Złota Kresa i wieża Gorliwych (4)
Drwale przyjęli dzieci, ale ojca nie chcieli widzieć.
— Niech najpierw nauczy się żyć bez cudzych rozkazów — powiedział stary drwal.
Ojciec został w wiosce. Naprawiał płoty, rąbał drewno i odwiedzał dzieci tylko wtedy, gdy mu na to pozwalały. Nie przestał bać się Gorliwych. Kiedy słyszał ich dzwonek na drodze, ręce nadal zaczynały mu drżeć.
Lecz pewnego dnia, gdy przyszli zabrać ostatni worek zboża wdowie, ojciec stanął w drzwiach jej domu.
Nie miał broni. Miał tylko siekierę do rąbania drewna.
— Tego nie weźmiecie — powiedział.
Gorliwi roześmiali się. Wtedy wyszli sąsiedzi. Nie wszyscy byli odważni, a niektórzy przyszli tylko dlatego, że bali się zostać sami z Gorliwymi. Mimo to stanęli obok siebie.
Gorliwi odeszli z pustymi rękami, niczego nie zdołali zabrać. W kolejnych tygodniach ludzie przestali płacić im wszystkie należności. Nie zniknęli od razu. Nadal mieli broń i księgi, a niektórzy mieszkańcy woleli ich niż niepewność. Lecz wieś nie była już taka jak dawniej.
Kresa została jeszcze przez kilka dni. Naprawiła uprząż młynarzowi, sprzedała dwie miedziane obrączki i kupiła sobie nowy worek. Noga bolała ją coraz bardziej, więc drwale zrobili dla niej lepsze siedzisko do wózka. Zapłaciła im uczciwie, choć jeden z nich próbował odmówić.
— Nie jestem waszą świętą — powiedziała. — Jeśli chcecie mi pomóc, róbcie to dlatego, że chcecie. Ale nie każcie mi potem być wdzięczną przez resztę życia.
Przed odejściem dała Małgosi żelazny klin, którym wyważyła drzwi wieży.
— Trzymaj go.
— Żeby otwierać zamki?
— Żeby pamiętać, że zamki robią ludzie. A ludzie nie zawsze wiedzą, co zamykają.
— A jeśli sama kiedyś zamknę kogoś w środku?
Kresa poprawiła spódnicę i oparła się na kiju.
— Wtedy nie pytaj, czy miałaś dobre powody. Zapytaj, czy otworzyłabyś te drzwi, gdybyś była po drugiej stronie.
Małgosia schowała klin do kieszeni.
— Czy znów cię zobaczymy?
— Być może.
— Nie wiesz?
Kresa uśmiechnęła się.
— Gdybym wiedziała, nie byłabym już wędrowną kobietą, tylko urzędniczką od przyszłości.
Wsiadła na swój wózek i ruszyła zachodnią drogą. Jej lewa noga spoczywała nieruchomo na podnóżku, kij dereniowy leżał w poprzek kolan, a czerwone, żółte i zielone spódnice poruszały się na wietrze.
Nie oglądała się za siebie.
Nie dlatego, że nie obchodziło jej, co stanie się z dziećmi. Po prostu wiedziała, że nie można przeżyć za kogoś jego życia.
Wiosną Jaś i Małgosia odwiedzili ojca w wieży. Otworzył okno od południa, choć Gorliwi dawno zabronili tego robić. Na parapecie siedziała biedronka.
Ojciec uniósł rękę, żeby ją przepędzić, lecz zatrzymał się w połowie ruchu.
— Niech sobie siedzi — powiedział.
Biedronka siedziała jeszcze przez chwilę, po czym odleciała.
Nikt nie próbował jej zatrzymać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania