Poprzednie części:  Złota Kresa i wieża Gorliwych

Złota Kresa i wieża Gorliwych (3)

Trzeciego dnia dogonili ich ojciec i trzech Gorliwych. Starszy niósł księgę, a strażnicy mieli pałki. Ojciec szedł z tyłu, blady i zmęczony.

— Oddaj dzieci — rozkazał starszy. — Złamałaś prawo. Stracisz wóz, rzeczy i prawo do handlu w naszych wsiach.

— Wóz już mi zabrali — odparła Kresa. — Rzeczy zgubiłam. Zostaje mi tylko prawo do chodzenia, a tego nie możecie mi odebrać. Możecie próbować, ale będziecie się musieli bardzo napracować.

— Nie rozumiesz, jak działa porządek.

— Rozumiem aż za dobrze. Zwykle działa tak, że silniejszy nazywa swój interes porządkiem.

Starszy otworzył księgę.

— Dzieci są własnością ojca.

Kresa spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który pomylił konia z wozem.

— To ciekawe. A kiedy dzieci chorują, kto jest ich właścicielem? Kiedy płaczą? Kiedy nie chcą wrócić? Czy wtedy też macie odpowiednią rubrykę?

— Dość tego.

Strażnik ruszył ku Małgosi. Kresa podniosła kij. Nie miała dość siły, by pokonać trzech mężczyzn w otwartej walce, i dobrze o tym wiedziała. Dlatego nie zamierzała walczyć na otwartej drodze.

Za plecami Gorliwych leżał wąski pas mokradeł. Kresa wcześniej zauważyła, że trawa rośnie tam na miękkiej ziemi.

— Jaś — powiedziała cicho. — Kamienie.

Chłopiec rzucił garść kamieni na ścieżkę za strażnikami. Jeden z nich odwrócił się odruchowo. Małgosia krzyknęła, koń się zerwał. Dwaj mężczyźni spojrzeli w stronę wozów, a Kresa uderzyła kijem w kolano tego, który stał najbliżej.

Nie pokonała ich. Wystarczyło, że ich rozdzieliła.

Dzieci pobiegły ku mokradłom. Ojciec stał na drodze. Mógł pójść za Gorliwymi, tak jak robił dotąd, i wrócić do wieży. Mógł też ruszyć za dziećmi, choć nie wiedział, czy kiedykolwiek pozwolą mu wrócić do ich życia.

Przez chwilę nie zrobił nic.

Potem wszedł w mokradła.

Nie było to wielkie bohaterstwo. Zapadł się po kolana, zgubił but i musiał się czołgać, gdy grunt zaczął ustępować pod jego ciężarem. Kresa wyciągnęła do niego kij. Ojciec chwycił go obiema rękami, a ona pomogła mu wydostać się na twardszą ziemię.

— Dlaczego mi pomogłaś? — spytał, kiedy odzyskał oddech.

— Bo nie chciałam, żebyś utonął.

— Nawet po tym, co zrobiłem?

— Nie mylę człowieka z tym, co zrobił. Ale nie oznacza to, że pozwolę mu zrobić to samo drugi raz.

Ojciec spuścił głowę. Nie prosił o przebaczenie. Być może po raz pierwszy zrozumiał, że prośba nie jest tym samym co prawo do odpowiedzi.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • No tak, jeden kiepski dzień, zła decyzja i dupa blada, ale każdą umowę można renegocjować, tak to działa.

  • No i jest lekka wuxia, leciutka.

  • Kto wie co będzie dalej, Woźny ?
    :)

  • Idę zobaczyć, czy Grafi mnie odblokowała.

  • Noooo paradnie, jestem dalej zablokowana ! Stara Typiara Grafomanka ! A, fe ! Fe, fe - Fe.

  • Marabut i Koczkodan w jednym 😛

  • U nas dobrze żre, a na forum - nie.

  • Jakie zalety ma picie koniczyny, nie wiem. Ja mam kawe i wege ramen z pieczarkami i slerem naciowym, na obiad. Teraz kawa, zainwestowałam w taką w woreczkach, jak herbata, żeby szybciej robić i się nie utrudzić tymi wszystkimi czynnościami kuchenno-kawiarnianymi.. .

  • Krótka historia o tym, jak przegrać mecz, w którym sam jesteś sędzią
    ​W świecie normalnej rywalizacji walkower oznacza jedno: stchórzysz, uciekniesz z boiska albo stchórzysz przed gwizdkiem sędziego – i z automatu oddajesz punkty przeciwnikowi.
    ​W odmętach internetu mechanika jest łudząco podobna, z tą różnicą, że mistrzowie blokowania próbują zakrzyczeć rzeczywistość.
    ​Wrzucają prowokację, bzdurę albo logiczny absurd.
    ​Dostają merytoryczną kontrę, która rozjeżdża ich narrację jak walec.
    ​Zamiast odpowiedzieć chociażby jednym sensownym zdaniem, dostają paraliżu mózgowego i... klikają „zablokuj”.
    ​I co oni sobie wtedy myślą? Że wygrali? Że zatriumfowali?

    ​Guzik. To jest czysty, podręcznikowy walkower. Ucieczka z ringu w pierwszej rundzie, zanim zdążono w ogóle zacząć liczyć. Przyznanie się do bezradności na papierze urzędowym. Skoro boisz się starcia, to znaczy, że wiesz, iż każde kolejne słowo byłoby tylko gwoździem do trumny twojego intelektu.

    ​Blokada to nie żaden „filtr antyspamowy” ani dbanie o siebie. To cyfrowy biały flagowiec. Poddajesz się walkowerem, bo w otwartej walce nie miałeś ani grama szans.
    ​Wrogom tchórzliwego walkowera – niech żyje wieczna ucieczka i rumieniec wstydliwej porażki!

    I dupa blada. Koniec przedstawienia, cyrk odjechał, a tchórze zostali sami ze swoimi bezpiecznymi, szczelnie zablokowanymi piaskownicami.
    ​Skoro argumenty się skończyły, a odwaga zwiała gdzie pieprz rośnie – zostaje tylko ten klasyczny, ostateczny werdykt. Nie ma ratunku, nie ma dyskusji, pozostaje jedynie płacz w kąciku i patrzenie w ścianę własnych urojeń.
    ​I tyle w temacie!

  • To idę sobie. Zostawiam za plecami Was.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania