w jedną rękę szczotkę, a w drugiej jego ciemne blond włosy. Były lekko wilgotne, ale łatwo dawało się je okiełznać. Wciąż czułam w nim pewne napięcie. Zapytałam się w końcu, ile warkoczy sobie życzy. Pokazał mi, że wiele, co oznaczało jedynie, że chce poważnie porozmawiać. Wzięłam kosmyk włosów, podzieliłam na trzy i zaczęłam zaplatać, powoli zaczynając nasz rytuał. Uniosłam nieco wzrok i zobaczyłam, co chce powiedzieć.

– Lulu, nigdy cię o to nie pytałem, ale naprawdę zaczyna mnie to martwić. Co w ogóle w nim widzisz? – zapytał.

– W Hyacinthcie? Jest przystojny – zaśmiałam się.

– A ty piękna, ale nie aż tak płytka – powiedział urażony. – Pytam poważnie.

– Nigdy ci o tym nie mówiłam, ale kiedy mieliśmy dwanaście, trzynaście lat… – zamilkłam na chwilę. – Był powód, dla którego ci o tym nie mówiłam, nie chciałam żebyś czuł się winny i jeśli to zobaczę w tobie to zakończymy rozmowę – postawiłam warunek.

– To wtedy, kiedy dużo chorowałem i niemal rok nie było mnie w szkole?

– Tak, to wtedy. Zawsze mnie chroniłeś, wszyscy skupiali się na tobie, więc ja mogłam żyć spokojnie. Hyacinth zawsze czekał na mnie po szkole. Pewnie zauważyłeś, że strasznie też wtedy schudłam, często miewałam ataki, ręce nie przestawały mi się trząść. Było okropnie. Twoje oparcie zawsze było dla mnie bezcenne, ale kiedy cię nie było, przebywanie w klasie stało się zbyt przytłaczające. Zwłaszcza, że moje moce przybierały na sile. W każdym razie, wiesz jakie dziewczyny są w tym wieku, naczytały się głupot w internecie, ich wyobraźnie pracowały na najwyższych obrotach. Nasz starszy braciszek bardzo im się podobał, zaczęły się ze mną zadawać, a ich fałszywość mnie dobijała. Nie mogłam się ich pozbyć, a kiedy zrozumiały, że ja nie jestem dobrą drogą…

– Uwzięły się na ciebie?

– Tak. – Uśmiechnęłam się niechętnie. – Uznały, że to dlatego, że jestem zazdrosna i pewnie, że mi się też podoba i chce go tylko dla siebie. Ich myśli, chociaż były okropne w jakiś sposób wpłynęły na mnie. Zaczęłam wtedy zauważać, że jest przystojny i patrzeć na niego bardziej jak na chłopaka niż brata. A obecność jego spokojnego, skoncentrowanego i zdystansowanego umysłu była kojąca. Rozmawialiśmy wtedy więcej, graliśmy w gry, chodziliśmy do kina itd. Robił to wszystko, bo się martwił o mnie tak jak rodzice. Niestety sposób w jaki na niego patrzyłam zmienił się na zawsze. Chciałam, żeby był przy mnie. Mówiłam, ci, że jego umysł jest piękny – zaśmiałam się. – Naprawdę piękny. To też druga rzecz.

– Czy na mnie też kiedyś potrafiłabyś tak patrzeć? – zapytał mnie Victor, obracając się nagle, tak że ledwie zauważyłam tą myśl.

– Chyba nie – odparłam. – Ale tylko w twojej obecności mogę być naprawdę sobą, nigdy o tym nie zapominaj. Tego nigdy nie da mi Hyacinth.

– Czy to przez to, co się stało pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy?

– Nie rozmawiajmy o tym – powiedziałam chłodno i pociągnęłam go lekko za włosy. – Masz jeszcze jakieś pytania?

– Tylko jedno, Lulu. Czy kiedyś będziemy szczęśliwi?

– Postaram się, żebyś ty znalazł miłość. Będziesz szczęśliwi za nas oboje, dobrze? – Przyciągnęłam go mocno do siebie i przytuliłam.

– Byłoby łatwiej, gdybym lubił dziewczyny, wtedy może ty też patrzyłabyś na mnie inaczej… – zaczął Victor, ale przerwałam mu. – Nie gdybaj. Najważniejsze, że mamy siebie i tyle. A teraz jeszcze warkocz dla mnie i idziemy spać, bo chyba nie ma sensu zaczynać filmu, co nie?

 

Victor przytaknął, zaplótł moje włosy w jednego luźnego warkocza i chwilę potem poszliśmy spać. Jednak jego słowa przez dłuższy czas nie dawały mi zasnąć. Zastanawiałam się, czy miał rację, mówiąc, że wszystko wraca się do tamtego dnia. Czy gdyby to był Hyacinth a nie on, jak wyglądałaby nasza relacja? Czy bez mojej mocy też byśmy się jakoś się dogadywali? Czy bylibyśmy wtedy przyjaciółmi? Czy może czymś więcej? Nigdy nie wątpiłam w siłę naszej przyjaźni, jak tamtej pierwszej nocy po przeprowadzce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • MKP 2 tygodnie temu
    Ładnie napisane

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania